Posts Tagged ‘muzyka orkiestrowa’

Top 6: Muzyka klasyczna – mistyczna i kosmiczna

07/06/2015

Ravel Daphnis et Chloe Leon Bakst

Wielu osobom na dźwięk słów „muzyka klasyczna” staje przed oczami XVIII-wieczny salon pełen upudrowanych ludzi w perukach, baletnica przebrana za łabędzia albo, sądząc po wynikach wyszukiwania grafiki na hasło „muzyka klasyczna,” skrzypce i róża na papierze nutowym. Tak się jednak składa, że muzyka klasyczna to setki lat twórczości niezliczonych kompozytorów, i tylko niewielka jej część pasuje do tych obrazków.

Aby wyrwać muzykę klasyczną z oków peruk i baletek, chciałem zaprezentować listę utworów mogących budzić skojarzenia raczej kosmiczne ew. mistyczne. Lista przeznaczona jest też dla początkujących słuchaczy klasyki – starałem się, żeby niesamowitość utworów szła w parze z przebojowością. A właściwie, to kompozytorzy się starali.

Maurice Ravel – Daphnis et Chloe – Lever de Jour (1912, pierwsze 5 minut linku) Balet według starożytnej, greckiej opowieści o młodych pastuszkach-kochankach. Lever de Jour, czyli „wschód słońca”, to jego najbardziej znany fragment. Gdybym był fachowym recenzentem muzycznym to napisałbym: „starożytność w secesyjnym wydaniu, doprawiona smakowitą partią chóru i gęsto polana smyczkowym sosem”.

Claude Debussy – Syrinx (1913) W greckiej mitologii najada Syrinks była obiektem uczuć Pana (tego od fletni). Pojawia się też w fabule poprzedniego utworu na liście. Debussy, tak jak Ravel, zaliczany jest do muzycznych impresjonistów. W Syrinx do stworzenia „impresji” wystarczył mu jeden flet i 2-3 minuty. Podobny klimat znajdziecie u niego w słynnym, też mitologicznym, poemacie symfonicznym Popołudnie Fauna, albo w mniej znanej Sonacie na flet, altówkę i harfę.Hooke,_Cassini_Drawings_of_Mars,_Jupiter_and_Saturn_1666

Ralph Vaughan Williams – Tallis Fantasia (1910) Wariacje na temat melodii XVI wiecznego angielskiego kompozytora Thomasa Tallisa. Na większy i bardziej kosmiczny atak instrumentów smyczkowych trzeba było czekać aż do 1958 r., kiedy to nakręcono film „Krwiożercze altówki z Plutona”. Brytyjscy kompozytorzy początku XX wieku, tacy jak Vaughan Williams czy Edward Elgar, byli mistrzami dramatycznych smyczków.

Gustav Holst – The Planets: VII Neptune, the Mystic (1918) Holst też należał do wspomnianej grupy angielskich kompozytorów. Neptun, jak wskazuje pełna nazwa, jest najbardziej mistycznym fragmentem jego genialnej suity orkiestrowej Planety, i charakteryzuje się pomysłową partią chóru żeńskiego – stopniowo wyciszanego przez przymykanie drzwi osobnego pokoju, w którym chór ten się znajduje. Mnie Planety Holsta fascynują jeszcze bardziej, od kiedy zorientowałem się, z pewnym opóźnieniem, jak łatwo jest zobaczyć i zidentyfikować na niebie większość planet (Neptuna akurat nie). Polecam każdemu, wystarczy sprawdzić np. polski serwis Astronet i pamiętać, że planety można odróżnić od gwiazd po tym, że nie migoczą.

Arvo Pärt – Fratres (1977) Chwilowo przenosimy się do nieco nowszych czasów i na północ. Estończyk Arvo Pärt jest jednym z niewielu popularnych a zarazem szanowanych współczesnych kompozytorów. Do jego najbardziej znanych kompozycji, obok Fratres, zaliczają się też Tabula rasa oraz Festina lente – łączą je takie cechy, jak minimalizm, tajemniczość oraz ładne, łacińskie tytuły.Akseli_Gallen-Kallela_-_Flower_of_Death Fratres istnieje w różnych aranżacjach – tu daję wersję na wiolonczelę i harfę, żebyśmy odpoczęli od tych wszystkich orkiestr.

Jean Sibelius – Tuonelan joutsen (1895) Pozostajemy na północy, ale wracamy do orkiestr i okolic początku XX wieku, ewidentnie mojej ulubionej epoki w muzyce klasycznej. Poemat symfoniczny, mający oddać w muzyce pochodzą z fińskiego eposu Kalevala legendę o łabędziu pływającym wokół Tuoneli – wyspy umarłych. Moja żona puszczała to kiedyś dzieciom na lekcji jako podkład do rysowania zwierząt nocnych – podobno tworzyli w pełnym skupieniu. Polecam prawie wszystkie kompozycje Sibeliusa, bo wyjątkowo dobrze spełniają wymóg „mistyczność + przebojowość”. Szczególnie dobre są symfonie nr 2 i 5 oraz utwór En Saga.

Obrazki wszystkie w domenie publicznej i z Wikimedia Commons. Od góry: scenografia Leona Baksta do Dafnis i Chloe Ravela, 1912, stąd; rysunki Roberta Hooke’a i Giovanniego Cassiniego przedstawiające Marsa, Jowisza i Saturna, 1666, stąd; drzeworyt Kwiat śmierci, Akseli Gallen-Kallela, 1895, stąd.

Jeśli macie własne propozycje na listę, to śmiało piszcie w komentarzach.

 

Mahler artystą jednego przeboju

01/10/2014

Franz von Stuck - Wiosna, 1909Wiedeński kompozytor okresu Secesji Gustav Mahler, jak każdy porządny artysta (Van Gogh, J.S. Bach, a w przyszłości zapewne Rush), doceniony został dopiero dobre pół wieku po śmierci. Wprawdzie nie umarł zapomniany i w biedzie, ale jednak jego długie symfonie nie podobały się jakoś specjalnie krytykom i publiczności przełomu XIX i XX wieku i radzono mu raczej, żeby trzymał się dyrygowania. Przewrażliwionego, jak każdy porządny artysta, Mahlera musiało to nieźle wkurzać. Podejrzewam też, że wkurzyłaby go też historia jego największego i w zasadzie jedynego przeboju: czwartej części V symfonii, o oznaczeniu tempa Adagietto, czyli „powolutku”.

Adagietto – dyryguje najważniejszy promotor twórczości Mahlera – Leonard Bernstein,

Adagietto – pierwsze nagranie, dyryguje kolega Mahlera Willem Mengelberg, 1926

Ukończona w 1902 roku siedemdziesięciominutowa V symfonia Mahlera jest, jak pozostałe jego symfonie, przemyślanym i ambitnym dziełem. Jednak po jej premierze Mahler narzekał, że nikt jej nie zrozumiał i w sumie miał rację. Uznano najwyraźniej, że „symfonia za długa, ale to Adagietto spoko”, bo często wykonywano potem samą czwartą część. Mahler powiedział też, że chciałby dyrygować symfonią za pięćdziesiąt lat, kiedy już zostanie zrozumiana. I faktycznie, kilka dekad po premierze cała V symfonia zaczęła się podobać ekspertom i publiczności prawie tak bardzo jak Mahlerowi. Ale w roku 1971 Adagietto pojawiło w filmie film Śmierć w Wenecji, który ponownie oderwał je od reszty dzieła i uczynił światowym hitem, zamieszczanym na składankach o tytułach typu Beautiful Adagios albo Classical Chillout.

Trudno zaprzeczyć, że Adagietto jest zasłużonym przebojem. Trwający, w zależności od interpretacji, od 7 do 12 minut fragment ma piękną, chociaż niezbyt łatwą do zanucenia melodię. Zdecydowanie nastraja ona do myślenia o rzeczach wzniosłych i oddalonych o tzw. szarej rzeczywistości: niebie, miłości, życiu pozagrobowym, jeleniach na rykowisku. Jeśli wierzyć wdowie po Mahlerze Almie, Adagietto miało być przeznaczonym dla niej instrumentalnym listem miłosnym. Oczywiście można też interpretować je bardziej dramatycznie, bo bardzo przypomina inny utwór Mahlera z tego samego okresu, mniej romantyczną a bardziej zagubioną pieśń z tekstem lubionego poety kompozytora, Friedricha Ruckerta: Ich bin der Welt abhanden gekommen, czyli Straciłem kontakt ze światem.

Pierwsze nagranie Ich bin der Welt abhanden gekommen, 1930

Gustav Mahler oczywiście chciałby, żebyśmy posłuchali całej V symfonii. W naszych zagonionych czasach znów można powiedzieć, że „za długa, ale Adagietto spoko”, ale polecam posłuchać przynajmniej wstępu z genialnym nawiązaniem do pierwszych taktów najbardziej znanej V symfonii – tej autorstwa Ludwiga „ta ta ta taaaaa” van Beethovena.

Cała V symfonia, występ dobrej jakości i zamieszczony oficjalnie – Pitsburgh Symphony Orchestra, 2011

Mahler VIII Symphonie PosterJeśli spodobało się Wam Adagietto, to informuję, że Mahler miał też więcej równie przebojowych kawałków, tylko nie zdobyły takiej popularności. Przykładem może być Sehr-Langsam Misterioso – tajemnicza (zgodnie z tytułem) pieśń z III symfonii z tekstem Fryderyka Nietzsche, też zresztą wykorzystana w Śmierci w Wenecji. Podobna w klimacie jest pieśń Urlicht z II symfonii kompozytora. Mahler pewnie nie chciałby, żeby słuchać wyciętych, kilkuminutowych fragmentów jego monumentalnych dzieł. Ale niestety II symfonia trwa 80 minut, a trzecia rekordowe 130. Skąd miał wiedzieć, że kolejne parę dekad po docenieniu jego twórczości nadejdzie pokolenie, które generalnie nie może się na niczym skupić?

Obrazki: Franz von Stuck – Wiosna, 1909 (Wikimedia Commons) oraz plakat reklamujący premierę VIII symfonii Mahlera pod batutą kompozytora (nie pamiętam, gdzie znalazłem)

 

Mahler ziemisty Chińczyk

29/11/2013

Shen Zhou„Klątwa dziewiątej” to zdarzający się wśród kompozytorów syndrom nagłego i ostatecznego pogorszenia stanu zdrowia po napisaniu dziewiątej symfonii. Zaczęło się od Beethovena, który nie napisał już żadnej symfonii po tej z Odą do radości. Podobnie było np. z Dvořákiem i Brucknerem, więc w 1909 roku przesądny i neurotyczny Wiedeńczyk Gustav Mahler postanowił oszukać los, i swojej dziewiątej symfonii nie nazwał IX symfonią, tylko Das Lied von Der Erde (Pieśń o ziemi). Los mógł się naprawdę nie zorientować, bo Lied von der Erde nie przypomina za bardzo symfonii w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, czyli czysto orkiestrowego utworu w czterech, różniących się tempem, częściach.

Mahler, za przykładem Beethovena i jego „9”, lubił wstawiać pieśni do symfonii. W Das Lied von der Erde poszedł jednak na całość, bo dzieło składa się wyłącznie z sześciu pieśni z towarzyszeniem orkiestry. Połowę z nich śpiewa tenor (pan), połowę alt (pani), chociaż ten drugi głos dominuje czasowo. Za tekst posłużyły niemieckie tłumaczenia chińskich wierszy, w większości autorstwa Li Bai – legendarnego poety VIII w. n.e. Ich tematyka to: picie, młodość, samotność, piękno, znowu picie oraz pożegnanie. W warstwie muzycznej chińskich wpływów nie słychać jakoś bardzo, z wyjątkiem najbardziej pentatonicznej części trzeciej: Von der Jugend (O młodości). Jest to zarazem najkrótsza pieśń utworu, więc polecam ją na początek. Szczególnie podoba mi się, kiedy pan śpiewa „Wie der Rücken eines Tigers” (Niczym grzbiet tygrysa), bo zawsze się cieszę, kiedy słyszę niemiecki przypadek Genitivus:

Najsłynniejszym fragmentem Das Lied von der Erde jest natomiast jej ostatnia, najdłuższa część, śpiewana przez alt Der Abschied (Pożegnanie). Ta półgodzinna, niesamowicie smutna pieśń zajmowała w pierwszym nagraniu trzy płyty szelakowe i spokojnie obroniłaby się jako osobne dzieło. Podmiot liryczny żegna się, bo jedzie w góry w poszukiwaniu „spokoju dla samotnego serca”. Na końcu znajduje się optymistyczny w treści, ale niezbyt radośnie zaśpiewany fragment o ziemi: że co wiosnę się odnawia, oraz że wszystkie odległe krainy mają też błękitne niebo – wieeeecznie, wieeeecznie (eeeewig, eeeewig):

A cierpliwy los poczekał, aż Gustav Mahler ukończy właściwą IX symfonię, i dopiero wtedy załatwił kompozytora.

♫ LINKI:

Wspomniane pierwsze nagranie (1936, kolega Mahlera – Bruno Walter) na Internet Archive. Z tego źródła pochodzą zagnieżdżone we wpisie empetrójki.

Cała Lied von der Erde na YT, dyryguje największy promotor muzyki Mahlera, Leonard Bernstein.

Bernstein opowiada o utworze.

Obrazek: Górzysty krajobraz Lushan – Shen Zhou, 1467 (Wikimedia Commons)

W 50 minut dookoła Układu Słonecznego

29/09/2013

Cellarius_Harmonia_Macrocosmica_-_Haemisphaerium_Stellatum_Boreale_Antiquum

O Planetach (1918) Gustava Holsta pisałem już kilka razy, ale nigdy w formie porządnego wpisu z obowiązkowymi słabymi żartami. Czas więc to naprawić, bo dzieło to nie byle jakie – przebojowe, zróżnicowane i ambitne. Zainspirowane jest nie tyle astronomią, co jej nadal bardziej popularną poprzedniczką – astrologią. Każda część tej orkiestrowej suity odpowiada planecie Układu Słonecznego – a konkretnie wydarzeniom, które według astrologii zwiastują. Części tych jest siedem, bo nie uwzględnił ani niezwiastującej w astrologii niczego Ziemi, ani Plutona, bo tego podszywającego się pod planetę kamyka jeszcze wtedy nie odkryto.

Brytyjczyk Gustav Holst bardzo chciał walczyć w I wojnie światowej, ale się nie załapał ze względu na zdrowie. Więc przez cztery lata wojny kończył The Planets, rozpoczynające się od, jakżeby inaczej, Marsa, zwiastuna wojny. Sam Holst twierdził, że nie napisał Marsa pod wpływem światowych wydarzeń, bo skończył ten fragment jeszcze przed wybuchem konfliktu, ale my przecież wiemy lepiej. Mars to chyba najbardziej znany poza Wielką Brytanią utwór z Planet i ewidentnie zainspirował Johna Williamsa do napisania słynnego Marsza imperialnego z Imperium kontratakuje.

W Wielkiej Brytanii najpopularniejszą częścią Planet jest Jowisz, zwiastun wesołości – jeden z hitów dziwnej imprezy zwanej Last Night at the Proms. Jest to utwór raz skoczny, raz wzruszający, a czasami obie rzeczy na raz. Jowisz jest jedyną planetą, której nazwa znacznie odbiega od polskiej, więc utwór nazywa się Jupiter, the Bringer of Jolity. Dlaczego „zwiastun” to „bringer”, a nie „trailer”, nie wiem.Uranometria_1624-Equuleus

Wprawdzie Holst pisał o astrologii, ale aspektu astronomicznego nie da się pominąć. Dlatego też zastanawiano się np, dlaczego kolejność planet w utworze wprawdzie przypomina tę rzeczywistą, ale jednak nie do końca się zgadza. Tak czy inaczej Planety są idealnym soundtrackiem do czytania o astrofizyce. I trudno znaleźć lepszy utwór do kontemplowania coraz szybciej rozszerzającego się wszechświata niż odpowiadająca najdalszej planecie naszego układu ostatnia część The Planets: Neptun – mistyk. W tym tajemniczym fragmencie Holst zastosował na końcu genialny chwyt: chór żeński stojący w osobnym pomieszczeniu, do którego drzwi są być powoli zamykane. W czasach, kiedy nie znano jeszcze wyciszania utworów na płytach (najlepiej w najgłupszym możliwym momencie), musiało to robić jeszcze większe wrażenie niż dziś.

Dla osób, które już słuchały Planet, mam małą ankietę:

Początkujący słuchacz muzyki, który właśnie poznał Planety, na pewno chce wiedzieć, czy jest więcej takich kawałków: opisowych, w których dużo się dzieje. Wprawdzie żadne inne dzieło Gustava Holsta nie okazało się równie przebojowe, ale na szczęście mamy takie utwory jak Enigma Variations jego rodaka Edwarda Elgara, w którym każda część to muzyczny portret osoby z kręgu znajomych kompozytora. Równie barwna jest też orkiestrowa wersja Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego, gdzie inspiracją było malarstwo. Mogą się Wam też spodobać inne, ale też zróżnicowane i być może jeszcze bardziej przebojowe Carmina Burana Carla Orffa – orkiestrowo-chóralna fantazja na temat średniowiecznych tekstów, która wbrew pozorom nie składa się tylko z kawałka O fortuna.

Dodatkowe linki:

Holst dyryguje Jowiszem – ze starej płyty szelakowej

Całe Planety, dyr. E. Ormandy

Obrazki z mojej ulubionej strony Mapy nieba na Wikimedia Commons. Doceńcie zwłaszcza połączenie Ojca chrzestnego z flagą Australii.

Top 6: mroczna klasyka

28/08/2013

Leonora Carrington - OlbrzymkaSześć mrocznych utworów muzyki klasycznej: czary, diabeł, śmierć itp. Wpis przeznaczony jest przede wszystkim dla początkujących słuchaczy klasyki, więc będą to raczej znane kawałki.

Camille Saint-Saëns – Danse Macabre (1874) Poemat symfoniczny opisujący Taniec śmierci. Partia ksylofonu imituje dźwięk stukających piszczeli i została potem użyta przez kompozytora w Skamielinach ze słynnego Karnawału zwierząt. Taniec śmierci był bardzo popularnym motywem literackim w średniowieczu, kiedy słowa „Żyjesz jeszcze?” nie były żartem, ale jak najbardziej poważnym pytaniem.

Edvard Grieg – Marsz trolli (1905) Utwór fortepianowy lub orkiestrowy będący muzyczną fantazją na temat komentarzy internetowych. W grocie króla gór tego samego kompozytora byłoby trochę zbyt oczywistym wyborem na listę, więc wybrałem coś trochę mniej słynnego. Ale i tak jest to kawałek dość znany, przede wszystkim za sprawą  genialnej kreskówki Disneya Taniec Szkieletów z 1929 roku.Paul_Fürst,_Der_Doctor_Schnabel_von_Rom

Franz Schubert – Der Erlkönig (1821) Franz Schubert jest uznawany za najlepszego twórcę pieśni z akompaniamentem fortepianu, tu opracowując muzycznie Króla Olch, słynny wiersz J.W. Goethego. Kilku innych kompozytorów próbowało wzmocnić pieśń, rozpisując ją na orkiestrę, w tym Hector Berlioz, którego remix zamieszczam w linku. Tytułowy król to pan mitycznego świata, który odbiera życie dziecku: „Dolata na dworzec… lecz próżna otucha! / Na ręku ojcowskich już dziecię bez ducha”. Pomysł stuprocentowej śmiertelności wśród dziecięcych bohaterów przejęli potem twórcy polskich noweli pozytywistycznych.

Modest Musorgski – Noc na łysej górze (1867) Słynny poemat symfoniczny mający przedstawiać Noc Kupały. Już wstęp mówi „groza, burza, pogaństwo, a najbardziej burza.” Burza zawsze dobrze wychodzi kompozytorom. Najgorzej wychodzi im „słonecznie z niewielkim zachmurzeniem”.

Béla Bartók – Muzyka na smyczki, perkusję i czelestę: III Adagio (1936) Najbardziej współczesny i najtrudniejszy utwór na liście, znany przede wszystkim dzięki filmowi Lśnienie Stanleya Kubricka. Początkowy ksylofon (znowu on) brzmi, jakby coś nam upadło na podłogę i potoczyło się pod łóżko, pod które boimy się wejść. Przez resztę fragmentu Bartók zapodaje swoją słynną „muzykę nocy”, która w wydaniu z tego utworu, mocno przysłużyła się chlubnej misji odstraszania słuchaczy od muzyki dwudziestowiecznej.Gustave Dore Kruk (Poe)

Charles Gounod – Marche funèbre d’une marionnette (1879) Marsz żałobny dla marionetki zdobył sławę po wykorzystaniu go w 1955 roku w serialu Alfred Hitchcock przedstawia. Nie, nie chodzi o marionetkę Brukseli.

Jeśli macie własne propozycje, to piszcie w komentarzach. Planuję wpis „Top 6: Mroczna klasyka vol. 2”, więc pomoc się przyda.

Fotki: Leonora Carrington – Olbrzymka (1947), Paul Fürst – Doktor Dziób z Rzymu (1656), Gustave Doré – ilustracja do „Kruka” E.A. Poe (1883) Tłumaczenie Króla Olszyn: Władysław Syrokomla (1856)

Top 6: Kołysanki

13/08/2013

Picasso Kobieta z zoltymi wlosami 1931Sześć kołysanek z różnych krajów. Tylko trzy (1,2 i 5) z nich są prawdziwymi kołysankami, faktycznie używanymi do usypiania. Jeśli stosujecie którąś z pozostałych trzech, to powodzenia.

Johannes Brahms – Wiegenlied (1849) Chyba najsłynniejsza kołysanka świata. Aż dziw, że nie jest to jakaś prastara ludowa melodia, tylko ma konkretnego autora – należy do cyklu pięciu pieśni op. 49 Brahmsa.

Hamlet Gonashvili i Rustavi Ensemble – Kakhuri nana (dawno) Jak to zwykle bywa w przypadku gruzińskiego śpiewu polifonicznego, kosmiczno-mistyczny odjazd.

Igor Strawiński – Kołysanka z Ognistego ptaka (1910) Upiorna ale i tak ładna. Najbardziej znany balet Strawińskiego to oczywiście Święto wiosny, ale początkującym polecam bardziej przebojowego Ognistego ptaka.

Xavier Monsalvatge – Cancion de cuna para dormir un negrito (1945) „Kołysanka dla Murzynka” – delikatna ale niepokojąca pieśń o przesłaniu raczej pesymistycznym. Adresat kołysanki nie będzie już niewolnikiem, ale i tak ma przewalone.

Yoshiko Otaka – Itsuki no komoriuta (dawno, nagranie chyba z lat 40-tych) Japońska kołysanka śpiewana w biednych rodzinach. Śliczna, ale też niezbyt optymistyczna: zakopcie mnie przy drodze i dajcie kwiatek. Co ciekawe, pani która śpiewa, wykonywała, pod chińskim nazwiskiem, także piosenkę o opium z wpisu o narkotykach.Andrew Wyeth Sypialnia

Krzysztof Komeda, Mia Farrow – Rosemary’s Baby Theme (1968) Słynna kołysanka z Dziecka Rosemary Polańskiego należy do tej samej upiorno-ładnej kategorii, co ta z Ognistego ptaka. Na uwagę zasługuje również wersja Mike’a Pattona z projektem Fantomas.

Jeśli znacie inne ciekawe kołysanki, to piszcie w komentarzach.

Obrazki: Picasso – Kobieta z żółtymi włosami, Andrew Wyeth – Master Bedroom

Szostakowicz piątkowicz

21/11/2012

Piąta symfonia Dymitra Szostakowicza to dla mnie najfajniejsza symfonia ever. Ma wszystko, co lubię – piękne melodie, napięcie i mroczną atmosferę.

Zaczyna się z akcentem na „napięcie” – pierwsza część jest go pełna i ma dwa niesamowite momenty, w których sekcja smyczkowa robi coś, co moja żona trafnie nazwała „przesileniem” (w poniższym nagraniu ok. 2:40 i 7:10)

Drugi fragment to taki dziwny, niepokojący walc. Jest to najkrótsza i najbardziej przebojowa część V symfonii.

Trzecia część to ponure, ponure adagio. W ZSRR, co tu dużo gadać, nie było za fajnie, szczególnie w 1937 roku.

Ostatni fragment V symfonii Szostiego daje się wyżyć stojącym z tyłu orkiestry perkusistom. Rzadko mówię „klasyki powinno się posłuchać na żywo” ale w końcówce tego utworu obserwowanie pracy tych niezauważanych bohaterów drugiego planu robi wyjątkowe wrażenie.

Piąta symfonia stała się przebojem w zasadzie od dnia premiery. Szostakowicz potrzebował takiego sukcesu, bo dopiero co został zjechany za zbyt „formalistyczną” (czytaj: awangardową) operę Lady Makbet mceńskiego powiatu w artykule autorstwa najprawdopodobniej samego Stalina. Pierwszym ważnym utworem kompozytora po tej krytyce była właśnie stosunkowo przystępna, choć jednocześnie smutna i interpretowana jako krytyka reżimu, V symfonia.

Niezależnie od aspektu politycznego, którego analizy urastają czasem do absurdalnych rozmiarów, Piątka Dymitra Szostakowicza to ponadczasowe arcydzieło na miarę Braci Karamazow Dostojewskiego albo Jeżyka we mgle (by trzymać się tylko Rosji).

Stokowski.org: pierwsze zachodnie nagranie, 1939 – dyryguje Leopold Stokowski (mp3)

YouTube: Kolega Szostakowicza Jewgienij Mrawiński dyryguje Orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej, 1983.

Obraz: Kazimierz Malewicz – Złe przeczucia, wzięty z Wiki

Piękny Prokofiew

16/06/2012

Gusta gustami, ale jeśli nie podoba się Wam środkowa część II koncertu skrzypcowego Sergieja Prokofiewa, to po prostu nie macie serca. Nie mam pojęcia, dlaczego fragment ten nie jest bardziej znany, bo osobiście umieściłbym go na każdej składance typu „Best Classical Melodies Ever”.

Andante assai, bo tak nazywa się wychwalany dziś kawałek, oznacza „bardzo umiarkowanie”, co oddaje jego spokojną naturę. Najpierw sekcja smyczkowa gra łagodne pizzicato (czyli plumkanie), a solowe skrzypce grają najtęskniejszą melodię wszechświata. Potem trochę (umiarkowanych) turbulencji, a na końcu zamiana ról: sekcja smyczkowa gra tę przepiękną melodię, a solista plumka.

Prokofiew napisał II koncert skrzypcowy w 1935 roku, czyli w swoim najlepszym okresie. Właśnie stworzył soundtrack do Porucznika Kiże, pracował nad baletem Romeo i Julia, a w ciągu następnych kilku lat miał jeszcze napisać bajkę muzyczną Piotruś i wilk oraz ścieżkę dźwiękową do Aleksandra Newskiego. Jest to, jak na razie, jedyny koncert skrzypcowy, który podoba mi się w całości – chociaż najczęściej oczywiście puszczam sobie Andante Assai.

LINKI:

Nagranie całego koncertu z 1952 roku.

Cały koncert na YT.

Część druga: Andante assai.

Odpowiednio ładna ilustracja to Autoportret Zinaidy Serebriakowej z r. 1909 (sic!).

E.E.E.V.

20/02/2012

Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze nie było porządnego wpisu o Enigma Variations wybitnego angielskiego kompozytora Edwarda Elgara. To piękna i przystępna rzecz, idealna na jedną z list typu „muzyka klasyczna dla początkujących/nieśmiałych/opornych/metali”, które tak bardzo lubię. I doskonały utwór dla wielbicieli takich barwnych przebojów klasyki, jak Planety Holsta czy Obrazki z wystawy Musorgskiego.

Enigma Variations napisane zostały w 1899 roku i zapoczątkowały renesans brytyjskiej muzyki klasycznej. Ich pełny tytuł to Variations on an Original Theme, czyli że Elgar użył jako podstawy wariacji własnej melodii, a nie, jak to się zwykło robić, cudzej. „Enigma” wzięła się stąd, że za tytułami poszczególnych części (typu „W.M.B.” albo „W.M.”) kryją się portrety znajomych kompozytora. Choć podobno prawdziwą enigmą jest motyw (muzyczny albo literacki albo nie wiadomo), jaki Elgar miał ukryć w kompozycji i którego nikomu nie udało się znaleźć.

Już wstęp Enigma Variations – temat późniejszych wariacji – rozwala. Po chwili przechodzi w przepiękną pierwszą, pantoflarsko poświęconą żonie Elgara, wariację (C.A.E. – Caroline Alice Elgar). W sumie w pół godziny słyszymy piętnaście przebojowych miniatur, w tym wspaniale mroczne R.P.A. i najdłuższą, finałową E.D.U. – autoportret kompozytora.

Najbardziej znaną częścią Enigma Variations jest przejmująca dziewiąta wariacja (zwykle dziesiąta ścieżka na płycie): Nimrod. Ma to być muzyczny obraz rozmów o wolnych fragmentach Beethovena, które Elgar prowadził z wydawcą muzyki Alfredem Jaegerem. Jäger to po niemiecku”myśliwy”, a Nimrod, ew. Nemrod to w mitologii myśliwy – baaaardzo pomysłowe.

♫ LINKI:

Bardzo dobre nagranie z 1947 roku – Halle Orchestra, dyr. John Barbirolli. Format FLAC, więc potrzebny Foobar albo VLC, ew. LAME, żeby przerobić na mp3. Ze strony CHARM.

Początek pełnej wersji Enigma Variations na YT – dyr. Leonard Bernstein.

♪ Coś ultrabrytyjskiego i wzruszającego: Nimrod grany przez wojskową orkiestrę w Rememberence Sunday (czyli dla poległych).

♪ Bardziej standardowa wersja Nimrod (G. Solti, LPO).

Fota u góry: Julia Margaret Cameron – Szept muzy (1865)

Szlagier czesko-amerykański

22/12/2011

Nie wiem, która symfonia jest najlepsza, natomiast wiem, która jest najbardziej przebojowa – 9-ta symfonia „Z Nowego Świata” Czecha Antonína Dvořáka. Powstała w 1893 roku, kiedy kompozytor przebywał w Stanach Zjednoczonych i według ekspertów, słychać w niej wpływ muzyki indiańskiej i murzyńskiej. Jak tych wpływów nie słyszę, za to momentami zalatuje mi westernem.

Każda z czterech części „Z Nowego Świata” to murowany hit. W pierwszej części najpierw powoli przypływamy do Nowego Jorku, a zaraz potem galopujemy po prerii. Druga nazywa się Largo, co oznacza mniej więcej to samo, co „adagio”. Znajdziecie w niej jedną z bardziej znanych melodii muzyki klasycznej, katowaną niegdyś w dżinglu RMF Classic (być może dalej katowaną, ale nie wiem, musiałbym słuchać RMF Classic). W 3-ciej części Dvorak chyba nawiązuje do innej dziewiątej symfonii – niejakiego Beethovena. A ostatni fragment to tzw. power-pop – słusznie wymieniłem go w niesławnym (ze względu na hipokryzję autora) wpisie Muzyka klasyczna do sprzątania.

„Z Nowego Świata” to idealne wprowadzenie do gatunku symfonii. Jeśli jeszcze nie znacie, to skorzystajcie z poniższych linków:

1. YouTube – Gustavo Dudamel dyryguje czwartą częścią na urodzinach Benedykta XVI

2. Archiwalne nagranie na blogu Shellackophile (świetne – to przez nie przypomniałem sobie o tej symfonii, okładka obok)

3. Cała „Z Nowego Świata”, dyryguje Herbert Von

Zainteresowanym innymi dziełami Dvoraka polecam 12-ty kwartet smyczkowy (tzw. „Amerykański”) z tego samego okresu. Ewentualnie jeszcze VII symfonię – mniej przebojową ale też uważaną za wybitną.

Na zdjęciu Statua Wolności – the making of.