habibi mojego omr

24/03/2016

Egyptian State RailwaysNajwiększą trudnością w poznawaniu arabskiej muzyki jest arabski alfabet. O ile wiele innych niełacińskich alfabetów da się w miarę łatwo zamienić na zrozumiałe dla nas literki, to w piśmie arabskim pojawia się dodatkowy problem, bo nie uwzględnia samogłosek. Do tego w sprawie transliteracji nie ustalono chyba żadnych wspólnych zasad, więc np. najsłynniejsza egipska śpiewaczka أم كلثوم to Oum Kalthoum, Om Kalsoum, Om Koulsum, Om Kalthoum, Oumme Kalsoum, Umm Kolthoum, Om Koultoum, Umm Kulthum, Ummi Kultsum, Ummi Kaltsum, Umi Kulsum albo Umi Kalsum. Ale dziś nie o niej, ale o innym egipskim (a właściwie egipsko-syryjskim) artyście, Faridzie el-Atrash i jego piosence Habibi el omr.

♪ Farid el-Atrache – Habibi el omr

Ten nagrany prawdopodobnie w latach czterdziestych utwór zamieściła w sieci osoba, która nie zna arabskiego, a weszła w posiadanie kolekcji starych arabskich nagrań i postanowiła się nimi podzielić. Ja też chciałem się podzielić tą wspaniałą balladą, choćby ze względu na przepiękną partię chóru, ale nie lubię zamieszczać wpisów o piosenkach, których tytułu nie znam, i których dostępność w internecie ogranicza się do jednego nagrania na YouTube, które może przecież zniknąć w niewyjaśnionych okolicznościach.

Na szczęście podany był wykonawca – Farid el-Atrache (bądź el-Atrash) – i pozostało tylko zidentyfikować tytuł. Okazało się to niespodziewanie łatwe, bo tekst, a zarazem tytuł, zaczyna się od najbardziej znanego arabskiego słowa w muzyce popularnej, czyli „habibi”.asmahan farid al-atrash

„Habibi” oznacza ukochanego lub ukochaną. Nie wiem, jak to jest do końca z rodzajami, bo „ukochana” to właściwie chyba „habibti”. Mnie zresztą najbardziej podoba się forma oznaczająca „twoją ukochaną” lub „twojego ukochanego” – swojsko brzmiące „habibek”. A tytuł piosenki „Habibi el omr”  znaczy „miłość mojego życia”. Czyli, o ile brzmienie utworu może być dla nas nieco egzotyczne, to tematyką nie odbiega on zbytnio od znanych powszechnie schematów pop music.

♪ Zapasowy link, tym razem z tytułem

♪ więcej starej muzyki z różnych stron świata na stronie cdbpdx.com

Jako ciekawostkę dodam, że Fariz el-Atrache okazuje się być bratem wokalistki Asmahan, która już pojawiała się na blogu, we wpisie o kawie. A jeśli czyta to ktoś, kto orientuje się w języku arabskim, to byłbym wdzięczny za wyjaśnienie, jak to jest z habibi/habibti/habibek, bo nie jestem pewien.

Obrazki: plakat egipskiego PKP z lat trzydziestych i okładka egipskiej Vivy! z Faridem al-Atrache i jego siostrą Asmahan (lata czterdzieste). Źródła obrazków trudne do ustalenia.

top 8: telefonia

12/01/2016

CandlestickTelephones

Udanych piosenek o telefonach jest, jak się okazuje, całkiem dużo, więc musiałem zrobić wyjątkowo ostrą selekcję. Międzynarodowość słowa „telefon” przyczyniła się do dość dużego zróżnicowania językowego listy.

The Nerves – Hanging on the Telephone (USA, 1976) Oryginalna wersja przeboju Blondie o czekaniu, aż ukochana/ukochany odbierze. Szczerze mówiąc wolę wykonanie Blondie, ale niszowy charakter bloga zobowiązuje mnie do zamieszczenia mniej znanej wersji.

Baiano – Pelo Telefone (Brazylia, 1916) Piosenka Pelo telefone (Przez telefon) to prawdopodobnie pierwsze w historii nagranie samby. Trzeba przyznać, że tematyka była dość nowoczesna – w moim domu, na przykład, telefon pojawił się dopiero osiemdziesiąt lat później.

Chór Dana – Telefony (Polska, 1935) Przedwojenna piosenka o zamieszaniach na linii, do której słowa napisał Julian Tuwim. Tuwim napisał całkiem sporo popowych tekstów, w tym Miłość ci wszystko wybaczy.

Charles Mombaya – Allo telephone (Demokratyczna Republika Konga, 200?) Nie znam francuskiego, ale sądząc ze wspaniałego teledysku (polecam zwłaszcza scenę wypadku), utwór opowiada o wszechobecności telefonów komórkowych.

Bembeya Jazz National – Telephone (Gwinea, 1976) W tym przypadku brak klipu, który wyjaśniłby piosenkę, ale też śpiewają po francusku, więc może ktoś się zorientuje. Ja zrozumiałem tylko, że w refrenie jest „nie jest trudno (coś tam) telefon”. Utwór jednak trafił na listę głównie ze względu na obłędny rytm.

Ria Amelia – SMS (Indonezja, 200?) Hit sumatrzańskich wesel opowiadający podejrzanym esemesie i wywołanej nim zazdrości. Chwytliwy i życiowy kawałek, chociaż nie wiem, czy jego prawie sześciominutowa długość jest w pełni uzasadniona. Dla zainteresowanych językami dodam jeszcze, że w pojawiające się w tekście „HP” nie oznacza firmy, ale „handphone”, czyli komórkę. A „orang” to nie kolor, tylko „człowiek, osoba”, np. „leśny człowiek” – „orang utan”.Kristiania_telefonsentral_headsets_1899

Kraftwerk – Der Telefonanruf (RFN, 1986) Rozmowa telefoniczna  to chyba  najbardziej liryczny utwór Kraftwerk. „Jesteś blisko mnie, a jednak tak daleko” – czy Kraftwerk inspirował polską szkołę tekściarstwa lat dziewięćdziesiątych?

Public Enemy – 911 Is a Joke (USA, 1990) Piosenka o tym, że telefon alarmowy to jakiś żart, bo przyjadą dopiero, kiedy im się zechce. To chyba jedyny przebój Public Enemy, w którym Flava Flav występuje w roli głównego rapera, zamiast tylko chodzić z tym swoim zegarem i przeszkadzać.

Czy macie faworyta na liście? Czy dodalibyście jakieś piosenki? Zachęcam do komentowania.

Dziękuję Karolinie, dzięki której nie poznałbym uroków indonezyjskiej sceny pop.

Obrazki z Wikimedia Commons. Pocztówka stąd, norweskie telefonistki stąd.

Soweto nigdy nie śpi

18/11/2015

Soweto_townshipPołudniowoafrykańskie Soweto powstało na przedmieściach Johannesburga przez stopniowe przesiedlanie czarnej ludności poza właściwe miasta do tzw. townships – byle jakich osiedli. Jego nazwa pochodzi od pierwszych sylab słów South Western Township.

W Soweto zawsze było beznadziejnie, ale w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstało tam całkiem dużo fantastycznej muzyki. Chciałbym dziś zaprezentować przykład gatunku zwanego „mbaqanga” albo „township jive” – Akulalwa Soweto (1973) żeńskiego zespołu wokalnego Mgababa Queens.

Tytuł znaczy „Soweto nigdy nie śpi”, co brzmi w zasadzie pozytywnie. Ale gdy popatrzy się na zdjęcia rozpadających się blaszanych ruder, z których składa się osiedle, to zastanawiam się, czy ta bezsenność jest aż taka super.

Pięknej melodii i harmoniom towarzyszy zadziwiający rytm, kojarzący się z  niektórymi piosenkami Joy Division (np. Komakino). Nie wiem, czy Joy Division się nimi inspirowało, ale jest pewna szansa, ponieważ muzyka afrykańska była promowana przez legendarnego brytyjskiego prezentera radiowego Johna Peela. Umożliwiło to np. splagiatowanie wspaniałego kawałka Umculo Kawupheli Mahotella Queens przez, nota bene całkiem ciekawy, brytyjski zespół Bow Wow Wow (pod tytułem See Jungle). Najbardziej jednak znanym dziełem zainspirowanym mbaqanga jest album Graceland Paula Simona. Ten raczej nie słuchał Johna Peela, ale muzyka RPA (a także Zimbabwe – porównajcie sobie brzmienie Graceland np. ze składanką Viva Zimbabwe) najwyraźniej do niego dotarła.

Jeśli chcielibyście posłuchać więcej takich piosenek, to Mgababa Queens niestety nie nagrały za wiele, za to wspominane już Mahotella Queens mogą się pochwalić porządnym dorobkiem. Odradzam tylko ich późniejszą (od połowy lat 80-tych) kolaborację z innym piosenkarzem z Soweto, Mahlotinim, bo „Mahlotini and Mahotella Queens” to była jakaś kiepska atrakcja cyrkowa. Za to ich wcześniejsze nagrania były wspaniałe – mogę polecić np. dość hardrockowy utwór Wozani Mahipi, podobno o przybyciu do Soweto hipisów.

Wszystkie trzy piosenki  z tego wpisu znajdziecie na wydanej w 1986 roku składance ze śpiewającymi paniami z RPA pt. Soweto Never Sleeps . Ten fantastyczny album raczej trudno kupić, ale przy odrobinie wysiłku można go znaleźć w sieci. A jeśli chcecie jeszcze więcej południowoafrykańskiej muzyki, to polecam blog Electric Jive z różnymi trudno dostępnymi nagraniami, w tym Mahotella Queens.

Zdjęcie Soweto: Creative Commons – Matt-80 na Wikimedia Commons.

namiętność na siedząco

12/11/2015

Animals_of_Hindustan_monkeys,_rodents_and_the_peacock,_from_Illuminated_manuscript_Baburnama_(Memoirs_of_Babur)Popularna w Pakistanie oraz w niektórych częściach Indii i Bangladeszu muzyka qawwali powiązana jest z sufizmem – mistycznym nurtem islamu. Najbardziej znanym jej wykonawcą był Pakistańczyk Nusrat Fateh Ali Khan, ale ja chciałbym dzisiaj polecić utwór jego rodaczki, Abidy Parveen. Nazywa się on Tere ishq nachaya i jest jedną z najbardziej porywających rzeczy, jakie ostatnio słyszałem.

Świetne wykonanie na żywo z tłumaczeniem

Tere ishq nachaya trwa zwykle ponad dziesięć minut, ale jest na tyle zróżnicowany i ma na tyle przebojowy refren, że się tego nie zauważa. Co bardziej niecierpliwi mogą narzekać na powolny wstęp, ale pierwszego refrenu zaczyna się jazda bez trzymanki.

Inny występ – krótsz i trochę mniej szalone, za to lepsza jakość

Pendżabski tekst napisał XVIII-wieczny suficki poeta Buleh Shah. Traktuje on nie o religii ale, co wiem dzięki tłumaczeniu z YT, o palącej miłości. Tytuł piosenki oznacza „twoja miłość sprawiła, że tańczę” i pojawiają się w niej przeróżne ciekawe obrazy, jak np. wymarzone miejsce, gdzie wszyscy są ślepi i nie wiedzą, kto jest z jakiej kasty.bulleh shah

Abida Parveen (ur. 1954) była nawet w jury Pakistan Idol, ale ja dopiero teraz się o niej dowiedziałem. Nieźle szaleje na scenie, biorąc pod uwagę, że w tradycji qawwali śpiewa się i gra na siedząco.

Pierwszy obrazek: „Zwierzęta Hindustanu” z dzieła Bāburnāma (źródło: Wikimedia Commons). Trochę powiązane, bo w pieśni jest coś o „pawiach w gajach miłości”. Twórca motywatora z Bulleh Shah i jego wierszem nieznany.

dobry kawałek tego kolesia od dzwonka do komórek

23/09/2015

alhamba doreRecuerdos de la Alhambra (Wspomnienia Alhambry, 1896) Francisco Tárregi jest jednym z większych hitów na gitarę klasyczną, ale jakoś dopiero ostatnio go usłyszałem. Ten przepiękny utwór brzmi trochę jak zagrany na bałałajce, przez użytą w nim technikę tremolo. W tym sposobie gry na gitarze przebiera się szybko po strunach, jednocześnie grając drugą melodię kciukiem. Wygląda łatwo – na pewno szybko bym się nauczył, gdyby nauka gry na jakimś instrumencie nie była poniżej godności poważnego blogera muzycznego.

Hiszpański kompozytor Francisco Tárrega w ostatnich latach przeżywa mały renesans za sprawą popularnej melodii dzwonka do telefonów Nokia, wziętej z jego Gran Vals. O tym ostatnim utworze możecie przeczytać na świetnym blogu Spacerkiem po klawiszach.

Na obrazku Alhambra (Gustave Doré, 1874, stąd)

Top 6: Afryka dla początkujących, vol. 2

16/09/2015

Ouled-man-and-woman_by_Lehnert

Korzystając z otwartości naszego narodu na inne kultury, chciałbym zaproponować kolejne 6 kawałków z Afryki (pierwsze sześć znajdziecie tutaj).

Menelik Wossenachew – Chereka (Etiopia, 1973) Kto raz zacznie słuchać etiopskiego soulu, ten nigdy nie przestanie. Zmiana rytmu w Chereka zmieni Wasze życie.

Djeli Moussa Diawara – Yekeke (Gwinea, 1982) Przepiękny, zagrany na korze i balafonie kawałek, na bazie którego kilka lat później Mory Kante (brat Djeli Moussa Diawary) stworzył dyskotekowy hit Yeke yeke.

Lalibela

CC Rod Wattington

Reine Pelagia – Biande (Wybrzeże Kości Słoniowej, 1985) Skoro już mowa o dyskotekowych hitach z Afryki, to ten jest moim ulubionym. Brzmieniem przypomina europejskie przeboje z lat 80-tych, ale melodią już mniej, a rytmem w ogóle.

Ouza et Ouzettes – Dollar (Senegal, 1972) Na liście afrykańskich piosenek zawsze musi znaleźć coś z Mali albo Senegalu (dz. ust. nr 175 poz. 314 z późn. zm.). Starałem się wybrać coś przejmującego.

Khaled – Chebba (Algieria, 1993) Aicha Khaleda to chyba najbardziej znany w Polsce arabski kawałek, ale osobiście wolę utwór Chebba. Kiedyś usłyszałem go w restauracji syryjskiej (tzn. nie w Syrii tylko na św. Wawrzyńca) i omal się nie posikałem ze szczęścia, że w końcu rozpoznałem tam jakąś piosenkę.

Frank & His Sisters – Mwanangu lala (Kenia, 1944) Piękna kołysanka w Suahili (mwanangumoje dziecko, lalaweźże śpij). Frank gra na gitarze, a Maria i Thecia robią fantastyczne harmonie wokalne.

Obrazki: Berberowie, być może w Algierii –  fot. Rudolf Lehnert, 1904 stąd; wykuty w skale kościół św. Jerzego w Lalibeli (Etiopia) – fot. Rod Waddington, Creative Commons, stąd.

Bracia na zjeżdżalni

03/09/2015

gołąb na brzoskwiniMoją ulubioną piosenką funkową i jedną z ulubionych piosenek w ogóle jest Brothers on the Slide (1974) zespołu Cymande. Zmieniła ona moje dotychczasowe skojarzenia z utworami funkowymi bo, po pierwsze, nie była rozciągnięta i monotonna, a po drugie, nie była autotematyczna (jak np. One Nation Under a Groove Funkadelic: „Do you promise the funk, the whole funk and nothing but the funk?”).

Utwór zaczyna się od niesamowicie przebojowej partii gitary, kojarzącej się z Red Hot Chili Peppers za czasów Johna Frusciante. Potem pojawia się tekst przestrzegający przed karierą przestępczą. Wyrażenie „on the slide” prawdopodobnie oznacza  udział w jakichś przekrętach. Aby zrozumieć tekst, trzeba jeszcze wiedzieć, że „brother” to czarnoskóry mężczyzna,  „inside” znaczy „w pudle”, a „the man” to szef, rząd albo bogacze. Brothers, którzy są on the slide, wkrótce znajdą się inside, ale tłumaczą się, że the man przecież też kręci wałki.

Zespół Cymande powstał, co w funku rzadko się zdarza, w Wielkiej Brytanii, a jego członkowie pochodzili w większości z Karaibów. Nazwę grupy czyta się chyba „samandi” i oznacza ona, w którymś z karaibskich języków, gołębia – bo zespół promował pokój na świecie. W kwestii pokoju, jak wszyscy widzimy, gówno zdziałali, ale udało im się przynajmniej stworzyć trochę niesamowitej, funkowo-karaibsko-afrykańsko-mistycznej muzyki.

Jeśli chcecie poznać więcej Cymande, to polecam np. ich największy hit The Message, mój faworyt Our Love albo dłuższy Dove.

Obrazek: cesarz Song Huizon, Gołąb na brzoskwini (Chiny, 1107)

 

top 6: mroczna world music vol. 1

18/07/2015

taniec szczurów

„Muzyka świata” nie zawsze oznacza „gorące brzmienia” i „słoneczny chillout”. Oto pierwszy zestaw mrocznej – tekstowo i/lub muzycznie – world music.

Selda Bağcan – Ince ince (Turcja, 1975) Najlepszy riff od czasu V symfonii Beethovena oraz śpiew-lament o tym, jak tytułowy śnieg pada na biednych.Guerra_Arauco

Violeta Parra – Arauco tiene una pena (Chile, 1965) Kolejny protest song – ten jest o Indianach Mapuche i „stuleciach niesprawiedliwości” której byli ofiarami od pojawienia się konkwistadorów. Violeta Parra była chyba najsmutniejszą singer/songwriterką na świecie – Leonard Cohen to przy niej coach-motywator.

Popol Vuh – Wehe Korazhin (RFN, 1981) Biada miastu Korozain. Tutaj już nie ma politycznych i społecznych przesłań. Jest za to czysty, biblijny mrok.

A. Kostis – Stin Ipoga (Grecja, 1930) Grecka muzyka to nie tylko „Grek Zorba” puszczany w kółko w restauracji „Helliotzatzikos”. Dużo przedwojennych piosenek z tego kraju opowiadało np. o narkotykach i mafii. Hipnotyczny kawałek „W piwnicy” traktuje o paleniu haszyszu i policji.Korozain

Oumou Sangare – Saa Magni (Mali, 1993) Piosenka o tym, że śmierć jest straszna. Oumou Sangare śpiewa też piosenki o roli kobiety, małżeństwie, macierzyństwie i presji społecznej – generalnie nie zajmuje się pierdołami.

Vera Hall – Death is Awful (1939) Piosenka o tym, że śmierć jest straszna. Nie wiadomo, co to właściwie ma być ta „muzyka świata”, ale moim zdaniem nagrania ludowych piosenek z Alabamy zdecydowanie się do niej zaliczają.

Obrazki wszystkie z Wikimedia Commons i w domenie publicznej: Taniec szczurów – autor nieznany – XVII w., Flandria (stąd), Wojna araukańska – Geronimo de Bibar, XVII w. (stąd), ruiny Korozain (stąd).

 

 

Top 6: Muzyka klasyczna – mistyczna i kosmiczna

07/06/2015

Ravel Daphnis et Chloe Leon Bakst

Wielu osobom na dźwięk słów „muzyka klasyczna” staje przed oczami XVIII-wieczny salon pełen upudrowanych ludzi w perukach, baletnica przebrana za łabędzia albo, sądząc po wynikach wyszukiwania grafiki na hasło „muzyka klasyczna,” skrzypce i róża na papierze nutowym. Tak się jednak składa, że muzyka klasyczna to setki lat twórczości niezliczonych kompozytorów, i tylko niewielka jej część pasuje do tych obrazków.

Aby wyrwać muzykę klasyczną z oków peruk i baletek, chciałem zaprezentować listę utworów mogących budzić skojarzenia raczej kosmiczne ew. mistyczne. Lista przeznaczona jest też dla początkujących słuchaczy klasyki – starałem się, żeby niesamowitość utworów szła w parze z przebojowością. A właściwie, to kompozytorzy się starali.

Maurice Ravel – Daphnis et Chloe – Lever de Jour (1912, pierwsze 5 minut linku) Balet według starożytnej, greckiej opowieści o młodych pastuszkach-kochankach. Lever de Jour, czyli „wschód słońca”, to jego najbardziej znany fragment. Gdybym był fachowym recenzentem muzycznym to napisałbym: „starożytność w secesyjnym wydaniu, doprawiona smakowitą partią chóru i gęsto polana smyczkowym sosem”.

Claude Debussy – Syrinx (1913) W greckiej mitologii najada Syrinks była obiektem uczuć Pana (tego od fletni). Pojawia się też w fabule poprzedniego utworu na liście. Debussy, tak jak Ravel, zaliczany jest do muzycznych impresjonistów. W Syrinx do stworzenia „impresji” wystarczył mu jeden flet i 2-3 minuty. Podobny klimat znajdziecie u niego w słynnym, też mitologicznym, poemacie symfonicznym Popołudnie Fauna, albo w mniej znanej Sonacie na flet, altówkę i harfę.Hooke,_Cassini_Drawings_of_Mars,_Jupiter_and_Saturn_1666

Ralph Vaughan Williams – Tallis Fantasia (1910) Wariacje na temat melodii XVI wiecznego angielskiego kompozytora Thomasa Tallisa. Na większy i bardziej kosmiczny atak instrumentów smyczkowych trzeba było czekać aż do 1958 r., kiedy to nakręcono film „Krwiożercze altówki z Plutona”. Brytyjscy kompozytorzy początku XX wieku, tacy jak Vaughan Williams czy Edward Elgar, byli mistrzami dramatycznych smyczków.

Gustav Holst – The Planets: VII Neptune, the Mystic (1918) Holst też należał do wspomnianej grupy angielskich kompozytorów. Neptun, jak wskazuje pełna nazwa, jest najbardziej mistycznym fragmentem jego genialnej suity orkiestrowej Planety, i charakteryzuje się pomysłową partią chóru żeńskiego – stopniowo wyciszanego przez przymykanie drzwi osobnego pokoju, w którym chór ten się znajduje. Mnie Planety Holsta fascynują jeszcze bardziej, od kiedy zorientowałem się, z pewnym opóźnieniem, jak łatwo jest zobaczyć i zidentyfikować na niebie większość planet (Neptuna akurat nie). Polecam każdemu, wystarczy sprawdzić np. polski serwis Astronet i pamiętać, że planety można odróżnić od gwiazd po tym, że nie migoczą.

Arvo Pärt – Fratres (1977) Chwilowo przenosimy się do nieco nowszych czasów i na północ. Estończyk Arvo Pärt jest jednym z niewielu popularnych a zarazem szanowanych współczesnych kompozytorów. Do jego najbardziej znanych kompozycji, obok Fratres, zaliczają się też Tabula rasa oraz Festina lente – łączą je takie cechy, jak minimalizm, tajemniczość oraz ładne, łacińskie tytuły.Akseli_Gallen-Kallela_-_Flower_of_Death Fratres istnieje w różnych aranżacjach – tu daję wersję na wiolonczelę i harfę, żebyśmy odpoczęli od tych wszystkich orkiestr.

Jean Sibelius – Tuonelan joutsen (1895) Pozostajemy na północy, ale wracamy do orkiestr i okolic początku XX wieku, ewidentnie mojej ulubionej epoki w muzyce klasycznej. Poemat symfoniczny, mający oddać w muzyce pochodzą z fińskiego eposu Kalevala legendę o łabędziu pływającym wokół Tuoneli – wyspy umarłych. Moja żona puszczała to kiedyś dzieciom na lekcji jako podkład do rysowania zwierząt nocnych – podobno tworzyli w pełnym skupieniu. Polecam prawie wszystkie kompozycje Sibeliusa, bo wyjątkowo dobrze spełniają wymóg „mistyczność + przebojowość”. Szczególnie dobre są symfonie nr 2 i 5 oraz utwór En Saga.

Obrazki wszystkie w domenie publicznej i z Wikimedia Commons. Od góry: scenografia Leona Baksta do Dafnis i Chloe Ravela, 1912, stąd; rysunki Roberta Hooke’a i Giovanniego Cassiniego przedstawiające Marsa, Jowisza i Saturna, 1666, stąd; drzeworyt Kwiat śmierci, Akseli Gallen-Kallela, 1895, stąd.

Jeśli macie własne propozycje na listę, to śmiało piszcie w komentarzach.

 

Top 6: Wpisujcie miasta

09/05/2015

Była już lista piosenek o polskich miastach, więc czas teraz przenieść się, jak to mówią, na arenę międzynarodową i zrobić listę kawałków o miastach zagranicznych. Zamiast wybierać się na kłopotliwe i męczące podróże, posłuchajcie sobie tych oto utworów.1930s'_Shanghai_Nanking_Rd

VIA-75 – Tbilisi (1976) Mam nadzieję, że stolica Gruzji jest choćby w połowie tak żywa jak ta, łącząca funk i tradycyjny śpiew, piosenka.

Zhou Xuan – Ye Shang Hai (1946?) Piosenka o nocnym życiu Szanghaju sprzed czasów Mao Zedonga i jego interesujących a zarazem śmiercionośnych pomysłów na rozwój Chin. Słychać w niej wyraźną inspirację zgniłym jazzem zgniłego Zachodu.

Ideal – Berlin (1980) Oda do Berlina – jeszcze podzielonego, ale już całkiem multi-kulti.

Pulp – Sheffield Sex City (1992) Nie byłem nigdy w Sheffield, ale chyba stosunkowo rzadko po nazwie tego miasta padają słowa „sex city”. Chociaż, co ja tam wiem.

Klaudia Szulzenko – Soczi (1940?) Tango o kurorcie, który niedawno stał się na dwa tygodnie światową stolicą olimpijskich idei, braterstwa i szeroko pojętego dobra.London_Underground_circa_1900

Ralph Vaughan Williams – A London Symphony: II – Lento (1913). Symfonia opowiadająca o Londynie z czasów, kiedy oświetlały go słabe lampy gazowe. Jest pięknie, tajemniczo, a gdzieś we mgle czy smogu czai się Mr Hyde.

Jeśli macie ciekawe propozycje do listy, to piszcie w komentarzach. Wpisujcie miasta!

Zdjęcie Szanghaju z lat trzydziestych stąd, a londyńskiego metra ok. roku 1900 stąd.


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 48 obserwujących.