Posts Tagged ‘muzyka symfoniczna’

Klasyczna Telewizja Muzyczna 1

18/01/2017

poster_turandotKlasyczna Telewizja Muzyczna to nowa seria wpisów, w której bawię się w VJ-a. Robię prawie godzinną playlistę przebojów muzyki klasycznej na YouTube, a tutaj dopisuję pouczający i zabawny komentarz. Żeby było bardziej jak telewizja, będą to przed wszystkim filmy z występów (w tym wpisie raczej starych, potem zobaczę), a nie klipy z samym audio.

Oto link do playlisty Klasyczna Telewizja Muzyczna 1. Życzę miłego oglądania. A w programie:

• Zaczynamy od tzw. mocnego uderzenia – Dies Irae (Gniew Boży) z Requiem Verdiego. To requiem nie znajduje praktycznego zastosowania na mszach żałobnych ze względu na niebezpieczeństwo obudzenia zmarłego.

• Po tym całym gniewie, na uspokojenie, III część Kwintetu klarnetowego Brahmsa. Chociaż niektórych może wyprowadzić z równowagi fakt, że w kwintecie klarnetowym jest pięć razy mniej klarnetów, niż sugeruje nazwa.

• Osiem wiolonczel i sopran, czyli Bachianas Brasilieras nr 5 brazylijskiego kompozytora Heitora Villa-Lobosa. „Bachianas” – bo luźno zainspirowane Bachem. „Brasileiras” nie wiem, dlaczego.

sverchkov_troykazimoy8059• Prokofiew – Trojka ze suity z filmu Porucznik Kiże. Trojka to taki trójkonny zaprzęg. Zresztą już z samej muzyki można się domyślić, że chodzi o coś kuligowatego.

Preludium z I suity wiolonczelowej J.S. Bacha, ale w wersji dość hiszpańskiej bo zaaranżowane na gitarę przez wirtuoza (trochę mnie kusi, żeby napisać „tuza”) tego instrumentu Andresa Segovię.

• Aria Nessun dorma Pucciniego. Wielki przebój opery Turnadot i mundialu Italia ’90. W osobnym wpisie więcej na ten temat.

Nimrod z Enigma Variations Anglika Edwarda Elgara. Ten wzruszający utwór, chociaż nie jest z założenia żałobny, to w ojczyźnie kompozytora bywa używany przy smutnych okazjach:  pogrzebach, hołdach poległym żołnierzom oraz rozmyślaniu nad utraconym imperium.

svanhamnen_i_bland_tomtar_och_troll_1908• Na prawie finał ostatnia część V symfonii Fina Jeana Sibeliusa. Tę porywającą melodię, która pojawia się po około minucie, zainspirował widok szesnastu łabędzi wzbijających się do lotu. W siedzibie Placówki Krakowie widuje się często nawet po dwadzieścia wzbijających się do lotu gołębi, która to inspiracja zaowocowała klejnotem Nie przenoście nam stolicy do Krakowa.

• Na deser, ew. dobranoc, ograny ale i tak świetny hit fortepianowy – pierwszy Gymnopédie (czyt. żimnope’di) francuskiego awangardzisty Erika Satiego. Grecki termin „gymnopedia” oznaczał w Sparcie święto „tańca nagich młodzieńców” – duch imprezowy miał się w starożytnym świecie dobrze.

Obrazki: plakat reklamujący premierę opery Turandot w 1926 r. (stąd), Nikołaj Jegorowicz Swierczkow – Trojka zimą (stąd), John Bauer – ilustracja do Wśród gnomów i trolli (1908, stąd)

Mahler artystą jednego przeboju

01/10/2014

Franz von Stuck - Wiosna, 1909Wiedeński kompozytor okresu Secesji Gustav Mahler, jak każdy porządny artysta (Van Gogh, J.S. Bach, a w przyszłości zapewne Rush), doceniony został dopiero dobre pół wieku po śmierci. Wprawdzie nie umarł zapomniany i w biedzie, ale jednak jego długie symfonie nie podobały się jakoś specjalnie krytykom i publiczności przełomu XIX i XX wieku i radzono mu raczej, żeby trzymał się dyrygowania. Przewrażliwionego, jak każdy porządny artysta, Mahlera musiało to nieźle wkurzać. Podejrzewam też, że wkurzyłaby go też historia jego największego i w zasadzie jedynego przeboju: czwartej części V symfonii, o oznaczeniu tempa Adagietto, czyli „powolutku”.

Adagietto – dyryguje najważniejszy promotor twórczości Mahlera – Leonard Bernstein,

Adagietto – pierwsze nagranie, dyryguje kolega Mahlera Willem Mengelberg, 1926

Ukończona w 1902 roku siedemdziesięciominutowa V symfonia Mahlera jest, jak pozostałe jego symfonie, przemyślanym i ambitnym dziełem. Jednak po jej premierze Mahler narzekał, że nikt jej nie zrozumiał i w sumie miał rację. Uznano najwyraźniej, że „symfonia za długa, ale to Adagietto spoko”, bo często wykonywano potem samą czwartą część. Mahler powiedział też, że chciałby dyrygować symfonią za pięćdziesiąt lat, kiedy już zostanie zrozumiana. I faktycznie, kilka dekad po premierze cała V symfonia zaczęła się podobać ekspertom i publiczności prawie tak bardzo jak Mahlerowi. Ale w roku 1971 Adagietto pojawiło w filmie film Śmierć w Wenecji, który ponownie oderwał je od reszty dzieła i uczynił światowym hitem, zamieszczanym na składankach o tytułach typu Beautiful Adagios albo Classical Chillout.

Trudno zaprzeczyć, że Adagietto jest zasłużonym przebojem. Trwający, w zależności od interpretacji, od 7 do 12 minut fragment ma piękną, chociaż niezbyt łatwą do zanucenia melodię. Zdecydowanie nastraja ona do myślenia o rzeczach wzniosłych i oddalonych o tzw. szarej rzeczywistości: niebie, miłości, życiu pozagrobowym, jeleniach na rykowisku. Jeśli wierzyć wdowie po Mahlerze Almie, Adagietto miało być przeznaczonym dla niej instrumentalnym listem miłosnym. Oczywiście można też interpretować je bardziej dramatycznie, bo bardzo przypomina inny utwór Mahlera z tego samego okresu, mniej romantyczną a bardziej zagubioną pieśń z tekstem lubionego poety kompozytora, Friedricha Ruckerta: Ich bin der Welt abhanden gekommen, czyli Straciłem kontakt ze światem.

Pierwsze nagranie Ich bin der Welt abhanden gekommen, 1930

Gustav Mahler oczywiście chciałby, żebyśmy posłuchali całej V symfonii. W naszych zagonionych czasach znów można powiedzieć, że „za długa, ale Adagietto spoko”, ale polecam posłuchać przynajmniej wstępu z genialnym nawiązaniem do pierwszych taktów najbardziej znanej V symfonii – tej autorstwa Ludwiga „ta ta ta taaaaa” van Beethovena.

Cała V symfonia, występ dobrej jakości i zamieszczony oficjalnie – Pitsburgh Symphony Orchestra, 2011

Mahler VIII Symphonie PosterJeśli spodobało się Wam Adagietto, to informuję, że Mahler miał też więcej równie przebojowych kawałków, tylko nie zdobyły takiej popularności. Przykładem może być Sehr-Langsam Misterioso – tajemnicza (zgodnie z tytułem) pieśń z III symfonii z tekstem Fryderyka Nietzsche, też zresztą wykorzystana w Śmierci w Wenecji. Podobna w klimacie jest pieśń Urlicht z II symfonii kompozytora. Mahler pewnie nie chciałby, żeby słuchać wyciętych, kilkuminutowych fragmentów jego monumentalnych dzieł. Ale niestety II symfonia trwa 80 minut, a trzecia rekordowe 130. Skąd miał wiedzieć, że kolejne parę dekad po docenieniu jego twórczości nadejdzie pokolenie, które generalnie nie może się na niczym skupić?

Obrazki: Franz von Stuck – Wiosna, 1909 (Wikimedia Commons) oraz plakat reklamujący premierę VIII symfonii Mahlera pod batutą kompozytora (nie pamiętam, gdzie znalazłem)

 

Stary dorsz i morze

04/12/2013

William_Turner_-_Fishermen_at_Sea

Cztery interludia morskie (Sea Interludes, 1945) angielskiego kompozytora Benjamina Brittena brzmią tak, jak chciałbym, żeby brzmiała muzyka połowy XX wieku: niepokojąco, ale jednocześnie melodyjnie i, nie bójmy się tego słowa, pięknie. Niestety, najbardziej znani kompozytorzy powojennej klasyki (np. Penderecki albo Stockhausen) koncentrowali się na „niepokojąco”, argumentując, poniekąd słusznie, że doświadczywszy melomana Hitlera, nie można już tworzyć normalnej muzyki. Britten najwyraźniej nie zgadzał się z tym do końca, bo chociaż jego twórczość bywa mroczna jak nie wiem, to jednak da się jej słuchać dla przyjemności – taki symfoniczny odpowiednik Radiohead. Z prezentowanych dziś interludiów (Świt, Niedziela rano, Światło księżyca, Sztorm) najbardziej polecam Niedzielę rano:

Jak wskazuje nazwa, te orkiestrowe interludia pochodzą z większej całości, a konkretnie z opery Peter Grimes. Jej tytułowy bohater to oskarżony o morderstwo mieszkaniec nadmorskiej miejscowości i zarówno ponura tematyka, jak i nadmorskość przenikają do warstwy muzycznej. Jeśli komuś nie chce się słuchać całego utworu (notabene uważanego za największe osiągnięcie Brittena) bo np. nie lubi opery, to może spokojnie ograniczyć do piętnastominutowej suity Sea Interludes. Polecam ją każdemu, kto lubi powspominać nadmorskie klimaty: deszcz, wiatr, zatrucie rybą i  zachłyśnięcie słoną wodą.

♫ LINKI:

Sea Interludes – nagranie z 1948 roku (w domenie publicznej) u niejakiego Damiana. Empetrójka we wpisie jest właśnie stamtąd.

Fragmenty Interludiów w filmiku zapowiadającym wystawienie Petera Grimesa w Aldenborough – nadmorskim miasteczku, z którego pochodził Benjamin Britten.

Obrazek: William Turner – Rybacy na morzu (1796, Wikimedia Commons)

Mahler ziemisty Chińczyk

29/11/2013

Shen Zhou„Klątwa dziewiątej” to zdarzający się wśród kompozytorów syndrom nagłego i ostatecznego pogorszenia stanu zdrowia po napisaniu dziewiątej symfonii. Zaczęło się od Beethovena, który nie napisał już żadnej symfonii po tej z Odą do radości. Podobnie było np. z Dvořákiem i Brucknerem, więc w 1909 roku przesądny i neurotyczny Wiedeńczyk Gustav Mahler postanowił oszukać los, i swojej dziewiątej symfonii nie nazwał IX symfonią, tylko Das Lied von Der Erde (Pieśń o ziemi). Los mógł się naprawdę nie zorientować, bo Lied von der Erde nie przypomina za bardzo symfonii w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, czyli czysto orkiestrowego utworu w czterech, różniących się tempem, częściach.

Mahler, za przykładem Beethovena i jego „9”, lubił wstawiać pieśni do symfonii. W Das Lied von der Erde poszedł jednak na całość, bo dzieło składa się wyłącznie z sześciu pieśni z towarzyszeniem orkiestry. Połowę z nich śpiewa tenor (pan), połowę alt (pani), chociaż ten drugi głos dominuje czasowo. Za tekst posłużyły niemieckie tłumaczenia chińskich wierszy, w większości autorstwa Li Bai – legendarnego poety VIII w. n.e. Ich tematyka to: picie, młodość, samotność, piękno, znowu picie oraz pożegnanie. W warstwie muzycznej chińskich wpływów nie słychać jakoś bardzo, z wyjątkiem najbardziej pentatonicznej części trzeciej: Von der Jugend (O młodości). Jest to zarazem najkrótsza pieśń utworu, więc polecam ją na początek. Szczególnie podoba mi się, kiedy pan śpiewa „Wie der Rücken eines Tigers” (Niczym grzbiet tygrysa), bo zawsze się cieszę, kiedy słyszę niemiecki przypadek Genitivus:

Najsłynniejszym fragmentem Das Lied von der Erde jest natomiast jej ostatnia, najdłuższa część, śpiewana przez alt Der Abschied (Pożegnanie). Ta półgodzinna, niesamowicie smutna pieśń zajmowała w pierwszym nagraniu trzy płyty szelakowe i spokojnie obroniłaby się jako osobne dzieło. Podmiot liryczny żegna się, bo jedzie w góry w poszukiwaniu „spokoju dla samotnego serca”. Na końcu znajduje się optymistyczny w treści, ale niezbyt radośnie zaśpiewany fragment o ziemi: że co wiosnę się odnawia, oraz że wszystkie odległe krainy mają też błękitne niebo – wieeeecznie, wieeeecznie (eeeewig, eeeewig):

A cierpliwy los poczekał, aż Gustav Mahler ukończy właściwą IX symfonię, i dopiero wtedy załatwił kompozytora.

♫ LINKI:

Wspomniane pierwsze nagranie (1936, kolega Mahlera – Bruno Walter) na Internet Archive. Z tego źródła pochodzą zagnieżdżone we wpisie empetrójki.

Cała Lied von der Erde na YT, dyryguje największy promotor muzyki Mahlera, Leonard Bernstein.

Bernstein opowiada o utworze.

Obrazek: Górzysty krajobraz Lushan – Shen Zhou, 1467 (Wikimedia Commons)

W 50 minut dookoła Układu Słonecznego

29/09/2013

Cellarius_Harmonia_Macrocosmica_-_Haemisphaerium_Stellatum_Boreale_Antiquum

O Planetach (1918) Gustava Holsta pisałem już kilka razy, ale nigdy w formie porządnego wpisu z obowiązkowymi słabymi żartami. Czas więc to naprawić, bo dzieło to nie byle jakie – przebojowe, zróżnicowane i ambitne. Zainspirowane jest nie tyle astronomią, co jej nadal bardziej popularną poprzedniczką – astrologią. Każda część tej orkiestrowej suity odpowiada planecie Układu Słonecznego – a konkretnie wydarzeniom, które według astrologii zwiastują. Części tych jest siedem, bo nie uwzględnił ani niezwiastującej w astrologii niczego Ziemi, ani Plutona, bo tego podszywającego się pod planetę kamyka jeszcze wtedy nie odkryto.

Brytyjczyk Gustav Holst bardzo chciał walczyć w I wojnie światowej, ale się nie załapał ze względu na zdrowie. Więc przez cztery lata wojny kończył The Planets, rozpoczynające się od, jakżeby inaczej, Marsa, zwiastuna wojny. Sam Holst twierdził, że nie napisał Marsa pod wpływem światowych wydarzeń, bo skończył ten fragment jeszcze przed wybuchem konfliktu, ale my przecież wiemy lepiej. Mars to chyba najbardziej znany poza Wielką Brytanią utwór z Planet i ewidentnie zainspirował Johna Williamsa do napisania słynnego Marsza imperialnego z Imperium kontratakuje.

W Wielkiej Brytanii najpopularniejszą częścią Planet jest Jowisz, zwiastun wesołości – jeden z hitów dziwnej imprezy zwanej Last Night at the Proms. Jest to utwór raz skoczny, raz wzruszający, a czasami obie rzeczy na raz. Jowisz jest jedyną planetą, której nazwa znacznie odbiega od polskiej, więc utwór nazywa się Jupiter, the Bringer of Jolity. Dlaczego „zwiastun” to „bringer”, a nie „trailer”, nie wiem.Uranometria_1624-Equuleus

Wprawdzie Holst pisał o astrologii, ale aspektu astronomicznego nie da się pominąć. Dlatego też zastanawiano się np, dlaczego kolejność planet w utworze wprawdzie przypomina tę rzeczywistą, ale jednak nie do końca się zgadza. Tak czy inaczej Planety są idealnym soundtrackiem do czytania o astrofizyce. I trudno znaleźć lepszy utwór do kontemplowania coraz szybciej rozszerzającego się wszechświata niż odpowiadająca najdalszej planecie naszego układu ostatnia część The Planets: Neptun – mistyk. W tym tajemniczym fragmencie Holst zastosował na końcu genialny chwyt: chór żeński stojący w osobnym pomieszczeniu, do którego drzwi są być powoli zamykane. W czasach, kiedy nie znano jeszcze wyciszania utworów na płytach (najlepiej w najgłupszym możliwym momencie), musiało to robić jeszcze większe wrażenie niż dziś.

Dla osób, które już słuchały Planet, mam małą ankietę:

Początkujący słuchacz muzyki, który właśnie poznał Planety, na pewno chce wiedzieć, czy jest więcej takich kawałków: opisowych, w których dużo się dzieje. Wprawdzie żadne inne dzieło Gustava Holsta nie okazało się równie przebojowe, ale na szczęście mamy takie utwory jak Enigma Variations jego rodaka Edwarda Elgara, w którym każda część to muzyczny portret osoby z kręgu znajomych kompozytora. Równie barwna jest też orkiestrowa wersja Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego, gdzie inspiracją było malarstwo. Mogą się Wam też spodobać inne, ale też zróżnicowane i być może jeszcze bardziej przebojowe Carmina Burana Carla Orffa – orkiestrowo-chóralna fantazja na temat średniowiecznych tekstów, która wbrew pozorom nie składa się tylko z kawałka O fortuna.

Dodatkowe linki:

Holst dyryguje Jowiszem – ze starej płyty szelakowej

Całe Planety, dyr. E. Ormandy

Obrazki z mojej ulubionej strony Mapy nieba na Wikimedia Commons. Doceńcie zwłaszcza połączenie Ojca chrzestnego z flagą Australii.

Top 6: mroczna klasyka

28/08/2013

Leonora Carrington - OlbrzymkaSześć mrocznych utworów muzyki klasycznej: czary, diabeł, śmierć itp. Wpis przeznaczony jest przede wszystkim dla początkujących słuchaczy klasyki, więc będą to raczej znane kawałki.

Camille Saint-Saëns – Danse Macabre (1874) Poemat symfoniczny opisujący Taniec śmierci. Partia ksylofonu imituje dźwięk stukających piszczeli i została potem użyta przez kompozytora w Skamielinach ze słynnego Karnawału zwierząt. Taniec śmierci był bardzo popularnym motywem literackim w średniowieczu, kiedy słowa „Żyjesz jeszcze?” nie były żartem, ale jak najbardziej poważnym pytaniem.

Edvard Grieg – Marsz trolli (1905) Utwór fortepianowy lub orkiestrowy będący muzyczną fantazją na temat komentarzy internetowych. W grocie króla gór tego samego kompozytora byłoby trochę zbyt oczywistym wyborem na listę, więc wybrałem coś trochę mniej słynnego. Ale i tak jest to kawałek dość znany, przede wszystkim za sprawą  genialnej kreskówki Disneya Taniec Szkieletów z 1929 roku.Paul_Fürst,_Der_Doctor_Schnabel_von_Rom

Franz Schubert – Der Erlkönig (1821) Franz Schubert jest uznawany za najlepszego twórcę pieśni z akompaniamentem fortepianu, tu opracowując muzycznie Króla Olch, słynny wiersz J.W. Goethego. Kilku innych kompozytorów próbowało wzmocnić pieśń, rozpisując ją na orkiestrę, w tym Hector Berlioz, którego remix zamieszczam w linku. Tytułowy król to pan mitycznego świata, który odbiera życie dziecku: „Dolata na dworzec… lecz próżna otucha! / Na ręku ojcowskich już dziecię bez ducha”. Pomysł stuprocentowej śmiertelności wśród dziecięcych bohaterów przejęli potem twórcy polskich noweli pozytywistycznych.

Modest Musorgski – Noc na łysej górze (1867) Słynny poemat symfoniczny mający przedstawiać Noc Kupały. Już wstęp mówi „groza, burza, pogaństwo, a najbardziej burza.” Burza zawsze dobrze wychodzi kompozytorom. Najgorzej wychodzi im „słonecznie z niewielkim zachmurzeniem”.

Béla Bartók – Muzyka na smyczki, perkusję i czelestę: III Adagio (1936) Najbardziej współczesny i najtrudniejszy utwór na liście, znany przede wszystkim dzięki filmowi Lśnienie Stanleya Kubricka. Początkowy ksylofon (znowu on) brzmi, jakby coś nam upadło na podłogę i potoczyło się pod łóżko, pod które boimy się wejść. Przez resztę fragmentu Bartók zapodaje swoją słynną „muzykę nocy”, która w wydaniu z tego utworu, mocno przysłużyła się chlubnej misji odstraszania słuchaczy od muzyki dwudziestowiecznej.Gustave Dore Kruk (Poe)

Charles Gounod – Marche funèbre d’une marionnette (1879) Marsz żałobny dla marionetki zdobył sławę po wykorzystaniu go w 1955 roku w serialu Alfred Hitchcock przedstawia. Nie, nie chodzi o marionetkę Brukseli.

Jeśli macie własne propozycje, to piszcie w komentarzach. Planuję wpis „Top 6: Mroczna klasyka vol. 2”, więc pomoc się przyda.

Fotki: Leonora Carrington – Olbrzymka (1947), Paul Fürst – Doktor Dziób z Rzymu (1656), Gustave Doré – ilustracja do „Kruka” E.A. Poe (1883) Tłumaczenie Króla Olszyn: Władysław Syrokomla (1856)

Top 6: niebo

20/12/2012

Hieronim BoschDziś umieramy i idziemy do nieba – po polsku, niemiecku, łacinie, bez słów i dwa razy po angielsku. Nie będzie Knockin’ On Heaven’s Door, a Stairway To Heaven będzie, ale inne.

Talking Heads – Heaven (1979) Wizja Talking Heads nie jest za wesoła, bo niebo (pod postacią baru o takiej nazwie) jest nieskończenie powtarzalne i nic się w nim nie dzieje:  Zespół w Niebie / gra mój ulubiony song / gra go jeszcze raz / gra go całą noc. Cały obrazek kojarzy mi się z opowiadaniem Pizzeria „Kamikaze” Etgara Kereta (dzięki, Jakuzz), gdzie specjalne „niebo” dla samobójców ma formę nudnej pracy w pizzerii.

Gustav Mahler – IV symfonia – cz. IV (1900) W ostatniej część IV Symfonii Mahlera sopranistka opowiada o niebie, jakie wyobraża sobie dziecko. Raj jest tu czymś w rodzaju gospodarstwa wiejskiego, w którym pomagają anioły i rozmaici święci – św. Piotr łapie ryby, a św. Marta jest kucharzem.

Obywatel G.C. – Skończymy w niebie (1988) Chyba najbardziej niepokojący utwór na liście. W tym niebie „nikt nam w mózgu już nie grzebie”, co chyba należy rozumieć jako ucieczkę od ówczesnego systemu politycznego.

Gabriel Faure – Requiem – In Paradisum (1893) Wstrząsająco piękne zakończenie wstrząsająco pięknego utworu. Nagranie Requiem z 1938 roku można legalnie pobrać z CHARM.

The Tiger Lillies – Heaven to Hell (1998; dzięki, Boatman)  Podmiot liryczny jest niezadowolony z pobytu w niebie. Jesus, he plays the guitar / he sounds like Joni Mitchell / I thought I’d be happy in heaven / but in in fact I’m as unhappy as hell (Jezus gra na gitarze / śpiewa jak Marek Grechuta / myślałem, że w niebie jest fajnie / ale jest raczej do dupy).

Allan Gray – A Matter of Life and Death OST – „The Stairway to Heaven” (1946) Na koniec fragment muzyki z brytyjskiego filmu A Matter of Life and Death (Sprawa życia i śmierci) towarzyszący scenie z ruchomymi schodami prowadzącymi do dzisiejszego tematu. Bardzo prosta rzecz:  najpierw hipnotyczny motyw na fortepianie, potem wchodzi coś, co brzmi jak fagot. Sprawa życia i śmierci to niesamowity i (moim zdaniem) wybitny film. A ponieważ prawa autorskie wygasły, to można go sobie obejrzeć legalnie, np. na YouTube.

Obraz: Hieronim Bosch – Wizje sądu ostatecznego: Wzniesienie błogosławionych do raju (z Wikimedia Commons)

Jeśli macie swoje propozycje utworów o niebie (albo przemyślenia na temat tych zamieszczonych we wpisie), to zachęcam do komentowania.

Szostakowicz piątkowicz

21/11/2012

Piąta symfonia Dymitra Szostakowicza to dla mnie najfajniejsza symfonia ever. Ma wszystko, co lubię – piękne melodie, napięcie i mroczną atmosferę.

Zaczyna się z akcentem na „napięcie” – pierwsza część jest go pełna i ma dwa niesamowite momenty, w których sekcja smyczkowa robi coś, co moja żona trafnie nazwała „przesileniem” (w poniższym nagraniu ok. 2:40 i 7:10)

Drugi fragment to taki dziwny, niepokojący walc. Jest to najkrótsza i najbardziej przebojowa część V symfonii.

Trzecia część to ponure, ponure adagio. W ZSRR, co tu dużo gadać, nie było za fajnie, szczególnie w 1937 roku.

Ostatni fragment V symfonii Szostiego daje się wyżyć stojącym z tyłu orkiestry perkusistom. Rzadko mówię „klasyki powinno się posłuchać na żywo” ale w końcówce tego utworu obserwowanie pracy tych niezauważanych bohaterów drugiego planu robi wyjątkowe wrażenie.

Piąta symfonia stała się przebojem w zasadzie od dnia premiery. Szostakowicz potrzebował takiego sukcesu, bo dopiero co został zjechany za zbyt „formalistyczną” (czytaj: awangardową) operę Lady Makbet mceńskiego powiatu w artykule autorstwa najprawdopodobniej samego Stalina. Pierwszym ważnym utworem kompozytora po tej krytyce była właśnie stosunkowo przystępna, choć jednocześnie smutna i interpretowana jako krytyka reżimu, V symfonia.

Niezależnie od aspektu politycznego, którego analizy urastają czasem do absurdalnych rozmiarów, Piątka Dymitra Szostakowicza to ponadczasowe arcydzieło na miarę Braci Karamazow Dostojewskiego albo Jeżyka we mgle (by trzymać się tylko Rosji).

Stokowski.org: pierwsze zachodnie nagranie, 1939 – dyryguje Leopold Stokowski (mp3)

YouTube: Kolega Szostakowicza Jewgienij Mrawiński dyryguje Orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej, 1983.

Obraz: Kazimierz Malewicz – Złe przeczucia, wzięty z Wiki

Piękny Prokofiew

16/06/2012

Gusta gustami, ale jeśli nie podoba się Wam środkowa część II koncertu skrzypcowego Sergieja Prokofiewa, to po prostu nie macie serca. Nie mam pojęcia, dlaczego fragment ten nie jest bardziej znany, bo osobiście umieściłbym go na każdej składance typu „Best Classical Melodies Ever”.

Andante assai, bo tak nazywa się wychwalany dziś kawałek, oznacza „bardzo umiarkowanie”, co oddaje jego spokojną naturę. Najpierw sekcja smyczkowa gra łagodne pizzicato (czyli plumkanie), a solowe skrzypce grają najtęskniejszą melodię wszechświata. Potem trochę (umiarkowanych) turbulencji, a na końcu zamiana ról: sekcja smyczkowa gra tę przepiękną melodię, a solista plumka.

Prokofiew napisał II koncert skrzypcowy w 1935 roku, czyli w swoim najlepszym okresie. Właśnie stworzył soundtrack do Porucznika Kiże, pracował nad baletem Romeo i Julia, a w ciągu następnych kilku lat miał jeszcze napisać bajkę muzyczną Piotruś i wilk oraz ścieżkę dźwiękową do Aleksandra Newskiego. Jest to, jak na razie, jedyny koncert skrzypcowy, który podoba mi się w całości – chociaż najczęściej oczywiście puszczam sobie Andante Assai.

LINKI:

Nagranie całego koncertu z 1952 roku.

Cały koncert na YT.

Część druga: Andante assai.

Odpowiednio ładna ilustracja to Autoportret Zinaidy Serebriakowej z r. 1909 (sic!).

E.E.E.V.

20/02/2012

Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze nie było porządnego wpisu o Enigma Variations wybitnego angielskiego kompozytora Edwarda Elgara. To piękna i przystępna rzecz, idealna na jedną z list typu „muzyka klasyczna dla początkujących/nieśmiałych/opornych/metali”, które tak bardzo lubię. I doskonały utwór dla wielbicieli takich barwnych przebojów klasyki, jak Planety Holsta czy Obrazki z wystawy Musorgskiego.

Enigma Variations napisane zostały w 1899 roku i zapoczątkowały renesans brytyjskiej muzyki klasycznej. Ich pełny tytuł to Variations on an Original Theme, czyli że Elgar użył jako podstawy wariacji własnej melodii, a nie, jak to się zwykło robić, cudzej. „Enigma” wzięła się stąd, że za tytułami poszczególnych części (typu „W.M.B.” albo „W.M.”) kryją się portrety znajomych kompozytora. Choć podobno prawdziwą enigmą jest motyw (muzyczny albo literacki albo nie wiadomo), jaki Elgar miał ukryć w kompozycji i którego nikomu nie udało się znaleźć.

Już wstęp Enigma Variations – temat późniejszych wariacji – rozwala. Po chwili przechodzi w przepiękną pierwszą, pantoflarsko poświęconą żonie Elgara, wariację (C.A.E. – Caroline Alice Elgar). W sumie w pół godziny słyszymy piętnaście przebojowych miniatur, w tym wspaniale mroczne R.P.A. i najdłuższą, finałową E.D.U. – autoportret kompozytora.

Najbardziej znaną częścią Enigma Variations jest przejmująca dziewiąta wariacja (zwykle dziesiąta ścieżka na płycie): Nimrod. Ma to być muzyczny obraz rozmów o wolnych fragmentach Beethovena, które Elgar prowadził z wydawcą muzyki Alfredem Jaegerem. Jäger to po niemiecku”myśliwy”, a Nimrod, ew. Nemrod to w mitologii myśliwy – baaaardzo pomysłowe.

♫ LINKI:

Bardzo dobre nagranie z 1947 roku – Halle Orchestra, dyr. John Barbirolli. Format FLAC, więc potrzebny Foobar albo VLC, ew. LAME, żeby przerobić na mp3. Ze strony CHARM.

Początek pełnej wersji Enigma Variations na YT – dyr. Leonard Bernstein.

♪ Coś ultrabrytyjskiego i wzruszającego: Nimrod grany przez wojskową orkiestrę w Rememberence Sunday (czyli dla poległych).

♪ Bardziej standardowa wersja Nimrod (G. Solti, LPO).

Fota u góry: Julia Margaret Cameron – Szept muzy (1865)