Posts Tagged ‘muzyka klasyczna/poważna dla początkujących’

top 5: zakamuflowana muzyka klasyczna

16/10/2017

Niektórzy twierdzą, że boją się muzyki klasycznej i jej unikają. Mam dla nich złą wiadomość: klasyka i tak czasem ich dopada, zamaskowana pod niewinną postacią przebojów pop. Poniżej pięć przykładów używania „poważnych” melodii w  szlagierach muzyki popularnej.

Procol Harum – A Whiter Shade of Pale (1967) Śliczna partia organów Hammonda  Bielszego odcienia bladego, to nieco zmieniona melodia Arii z III suity orkiestrowej (ok. 1730) Jana Sebastiana Bacha. Utwór Bacha znany jest też jako Aria na strunie G, ponieważ pod koniec XIX wieku skrzypek August „To nie literówka” Wilhemj zaaranżował go tak, aby główną melodię móc zagrać na jednej, najniższej strunie skrzypiec. Nie pytajcie, po co – może miał tylko jedną.

Coolio – C U When U Get There (1997) Ten pop-rapowy przebój oparty jest na melodii Kanonu D-dur (1680) Johanna Pachelbela. Oczywiście w barokowym oryginale nikt nie rapował, a gdyby rapował, to pewnie byłoby to coś w stylu: codziennie dla Pana / ja gram na organach.

Yanni – Aria (1989) Utwór greckiego maga syntezatora oparty jest na Duecie kwiatów z opery Lakmé (1882) Leo Delibesa. Akcja opery rozgrywa się w Indiach, zgodnie z ówczesną modą na orientalizm. Duet kwiatów, zwany też Sous le dôme épais (Pod gęstą kopułą) śpiewany jest przez tytułową bohaterkę i jej służącą podczas, czego się być może nie spodziewaliście,  zbierania kwiatów. Sous le dôme épais nie rozsławiło samo nagranie Yanniego, w końcu to artysta znany głównie wśród syntezatorowych koneserów, ale reklama British Airways, w której użyto jego wersji. Przedtem najbardziej znanym fragmentem Lakmé była Aria dzwonków.

Sting – Russians (1984) Część podkładu Russians Sting wziął od Sergieja Prokofiewa. Chodzi o Pieśń ze suity muzyki do komedii Porucznik Kiże (1934). Ten orkiestrowy fragment nazywa się Pieśń, bo w filmie była to faktycznie pieśń. Traktujący o zimnej wojnie tekst Russians Sting napisał sam, chociaż co niektóre rymy i metafory każą się zastanawiać, czy aby nie podwędził go jakiemuś licealiście.
Sting najwyraźniej lubił Prokofiewa, bo wystąpił też jako narrator w jednym z licznych nagrań jego utworu dla dzieci Piotruś i wilk. Rosyjski kompozytor zdaje się być wyjątkowo popularny wśród artystów pop, bo narratorem Piotrusia i wilka był również David Bowie, a najsłynniejszą melodię Prokofiewa – Taniec rycerzy z baletu Romeo i Julia – samplowała Sia (Taken for Granted, 2000) i Robbie Williams (Party Like a Russian, 2016). Ta druga piosenka ma rymy podobnej jakości, co Russians, ale w tym przypadku to chyba celowe.

Eugeniusz Bodo – Umówiłem się z nią na dziewiątą (1937) Jeśli nawet o wszystkich poprzednich piosenkach mogliście powiedzieć: „Phi, wiedziałam” lub „E, wiedziałem”, to tej pewnie się nie spodziewaliście. Ale refren Umówiłem się z nią na dziewiątą ewidentnie pochodzi z arii Non piu, andrai farfallone amoroso z opery W.A. Mozarta Wesele Figara (1786).
A tak przy okazji – jeśli nie oglądaliście jeszcze komedii Piętro wyżej, z której pochodzi przebój Bodo, to na co jeszcze czekacie?

Jak widać, trafić na muzykę klasyczną można wszędzie, a jeśli ktoś się jej boi, to lepiej w ogóle niczego nie słuchać. Ale wtedy i tak przewalone, bo okaże się, że po prostu słuchamy cały czas 4’33” Johna Cage’a.

Obrazki: okładka albumu z Lakmé (zauważcie „gęstą kopułę jaśminu”) z Rateyourmusic; okładka Prokofiewa z Discogs; plakat Piętro wyżej nie wiem skąd.

 

Reklamy

top 5: Sibelius

30/07/2017

Jeśli lubicie lasy, jeziora oraz ptactwo, to fiński kompozytor Jean Sibelius (1865-1957) jest dla Was. Oto pięć fragmentów, które polecam, jeśli chcecie poznać najważniejszego, do pojawienia się gitarzysty A-ha Påla Waaktaara, skandynawskiego kompozytora.

Finlandia (1899)  – Największy przebój Sibeliusa, powiązany z fińskim ruchem niepodległościowym. Trochę mamy tu ładnych fragmentów, mających oddać piękno Finlandii, a trochę ram-param-param, mających oddać parcie ku niepodległości. Mniej więcej w połowie utworu usłyszycie najlepszą partię trójkąta w bogatej historii tego instrumentu. Całkiem fajna ta Finlandia, chociaż na mnie większe wrażenie robi Sibelius w następnej pozycji na liście.

Łabędź z Tuoneli (1895) Tuonela to w fińskiej mitologii kraina umarłych, a poemat symfoniczny Sibeliusa przedstawia, wyjątkowo skutecznie i tajemniczo, łabędzia płynącego po owej krainie. Jeśli dobrze sprawdziłem, to ten łabędź jest strażnikiem krainy umarłych, jak pies Cerber Hadesu albo pies Kajtek posesji Malinowskich. Dobre jako soundtrack do chodzenia nocą po lesie w poszukiwaniu mitycznego kwiatu paproci lub równie mitycznej szyszki mchu.

Suita Karelia – III Alla Marcia (1893) Teraz coś szybszego i jeszcze bardziej przebojowego. Renifery ciągną nasze sanie przez fińską krainę Karelię, łabędzie uciekają spod płóz.

Valse Triste (1904) Fragment muzyki do sztuki Kuolema (Śmierć) autorstwa szwagra Sibeliusa. Tytuł oznacza „smutny walc” i w sumie dobrze opisuje utwór (który jest smutnym walcem).

V symfonia: Finał (1919) Ostatnia część V symfonii zawiera jedną z najgenialniejszych melodii muzyki klasycznej. Kompozytora zainspirował widok wzbijających się do lotu łabędzi (ale nie z Tuoneli). A melodia Sibeliusa z kolei, zainspirowała całkiem sporo piosenek pop, o czym możecie poczytać na Wikipedii. Ciekawym przykładem tych inspiracji jest Since Yesterday (1985) szkockich pionierek japońskiego stylu gothic lolita Strawberry Switchblade.

Tyle Jeana Sibeliusa na początek. Czasami za dużo pił, ale jak trzeźwiał, to pisał ładne, tajemnicze kawałki. Trochę jak Morrisson, tylko bardziej wąsaty i z pięć razy dłużej żył.

Okładka chyba z Discogs, reniferki z Wikimedia Commons, Sibelius też z Wiki.

Klasyczna Telewizja Muzyczna 1

18/01/2017

poster_turandotKlasyczna Telewizja Muzyczna to nowa seria wpisów, w której bawię się w VJ-a. Robię prawie godzinną playlistę przebojów muzyki klasycznej na YouTube, a tutaj dopisuję pouczający i zabawny komentarz. Żeby było bardziej jak telewizja, będą to przed wszystkim filmy z występów (w tym wpisie raczej starych, potem zobaczę), a nie klipy z samym audio.

Oto link do playlisty Klasyczna Telewizja Muzyczna 1. Życzę miłego oglądania. A w programie:

• Zaczynamy od tzw. mocnego uderzenia – Dies Irae (Gniew Boży) z Requiem Verdiego. To requiem nie znajduje praktycznego zastosowania na mszach żałobnych ze względu na niebezpieczeństwo obudzenia zmarłego.

• Po tym całym gniewie, na uspokojenie, III część Kwintetu klarnetowego Brahmsa. Chociaż niektórych może wyprowadzić z równowagi fakt, że w kwintecie klarnetowym jest pięć razy mniej klarnetów, niż sugeruje nazwa.

• Osiem wiolonczel i sopran, czyli Bachianas Brasilieras nr 5 brazylijskiego kompozytora Heitora Villa-Lobosa. „Bachianas” – bo luźno zainspirowane Bachem. „Brasileiras” nie wiem, dlaczego.

sverchkov_troykazimoy8059• Prokofiew – Trojka ze suity z filmu Porucznik Kiże. Trojka to taki trójkonny zaprzęg. Zresztą już z samej muzyki można się domyślić, że chodzi o coś kuligowatego.

Preludium z I suity wiolonczelowej J.S. Bacha, ale w wersji dość hiszpańskiej bo zaaranżowane na gitarę przez wirtuoza (trochę mnie kusi, żeby napisać „tuza”) tego instrumentu Andresa Segovię.

• Aria Nessun dorma Pucciniego. Wielki przebój opery Turnadot i mundialu Italia ’90. W osobnym wpisie więcej na ten temat.

Nimrod z Enigma Variations Anglika Edwarda Elgara. Ten wzruszający utwór, chociaż nie jest z założenia żałobny, to w ojczyźnie kompozytora bywa używany przy smutnych okazjach:  pogrzebach, hołdach poległym żołnierzom oraz rozmyślaniu nad utraconym imperium.

svanhamnen_i_bland_tomtar_och_troll_1908• Na prawie finał ostatnia część V symfonii Fina Jeana Sibeliusa. Tę porywającą melodię, która pojawia się po około minucie, zainspirował widok szesnastu łabędzi wzbijających się do lotu. W siedzibie Placówki Krakowie widuje się często nawet po dwadzieścia wzbijających się do lotu gołębi, która to inspiracja zaowocowała klejnotem Nie przenoście nam stolicy do Krakowa.

• Na deser, ew. dobranoc, ograny ale i tak świetny hit fortepianowy – pierwszy Gymnopédie (czyt. żimnope’di) francuskiego awangardzisty Erika Satiego. Grecki termin „gymnopedia” oznaczał w Sparcie święto „tańca nagich młodzieńców” – duch imprezowy miał się w starożytnym świecie dobrze.

Obrazki: plakat reklamujący premierę opery Turandot w 1926 r. (stąd), Nikołaj Jegorowicz Swierczkow – Trojka zimą (stąd), John Bauer – ilustracja do Wśród gnomów i trolli (1908, stąd)

Top 6: Muzyka klasyczna – mistyczna i kosmiczna

07/06/2015

Ravel Daphnis et Chloe Leon Bakst

Wielu osobom na dźwięk słów „muzyka klasyczna” staje przed oczami XVIII-wieczny salon pełen upudrowanych ludzi w perukach, baletnica przebrana za łabędzia albo, sądząc po wynikach wyszukiwania grafiki na hasło „muzyka klasyczna,” skrzypce i róża na papierze nutowym. Tak się jednak składa, że muzyka klasyczna to setki lat twórczości niezliczonych kompozytorów, i tylko niewielka jej część pasuje do tych obrazków.

Aby wyrwać muzykę klasyczną z oków peruk i baletek, chciałem zaprezentować listę utworów mogących budzić skojarzenia raczej kosmiczne ew. mistyczne. Lista przeznaczona jest też dla początkujących słuchaczy klasyki – starałem się, żeby niesamowitość utworów szła w parze z przebojowością. A właściwie, to kompozytorzy się starali.

Maurice Ravel – Daphnis et Chloe – Lever de Jour (1912, pierwsze 5 minut linku) Balet według starożytnej, greckiej opowieści o młodych pastuszkach-kochankach. Lever de Jour, czyli „wschód słońca”, to jego najbardziej znany fragment. Gdybym był fachowym recenzentem muzycznym to napisałbym: „starożytność w secesyjnym wydaniu, doprawiona smakowitą partią chóru i gęsto polana smyczkowym sosem”.

Claude Debussy – Syrinx (1913) W greckiej mitologii najada Syrinks była obiektem uczuć Pana (tego od fletni). Pojawia się też w fabule poprzedniego utworu na liście. Debussy, tak jak Ravel, zaliczany jest do muzycznych impresjonistów. W Syrinx do stworzenia „impresji” wystarczył mu jeden flet i 2-3 minuty. Podobny klimat znajdziecie u niego w słynnym, też mitologicznym, poemacie symfonicznym Popołudnie Fauna, albo w mniej znanej Sonacie na flet, altówkę i harfę.Hooke,_Cassini_Drawings_of_Mars,_Jupiter_and_Saturn_1666

Ralph Vaughan Williams – Tallis Fantasia (1910) Wariacje na temat melodii XVI wiecznego angielskiego kompozytora Thomasa Tallisa. Na większy i bardziej kosmiczny atak instrumentów smyczkowych trzeba było czekać aż do 1958 r., kiedy to nakręcono film „Krwiożercze altówki z Plutona”. Brytyjscy kompozytorzy początku XX wieku, tacy jak Vaughan Williams czy Edward Elgar, byli mistrzami dramatycznych smyczków.

Gustav Holst – The Planets: VII Neptune, the Mystic (1918) Holst też należał do wspomnianej grupy angielskich kompozytorów. Neptun, jak wskazuje pełna nazwa, jest najbardziej mistycznym fragmentem jego genialnej suity orkiestrowej Planety, i charakteryzuje się pomysłową partią chóru żeńskiego – stopniowo wyciszanego przez przymykanie drzwi osobnego pokoju, w którym chór ten się znajduje. Mnie Planety Holsta fascynują jeszcze bardziej, od kiedy zorientowałem się, z pewnym opóźnieniem, jak łatwo jest zobaczyć i zidentyfikować na niebie większość planet (Neptuna akurat nie). Polecam każdemu, wystarczy sprawdzić np. polski serwis Astronet i pamiętać, że planety można odróżnić od gwiazd po tym, że nie migoczą.

Arvo Pärt – Fratres (1977) Chwilowo przenosimy się do nieco nowszych czasów i na północ. Estończyk Arvo Pärt jest jednym z niewielu popularnych a zarazem szanowanych współczesnych kompozytorów. Do jego najbardziej znanych kompozycji, obok Fratres, zaliczają się też Tabula rasa oraz Festina lente – łączą je takie cechy, jak minimalizm, tajemniczość oraz ładne, łacińskie tytuły.Akseli_Gallen-Kallela_-_Flower_of_Death Fratres istnieje w różnych aranżacjach – tu daję wersję na wiolonczelę i harfę, żebyśmy odpoczęli od tych wszystkich orkiestr.

Jean Sibelius – Tuonelan joutsen (1895) Pozostajemy na północy, ale wracamy do orkiestr i okolic początku XX wieku, ewidentnie mojej ulubionej epoki w muzyce klasycznej. Poemat symfoniczny, mający oddać w muzyce pochodzą z fińskiego eposu Kalevala legendę o łabędziu pływającym wokół Tuoneli – wyspy umarłych. Moja żona puszczała to kiedyś dzieciom na lekcji jako podkład do rysowania zwierząt nocnych – podobno tworzyli w pełnym skupieniu. Polecam prawie wszystkie kompozycje Sibeliusa, bo wyjątkowo dobrze spełniają wymóg „mistyczność + przebojowość”. Szczególnie dobre są symfonie nr 2 i 5 oraz utwór En Saga.

Obrazki wszystkie w domenie publicznej i z Wikimedia Commons. Od góry: scenografia Leona Baksta do Dafnis i Chloe Ravela, 1912, stąd; rysunki Roberta Hooke’a i Giovanniego Cassiniego przedstawiające Marsa, Jowisza i Saturna, 1666, stąd; drzeworyt Kwiat śmierci, Akseli Gallen-Kallela, 1895, stąd.

Jeśli macie własne propozycje na listę, to śmiało piszcie w komentarzach.

 

Top 6: Muzyka klasyczna dla opornych, wersja 2.0

15/04/2015

Beethoven Westminster GoldOto drugie podejście do tematu „muzyka klasyczna dla początkujących”. Tym razem starałem się, żeby było bardziej przebojowo, i żeby każdy kawałek prowadził w jakimś w miarę konkretnym kierunku, a przynajmniej do jeszcze jednego utworu.

♪ Piotr Czajkowski – Taniec wieszczki cukrowej z Dziadka do orzechów (1892). Na początku delikatnie, bo niektórzy podobno boją się muzyki klasycznej. Dzwonkowato brzmiący instrument, który słyszycie w utworze, to czelesta – wówczas nowość. Zidentyfikowanie tego kawałka zaraz na początku mojej przygody z klasyką sprawiło mi wyjątkową przyjemność i zachęciło do dalszego słuchania zawierającej go składanki Classical Music for People Who Hate Classical Music.

Chyba jakaś jedna trzecia przebojów muzyki klasycznej pochodzi z baletów Czajkowskiego, a z tej jednej trzeciej większość jest z Dziadka do orzechów. Przykładem innego hitu baletowego, który wszyscy znają, a mało kto wie, co to takiego, jest mniej delikatny Taniec rycerzy (aka Montecchi i Capuletti) z Romea i Julii (1935). Jego jednak wyjątkowo nie napisał Czajkowski, ale inny Rosjanin, Sergej Prokofiew.

♪ Antonín Dvořák – IX symfonia „Z Nowego Świata” – IV. Allegro con Fuoco (1893) Czas na tzw. mocne uderzenie. Zainspirowana pobytem czeskiego kompozytora w Stanach Zjednoczonych IX symfonia, podobnie jak większość rzeczy na tej liście, jest przykładem obfitującej w przeboje muzyki romantyzmu.

Poszukującym innych w miarę ostrych brzmień mogę polecić np. dramatyczny Dies Irae (Gniew Boży) z Requiem (1791) Mozarta. Tak jakoś wyszło, że kompozytor napisał to requiem dla siebie. RIP in peace.

♪ Fryderyk Chopin – Preludium XV „Deszczowe” z 24 preludiów (1839) Zdanie „lubię preludia Chopina” brzmi jakoś podejrzanie, coś jak „moim ulubionym poetą jest Mickiewicz”. Ale ja naprawdę lubię preludia Chopina, a 15-te jest najsłynniejsze i chyba najlepsze. Na bardziej ekspresyjny utwór fortepianowy trzeba było czekać aż do opracowania na ten instrument Eye of the Tiger zespołu Survivor.

Jeśli interesuje Was podobna ekspresja, ale w kombinacji „fortepian plus orkiestra”, (czyli koncert fortepianowy), to proponuję hit  z Wariacji na temat Paganiniego spóźnionego i niepoprawnego romantyka Sergieja Rachmaninowa: Wariację XVIII.stravinsky steinweiss

♪ Jan Sebastian Bach – Preludium z I suity wiolonczelowej. Jeśli barok kojarzy Wam się z przepychem, to w muzyce tej epoki za bardzo go nie znajdziecie (już prędzej w romantyzmie). Suity wiolonczelowe J.S. Bacha to skrajny przykład tego, że barokowa muzyka była, w porównaniu np. z barokową architekturą albo malarstwem, raczej ascetyczna. Twórczość tego okresu ma wielu oddanych fanów, którzy gardzą innymi gatunkami oraz ignorancją pozostałych melomanów, co czyni barok czymś w rodzaju jazzu muzyki klasycznej.

Jeśli chcecie posłuchać barokowej muzyki na więcej niż jeden instrument, a do tego z głosem, to polecam początek przesmutnego Stabat Mater Włocha Pergolesiego.

♪ Franciszek Schubert – XIV kwartet smyczkowy „Śmierć i dziewczyna”, II. Andante con moto (1826) Poprzez muzykę kameralną (dla od dwóch do około dziesięciu instrumentów) kompozytorzy często próbowali wyrazić swoje uczucia, głównie negatywne. Schubert chciał XIV kwartetem oddać swój lęk przed śmiercią. Lęk uzasadniony, bo była to jedna z ostatnich kompozycji Austriaka.

O ile Andante con moto z kwartetu Schuberta stanowi przykład mistrzowskiego budowania napięcia, to już Allegro molto z VIII kwartetu smyczkowego (1960) Dmitrija Szostakowicza to najzwyklejszy furiacki atak. Kwartet był zainspirowany wizytą w zbombardowanym Dreźnie, wojną ogólnie oraz takim sobie samopoczuciem kompozytora.

♪ Claude Debussy – Popołudnie fauna (1894) Poematy symfoniczne – utwory, które mają opowiadać historię, ale bez użycia słów – są chyba najbardziej, obok rosyjskich baletów, przebojowym gatunkiem muzyki klasycznej (sprawdźcie na przykład Obrazki z wystawy Musorgskiego albo Planety Holsta). Zainspirowane wierszem S. Mallarme’a o tym samym tytule Popołudnie fauna może robić za soundtrack do współczesnych sobie epok artystycznych – impresjonizmu i secesji.sibelius 5

Utwór Debussy’ego uważany bywa za, nieco źle obliczony czasowo, pierwszy przykład dwudziestowiecznej muzyki klasycznej. Określenie „dwudziestowieczna muzyka klasyczna” wzbudza jeszcze większy popłoch niż sama „muzyka klasyczna”, ale zazwyczaj nie ma się czego bać.  Przykład ciekawej, awangardowej, a jednocześnie przebojowej muzyki z XX wieku, a zarazem udanego poematu symfonicznego stanowi Pacific 231 (1923) Szwajcara Arthura Honeggera. Jest to muzyczny odpowiednik Lokomotywy Juliana Tuwima.

Jeśli spodobało Wam się coś na liście, macie własne propozycje albo inne refleksje, to zachęcam do komentowania.

Autorzy okładek (niezwiązanych z utworami z listy) to od góry: Christopher Whorf, Alex Steinweiss, George Maas

Mahler artystą jednego przeboju

01/10/2014

Franz von Stuck - Wiosna, 1909Wiedeński kompozytor okresu Secesji Gustav Mahler, jak każdy porządny artysta (Van Gogh, J.S. Bach, a w przyszłości zapewne Rush), doceniony został dopiero dobre pół wieku po śmierci. Wprawdzie nie umarł zapomniany i w biedzie, ale jednak jego długie symfonie nie podobały się jakoś specjalnie krytykom i publiczności przełomu XIX i XX wieku i radzono mu raczej, żeby trzymał się dyrygowania. Przewrażliwionego, jak każdy porządny artysta, Mahlera musiało to nieźle wkurzać. Podejrzewam też, że wkurzyłaby go też historia jego największego i w zasadzie jedynego przeboju: czwartej części V symfonii, o oznaczeniu tempa Adagietto, czyli „powolutku”.

Adagietto – dyryguje najważniejszy promotor twórczości Mahlera – Leonard Bernstein,

Adagietto – pierwsze nagranie, dyryguje kolega Mahlera Willem Mengelberg, 1926

Ukończona w 1902 roku siedemdziesięciominutowa V symfonia Mahlera jest, jak pozostałe jego symfonie, przemyślanym i ambitnym dziełem. Jednak po jej premierze Mahler narzekał, że nikt jej nie zrozumiał i w sumie miał rację. Uznano najwyraźniej, że „symfonia za długa, ale to Adagietto spoko”, bo często wykonywano potem samą czwartą część. Mahler powiedział też, że chciałby dyrygować symfonią za pięćdziesiąt lat, kiedy już zostanie zrozumiana. I faktycznie, kilka dekad po premierze cała V symfonia zaczęła się podobać ekspertom i publiczności prawie tak bardzo jak Mahlerowi. Ale w roku 1971 Adagietto pojawiło w filmie film Śmierć w Wenecji, który ponownie oderwał je od reszty dzieła i uczynił światowym hitem, zamieszczanym na składankach o tytułach typu Beautiful Adagios albo Classical Chillout.

Trudno zaprzeczyć, że Adagietto jest zasłużonym przebojem. Trwający, w zależności od interpretacji, od 7 do 12 minut fragment ma piękną, chociaż niezbyt łatwą do zanucenia melodię. Zdecydowanie nastraja ona do myślenia o rzeczach wzniosłych i oddalonych o tzw. szarej rzeczywistości: niebie, miłości, życiu pozagrobowym, jeleniach na rykowisku. Jeśli wierzyć wdowie po Mahlerze Almie, Adagietto miało być przeznaczonym dla niej instrumentalnym listem miłosnym. Oczywiście można też interpretować je bardziej dramatycznie, bo bardzo przypomina inny utwór Mahlera z tego samego okresu, mniej romantyczną a bardziej zagubioną pieśń z tekstem lubionego poety kompozytora, Friedricha Ruckerta: Ich bin der Welt abhanden gekommen, czyli Straciłem kontakt ze światem.

Pierwsze nagranie Ich bin der Welt abhanden gekommen, 1930

Gustav Mahler oczywiście chciałby, żebyśmy posłuchali całej V symfonii. W naszych zagonionych czasach znów można powiedzieć, że „za długa, ale Adagietto spoko”, ale polecam posłuchać przynajmniej wstępu z genialnym nawiązaniem do pierwszych taktów najbardziej znanej V symfonii – tej autorstwa Ludwiga „ta ta ta taaaaa” van Beethovena.

Cała V symfonia, występ dobrej jakości i zamieszczony oficjalnie – Pitsburgh Symphony Orchestra, 2011

Mahler VIII Symphonie PosterJeśli spodobało się Wam Adagietto, to informuję, że Mahler miał też więcej równie przebojowych kawałków, tylko nie zdobyły takiej popularności. Przykładem może być Sehr-Langsam Misterioso – tajemnicza (zgodnie z tytułem) pieśń z III symfonii z tekstem Fryderyka Nietzsche, też zresztą wykorzystana w Śmierci w Wenecji. Podobna w klimacie jest pieśń Urlicht z II symfonii kompozytora. Mahler pewnie nie chciałby, żeby słuchać wyciętych, kilkuminutowych fragmentów jego monumentalnych dzieł. Ale niestety II symfonia trwa 80 minut, a trzecia rekordowe 130. Skąd miał wiedzieć, że kolejne parę dekad po docenieniu jego twórczości nadejdzie pokolenie, które generalnie nie może się na niczym skupić?

Obrazki: Franz von Stuck – Wiosna, 1909 (Wikimedia Commons) oraz plakat reklamujący premierę VIII symfonii Mahlera pod batutą kompozytora (nie pamiętam, gdzie znalazłem)

 

Nie spać, kibicować

12/07/2014

Italia_90_mascotPiłka nożna nie kojarzy się zwykle z „kulturą wysoką”. Jednak to właśnie mistrzostwa świata w piłce wyniosły przykład owej wysokiej kultury na szczyty popularności. Chodzi o arię operową Nessun dorma Giacomo Pucciniego, spopularyzowaną w 1990 roku przy okazji mundialu we Włoszech. Gospodarze turnieju, podobnie jak Polska na Euro 2012 (Koko koko Euro spoko), postanowili zaprezentować twórczość swojego kraju od najlepszej strony, zapraszając na występ w miarę znanego we Włoszech i wśród wielbicieli opery śpiewaka tenorowego Luciano Pavarottiego. Od tego czasu hit operowy Nessun dorma stał się hitem powszechnym, na jakiś czas odbierając nawet tytuł „najsłynniejszego włoskiego utworu” brązowego medaliście Eurowizji 1958 – Nel blu di pinto di blu (Volare).  A Pavarotti oraz jego koledzy z drużyny Trzech Tenorów (Jose Carreras i Placido Domingo) poszerzyli grono fanów o około połowę ówczesnej światowej populacji.

♪ Luciano Pavarotti na Italia ’90

♪ Pierwsze nagranie Nessun dorma, rok 1926 lub 1927, Alessandro Valente

„Nessun dorma” oznacza „niech nikt nie śpi”, akcja opery rozgrywa się w Pekinie, a śpiewa ją chiński książę Kalaf, który swoje mało chińskie imię zawdzięcza zapewne perskiemu pochodzeniu całej opowieści. Kalaf jest nieszczęśliwie zakochany w zimnej i nieczułej księżniczce Turandot. Wcześniej spełnił wymagania dawane kandydatom na męża księżniczki, odpowiadając na trzy zagadki, ale Turandot potem i tak nie chciała go poślubić. Zamiast znaleźć sobie sensowniejszy obiekt uczuć, na wysokości trzeciego i ostatniego aktu zdesperowany Kalaf wymyśla, że każe księżniczce odgadnąć swoje imię. Nie wiem, jak po dwóch aktach dalej go nie znała, ale w każdym razie gdyby zgadła, to Kalaf dałby jej spokój. Ale gdyby nie dowiedziała się przed upływem nocy, to miałaby dotrzymać poprzedniej obietnicy i go poślubić. Turandot, żeby nikt nie zapomniał, że jest zła i okrutna, pod groźbą śmierci zabroniła swojej służbie spać, bo mieli pomagać jej dowiedzieć się imienia księcia. No i stąd „nessun dorma”, a jeśli uważacie powyższą fabułę za głupią i nielogiczną, to jesteście chamami niegodnymi świątyni opery.Anna_May_Wong

W mundialowej wersji Nessun dorma (a także w wielu innych, np. w zamieszczonym tu pierwszym nagraniu) brakuje obecnej w wersji „albumowej” partii chóru (śpiewa ją ta służba, której nie wolno spać). Szkoda, bo moim zdaniem dodaje ona dużo dramatyzmu, jeśli oczywiście uda nam się zapomnieć o naciąganej fabule.

♪ Nessun dorma, wersja z chórem, Beniamino Gigli (szelakowa płyta z 1947 r.)

♪ Też z chórem, ciekawostka: Jan Kiepura śpiewa arię po niemiecku w jakimś filmie z lat trzydziestych

Nie tylko Włochom udało się wypromować włoską operę poprzez piłkę nożną. Od lat robią to kibice Holandii, wykonując na stadionie fragment Marsza triumfalnego z opery Giuseppe Verdiego Aida. Osobiście chciałbym jeszcze, żeby niemieccy fani śpiewali na meczach Cwałowanie Walkirii Wagnera, a jeszcze lepiej byłoby, gdyby (rzadko niestety obecni na międzynarodowych turniejach) Austriacy spróbowali sił w Arii Królowej Nocy Mozarta.

Na obrazkach pierwsza hollywoodzka gwiazda chińskiego pochodzenia Anna May Wong jako Turandot w teatralnej adaptacji opery (1937, Wikimedia Commons) oraz Ciao, maskotka mistrzostw świata w 1990 roku. Ostatnio czytałem, że rodzaj piłki służący maskotce za głowę używany był tylko w dwóch mundialach: w 1970 i ’74 roku, a i tak na zawsze wrył się w masową świadomość jako archetyp futbolówki. Piłka ta nazywała się Adidas Telstar, od nieco przypominającego ją sztucznego satelity, a czarno-biały układ łatek miał ułatwić zobaczenie jej na czarno-białym telewizorze. Tyle ciekawostek na dziś, możecie jeszcze pobrać sobie (legalnie, w formacie FLAC, ze strony CHARM) linkowane wcześniej na YT pierwsze nagranie Nessun dorma: pierwsza strona płyty (Nessun dorma), druga strona (inna aria z Turandot) i jeszcze nalepki: 1 i 2.

Spisek mozartowski

19/01/2014

Plan MozartaZnany mason i pornograf Wolfgang Amadeusz Mozart (właśc. Wolfschanz Amadiew Mosche) napisał Masońską muzykę żałobną (Maurerische Trauermusik) w 1785 roku, co już powinno nas zmartwić, ponieważ odejmując 17 od 85 otrzymujemy 68 a dodawszy do tego liczbę części, na jakie kompozytor podzielił dzieło, otrzymamy szatański numer 69. Mozart napisał ten trwający około sześć (przypadek?) minut utwór na okazję śmierci dwóch braci masonów: księcia Mecklenburga-Strelitz oraz hrabiego Estherhazego von Galantha (właśc. von Gazetha) za granty Cesarstwa Brukselskiego. Nazwanie Masońskiej muzyki żałobnej „genialnym Requiem w skrócie” przez  liberalnego blogera Przemysława Jaślana (właśc. Pscheme Jascha) doskonale wpisuje się w nachalną propagandę siedzących w wiadomo czyjej kieszeni mediów. Kryszno-szyicko-teutońskie lobby nie od dziś każe odtwarzać publicznie utwory Mozarta, mimo ich niskiej wartości artystycznej i rozrywkowej. Co gorsza, płyty „Mozart For My Baby” uczą już od małego wrogich nam ideologii, nie mówiąc już o pojawiających się coraz częściej składankach „Mozart w łonie”. Te ostatnie powodują, że dzieci zdają się rodzić już masonami, co daję fałszywą amunicję retoryczną twierdzącym, ze masoństwo to cecha wrodzona, a nie zaś całkowicie uleczalny wynik szkodliwego wpływu kompozytora z Salzburga (właśc. Strasburga).

Obrazek z 1935 (ostateczny dowód na wszystko) z  tajnej strony „Wikipedia”.

Inne dowody:

Filharmonia Wiedeńska – Koncert pamięci niebędącego na szczęście członkiem żadnych niebezpiecznych organizacji Herberta von Karajana (1989)

Mniej znana orkiestra, lepsza jakość (Budapeszt, 2013)

Stary dorsz i morze

04/12/2013

William_Turner_-_Fishermen_at_Sea

Cztery interludia morskie (Sea Interludes, 1945) angielskiego kompozytora Benjamina Brittena brzmią tak, jak chciałbym, żeby brzmiała muzyka połowy XX wieku: niepokojąco, ale jednocześnie melodyjnie i, nie bójmy się tego słowa, pięknie. Niestety, najbardziej znani kompozytorzy powojennej klasyki (np. Penderecki albo Stockhausen) koncentrowali się na „niepokojąco”, argumentując, poniekąd słusznie, że doświadczywszy melomana Hitlera, nie można już tworzyć normalnej muzyki. Britten najwyraźniej nie zgadzał się z tym do końca, bo chociaż jego twórczość bywa mroczna jak nie wiem, to jednak da się jej słuchać dla przyjemności – taki symfoniczny odpowiednik Radiohead. Z prezentowanych dziś interludiów (Świt, Niedziela rano, Światło księżyca, Sztorm) najbardziej polecam Niedzielę rano:

Jak wskazuje nazwa, te orkiestrowe interludia pochodzą z większej całości, a konkretnie z opery Peter Grimes. Jej tytułowy bohater to oskarżony o morderstwo mieszkaniec nadmorskiej miejscowości i zarówno ponura tematyka, jak i nadmorskość przenikają do warstwy muzycznej. Jeśli komuś nie chce się słuchać całego utworu (notabene uważanego za największe osiągnięcie Brittena) bo np. nie lubi opery, to może spokojnie ograniczyć do piętnastominutowej suity Sea Interludes. Polecam ją każdemu, kto lubi powspominać nadmorskie klimaty: deszcz, wiatr, zatrucie rybą i  zachłyśnięcie słoną wodą.

♫ LINKI:

Sea Interludes – nagranie z 1948 roku (w domenie publicznej) u niejakiego Damiana. Empetrójka we wpisie jest właśnie stamtąd.

Fragmenty Interludiów w filmiku zapowiadającym wystawienie Petera Grimesa w Aldenborough – nadmorskim miasteczku, z którego pochodził Benjamin Britten.

Obrazek: William Turner – Rybacy na morzu (1796, Wikimedia Commons)

W 50 minut dookoła Układu Słonecznego

29/09/2013

Cellarius_Harmonia_Macrocosmica_-_Haemisphaerium_Stellatum_Boreale_Antiquum

O Planetach (1918) Gustava Holsta pisałem już kilka razy, ale nigdy w formie porządnego wpisu z obowiązkowymi słabymi żartami. Czas więc to naprawić, bo dzieło to nie byle jakie – przebojowe, zróżnicowane i ambitne. Zainspirowane jest nie tyle astronomią, co jej nadal bardziej popularną poprzedniczką – astrologią. Każda część tej orkiestrowej suity odpowiada planecie Układu Słonecznego – a konkretnie wydarzeniom, które według astrologii zwiastują. Części tych jest siedem, bo nie uwzględnił ani niezwiastującej w astrologii niczego Ziemi, ani Plutona, bo tego podszywającego się pod planetę kamyka jeszcze wtedy nie odkryto.

Brytyjczyk Gustav Holst bardzo chciał walczyć w I wojnie światowej, ale się nie załapał ze względu na zdrowie. Więc przez cztery lata wojny kończył The Planets, rozpoczynające się od, jakżeby inaczej, Marsa, zwiastuna wojny. Sam Holst twierdził, że nie napisał Marsa pod wpływem światowych wydarzeń, bo skończył ten fragment jeszcze przed wybuchem konfliktu, ale my przecież wiemy lepiej. Mars to chyba najbardziej znany poza Wielką Brytanią utwór z Planet i ewidentnie zainspirował Johna Williamsa do napisania słynnego Marsza imperialnego z Imperium kontratakuje.

W Wielkiej Brytanii najpopularniejszą częścią Planet jest Jowisz, zwiastun wesołości – jeden z hitów dziwnej imprezy zwanej Last Night at the Proms. Jest to utwór raz skoczny, raz wzruszający, a czasami obie rzeczy na raz. Jowisz jest jedyną planetą, której nazwa znacznie odbiega od polskiej, więc utwór nazywa się Jupiter, the Bringer of Jolity. Dlaczego „zwiastun” to „bringer”, a nie „trailer”, nie wiem.Uranometria_1624-Equuleus

Wprawdzie Holst pisał o astrologii, ale aspektu astronomicznego nie da się pominąć. Dlatego też zastanawiano się np, dlaczego kolejność planet w utworze wprawdzie przypomina tę rzeczywistą, ale jednak nie do końca się zgadza. Tak czy inaczej Planety są idealnym soundtrackiem do czytania o astrofizyce. I trudno znaleźć lepszy utwór do kontemplowania coraz szybciej rozszerzającego się wszechświata niż odpowiadająca najdalszej planecie naszego układu ostatnia część The Planets: Neptun – mistyk. W tym tajemniczym fragmencie Holst zastosował na końcu genialny chwyt: chór żeński stojący w osobnym pomieszczeniu, do którego drzwi są być powoli zamykane. W czasach, kiedy nie znano jeszcze wyciszania utworów na płytach (najlepiej w najgłupszym możliwym momencie), musiało to robić jeszcze większe wrażenie niż dziś.

Dla osób, które już słuchały Planet, mam małą ankietę:

Początkujący słuchacz muzyki, który właśnie poznał Planety, na pewno chce wiedzieć, czy jest więcej takich kawałków: opisowych, w których dużo się dzieje. Wprawdzie żadne inne dzieło Gustava Holsta nie okazało się równie przebojowe, ale na szczęście mamy takie utwory jak Enigma Variations jego rodaka Edwarda Elgara, w którym każda część to muzyczny portret osoby z kręgu znajomych kompozytora. Równie barwna jest też orkiestrowa wersja Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego, gdzie inspiracją było malarstwo. Mogą się Wam też spodobać inne, ale też zróżnicowane i być może jeszcze bardziej przebojowe Carmina Burana Carla Orffa – orkiestrowo-chóralna fantazja na temat średniowiecznych tekstów, która wbrew pozorom nie składa się tylko z kawałka O fortuna.

Dodatkowe linki:

Holst dyryguje Jowiszem – ze starej płyty szelakowej

Całe Planety, dyr. E. Ormandy

Obrazki z mojej ulubionej strony Mapy nieba na Wikimedia Commons. Doceńcie zwłaszcza połączenie Ojca chrzestnego z flagą Australii.