Top 5: Wenus

07/05/2018

venera14

Z okazji tego, że Wenus znowu świetnie widać na niebie, pięć utworów muzycznych powiązanych z drugą planetą od Słońca, a zarazem bogini miłości i piękna oraz patronką chorób wenerycznych.

Shocking Blue – Venus (1969) To holenderski zespół Shocking Blue stworzył pierwszą wersję znanego przeboju z wyszukanym rymem I’m your Venus, I’m your fire, at your desire (tłum. Jam twą Wenus, jam twym ogniem, grzesz swobodnie) Autorzy piosenek częściej kojarzą Wenus z boginią miłości niż z obiektem astronomicznym. Być może to dlatego, że trudniej jest napisać piosenkę o planecie niż o bogini. Albo dlatego, że światem nadal rządzą ciemnota i zabobon.

1024px-Sandro_Botticelli_-_La_nascita_di_Venere_-_Google_Art_Project_-_edited

Sandro Botticelli – „Goła babka”

Respighi – La nascita di Venere (1927) Piękny poemat symfoniczny Narodziny Wenus  Ottorino Respighiego zainspirowany jest obrazem Sandro Botticellego o tym samym tytule. Mitologia była popularnym tematem malarskim, stanowiła bowiem doskonały pretekst do rysowania gołych babek.
Obraz przedstawia Wenus świeżo po narodzinach z piany morskiej. Nie zdołałem sprawdzić, co sądzą o tym znawcy starożytnego Rzymu, ale podejrzewam, że historię o urodzeniu bogini przez morze zainspirował fakt, że planeta Wenus przez parę miesięcy w roku, jako tzw. gwiazda poranna, wschodzi nad horyzontem zaraz przed świtem.
Planety ewidentnie były ważne dla tzw. starożytnych. To dzięki temu mamy siedem dni tygodnia – od siedmiu „planet”, czyli pięciu planet widocznych gołym okiem, Słońca oraz Księżyca. W wielu językach nazwy dni odpowiadają bóstwom kojarzonych z tymi planetami. Wenus pojawia się często w nazwie piątku, w języku włoskim jako venerdi, we francuskim vendredi, a w hiszpańskim viernes. Germański odpowiednik Wenus to Freja, dzięki której mamy angielski Friday, niemiecki Freitag oraz Anni-Frid z Abby.

Barack_Obama_looks_at_the_moon_and_Venus

Ostatni uznawany przez Placówkę postępu prezydent USA patrzy na Księżyc i Wenus

Holst – The Planets: Venus (1916) Brytyjski kompozytor Gustav Holst stworzył całą suitę zainspirowaną planetami Układu Słonecznego. Jej najbardziej znane części to wojenny Mars i przebojowy Jowisz. Spokojna i tajemnicza Wenus jest mniej słynna, ale też niczego sobie.
Stosunkowo niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak łatwo jest obserwować planety. Wystarczy sobie zgooglować „planety na niebie teraz”, a potem szukać w odpowiednich okolicach nieba kropki, która świeci stałym światłem, zamiast, jak każda przyzwoita gwiazda, migotać. Najbardziej spektakularna jest właśnie Wenus, która bywa jaśniejsza od Księżyca. Pewnie przez to śliczne lśnienie została patronem miłości i piękna.
W utworze Holsta utwór jej poświęcony otrzymał podtytuł Zwiastunka pokoju, a nie miłości ani piękna, ponieważ tym jest według astrologów. Kompozytor inspirował się przede wszystkim astrologią, a nie astronomią. Trochę to rozczarowuje, no bo spodziewa się człowiek natchnienia nauką, a tu znowu duby smalone.

The B-52’s – 53 Miles West of Venus (1980) Jedyny na liście utwór, gdzie Wenus jest wyłącznie ciałem astronomicznym – niestety nie bez zarzutu w kwestiach naukowych. Cały tekst piosenki to słowa 53 mile na południe od Wenus, a przecież w skali planetarnej 53 mile to za mało, żeby być „na południe” od planety, no i trzeba znajdować się na jakiejś planecie, żeby w ogóle móc powiedzieć „na południe”. Pionierski nowofalowy zespół B-52’s inspirował się amerykańskim science-fiction lat 50-tych, co może tłumaczyć owo luźne podejście muzyków do poprawności naukowej oraz do logiki w ogóle.

An_Earth_Man_on_Venus_78545.JPG

Literatura, z której wiedzę czerpali zapewne B-52’s

Television – Venus (1977) Raz na jakiś czas któraś z płyt polecanych przez hipsterskie portale faktycznie okazuje się dobra. Przykładem tego może być album Marquee Moon nowojorskiego, art-punkowego zespołu Television, zawierający m. in. piosenkę Venus. Wokalista śpiewa w niej, że wpadł w ramiona Wenus z Milo. Jak widać, trzeba orientować się trochę w sztuce, aby docenić paradoks opisywanej sytuacji. To pewnie stąd określenie „art-punk”.

Jeśli znacie inne interesujące piosenki o Wenus, to piszcie w komentarzach. Jeśli zlokalizujecie Wenus na niebie, też możecie napisać.

Zdjęcie u góry wpisu zostało zrobione przez radziecką sondę Wenera-14. Lepszych zdjęć z powierzchni planety nie ma, ponieważ aparatura nie mogła dłużej niż kilkadziesiąt minut wytrzymać wenusjańskiego gorąca i ciśnienia. Wenus nieźle się prezentuje z daleka, ale trudno tam dłużej wytrzymać. Każdy z nas zna takie miejsca.

Obrazki ze strony NASA (pierwszy) i Wikimedia Commons (reszta)

 

Reklamy

top 5: zakamuflowana muzyka klasyczna vol. 2

22/01/2018

Poprzedni wpis o muzyce klasycznej ukrytej w piosenkach pop nie wyczerpał tematu. Oto kolejne przykłady przemycania klasyki w muzyce popularnej.

Lamb – Gorecki Okej, to może nie przemycanie, bo tytuł wszystko zdradza. Ta dość popularna w swoim czasie trip-hopowa piosenka wykorzystuje w podkładzie pierwszą część III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976). Ten żałobny utwór był największym światowym hitem polskiej produkcji od czasu Chopina (którego największy przebój, co ciekawe, też był żałobny).

Warren G – Prince Igor (1998) Tutaj też specjalnie się nie kryją z inspiracją, bo już z tytułu dowiadujemy się, że to coś z Kniazia Igora, opery rosyjskiego chemika, a w czasie wolnym kompozytora, Aleksandra Borodina. Samplowany fragment to łagodna część Tańców połowieckich, największego przeboju z całej opery. Nie będę mówił co dokładnie myślę o utworze Prince Igor, ale C U When You Get There Coolio, inna piosenka hip-hopowa samplująca klasykę, wydaje się przy nim arcydziełem kalibru Braci Karamazow.
Ta sama melodia była już wcześniej wykorzystywana w muzyce popularnej, m. in. w piosence Stranger in Paradise (1953), najbardziej znanej w wykonaniu Tony’ego Bennetta. Stranger in Paradise pochodzi z pseudo-orientalnego musicalu Kismet, który wykorzystuje różne melodie Borodina. Tak, pseudo-orientalny musical z melodiami rosyjskiego kompozytora. Nie sprawdzałem innych fragmentów Kismet, ale Stranger in Paradise stanowi mocny kontrargument wobec twierdzeń, że dawniej były lepsze piosenki.

Elvis Presley – I Can’t Help Falling In Love (1961) Przebój Elvisa bazuje na pieśni Plaisir d’amour (1784) francuskiego kompozytora Jeana Paula Martiniego. Plaisir d’amour jest przykładem tego, jak umownymi terminami są „pop” i „poważna”, choćby dlatego, że jeszcze przed Elvisovską przeróbką była wykonywana przez rozmaitych wykonawców popowych. W tym przypadku akurat bardziej podoba mi się przebój Elvisa niż osiemnastowieczny oryginał. Byle tylko nie musiałbym go już nigdy usłyszeć w najntis-pop-reggaeowego wykonania grupy UB 40, twórców którego sądzi obecnie specjalnie w tym celu powołany trybunał ONZ.

Julie Covington (ew. Madonna) – Don’t Cry for Me Argentina (1976, Madonna 1997) Przebój z  musicalu Evita, opowiadającego o słynnej pierwszej damie Argentyny Evie Perón. Melodia fragmentu All through my wild days / my mad existence ewidentnie pochodzi z trzeciej części Koncertu skrzypcowego Johannesa Brahmsa (1878).
Jako ciekawostkę dodam, że na peronie dworca PKP w Radomiu był kiedyś kiosk z napisem PERON. Nad nim można było dostrzec o wiele mniejszy wyraz Eva, co pozwalało odczytać pełną nazwę sklepiku.

Queen – We Will Rock You (1977) Czasami wydaje się, że to stadiony zostały wybudowane dla tej piosenki, a nie piosenka napisana do śpiewania na stadionach. Melodia nośnego refrenu jest podejrzanie podobna do fragmentu Fanfare for the Common Man (1942) amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda, utworu napisanego ku pokrzepieniu serc podczas II wojny światowej. Fanfara dla zwykłego człowieka została potem włączona do finału III symfonii (1946) Coplanda i w tej, moim zdaniem, ciekawszej wersji (i do tego pod batutą samego kompozytora) usłyszycie ją w linku. Posłuchajcie sobie – każdy czasem potrzebuje chleba, igrzysk oraz fanfary.Wszystkie okładki z Discogs.

ocieplanie wizerunku włoskiej estrady

01/01/2018

Włochy nie mają za dobrej sławy, jeśli chodzi o muzykę pop. Jest ona chyba porównywalna z reputacją Niemiec w dziedzinie poczucia humoru. Ale z czasem dowiedziałem się, że we Włoszech też powstawała wybitna muzyka popularna. Za najmocniejszy tego dowód uważam piosenkę Se telefonando (1966) Miny Mazzini, znanej szerzej jako po prostu Mina.

Tytuł Se telefonando oznacza Gdyby dzwoniąc, a tekst opowiada o umarłej miłości. Muzykę napisał, znany z późniejszej pracy w branży filmowej, Ennio Morricone. Se telefonado przypomina trochę brzmieniem powstały dwa lata wcześniej przebój Petuli ClarkDowntown. Ale to, co dzieje się w stanowiącym większość piosenki refrenie, nie jest już podobne do niczego. Melodia tego niekończącego się refrenu zainspirowana jest podobno wyciem syreny policyjnej, ale chyba chodzi o inną syrenę, niż tę, która zainspirowała część dokonań sceny Eurodance lat dziewięćdziesiątych.

Na Se telefonando natknąłem się pierwszy raz trzy dni temu, przez moją niezdrową fascynację piosenką Non ho l’eta Giglioli Cinquetti, zwycięzcą Eurowizji i San Remo w 1964 roku. Wczoraj później włączyłem, po kilkumiesięcznej przerwie, Radio 3 España i po kilku sekundach usłyszałem właśnie Se telefonando. Uważam to za znak, że jesteśmy sobie z tą piosenką przeznaczeni, tak jak Tristan i Izolda, Dempsey i Makepeace albo ci dwoje, co śpiewają Time of My Life.

Dodatkowe linki:

Samo audio, gdyby link do występu TV nie działał

Je Changerais D’avis, wersja Françoise Hardy – nie taka dobra jak oryginał, ale fajnie jej rozwiewa włosy w klipie

 

 

top 5: zakamuflowana muzyka klasyczna

16/10/2017

Niektórzy twierdzą, że boją się muzyki klasycznej i jej unikają. Mam dla nich złą wiadomość: klasyka i tak czasem ich dopada, zamaskowana pod niewinną postacią przebojów pop. Poniżej pięć przykładów używania „poważnych” melodii w  szlagierach muzyki popularnej.

Procol Harum – A Whiter Shade of Pale (1967) Śliczna partia organów Hammonda  Bielszego odcienia bladego, to nieco zmieniona melodia Arii z III suity orkiestrowej (ok. 1730) Jana Sebastiana Bacha. Utwór Bacha znany jest też jako Aria na strunie G, ponieważ pod koniec XIX wieku skrzypek August „To nie literówka” Wilhemj zaaranżował go tak, aby główną melodię móc zagrać na jednej, najniższej strunie skrzypiec. Nie pytajcie, po co – może miał tylko jedną.

Coolio – C U When U Get There (1997) Ten pop-rapowy przebój oparty jest na melodii Kanonu D-dur (1680) Johanna Pachelbela. Oczywiście w barokowym oryginale nikt nie rapował, a gdyby rapował, to pewnie byłoby to coś w stylu: codziennie dla Pana / ja gram na organach.

Yanni – Aria (1989) Utwór greckiego maga syntezatora oparty jest na Duecie kwiatów z opery Lakmé (1882) Leo Delibesa. Akcja opery rozgrywa się w Indiach, zgodnie z ówczesną modą na orientalizm. Duet kwiatów, zwany też Sous le dôme épais (Pod gęstą kopułą) śpiewany jest przez tytułową bohaterkę i jej służącą podczas, czego się być może nie spodziewaliście,  zbierania kwiatów. Sous le dôme épais nie rozsławiło samo nagranie Yanniego, w końcu to artysta znany głównie wśród syntezatorowych koneserów, ale reklama British Airways, w której użyto jego wersji. Przedtem najbardziej znanym fragmentem Lakmé była Aria dzwonków.

Sting – Russians (1984) Część podkładu Russians Sting wziął od Sergieja Prokofiewa. Chodzi o Pieśń ze suity muzyki do komedii Porucznik Kiże (1934). Ten orkiestrowy fragment nazywa się Pieśń, bo w filmie była to faktycznie pieśń. Traktujący o zimnej wojnie tekst Russians Sting napisał sam, chociaż co niektóre rymy i metafory każą się zastanawiać, czy aby nie podwędził go jakiemuś licealiście.
Sting najwyraźniej lubił Prokofiewa, bo wystąpił też jako narrator w jednym z licznych nagrań jego utworu dla dzieci Piotruś i wilk. Rosyjski kompozytor zdaje się być wyjątkowo popularny wśród artystów pop, bo narratorem Piotrusia i wilka był również David Bowie, a najsłynniejszą melodię Prokofiewa – Taniec rycerzy z baletu Romeo i Julia – samplowała Sia (Taken for Granted, 2000) i Robbie Williams (Party Like a Russian, 2016). Ta druga piosenka ma rymy podobnej jakości, co Russians, ale w tym przypadku to chyba celowe.

Eugeniusz Bodo – Umówiłem się z nią na dziewiątą (1937) Jeśli nawet o wszystkich poprzednich piosenkach mogliście powiedzieć: „Phi, wiedziałam” lub „E, wiedziałem”, to tej pewnie się nie spodziewaliście. Ale refren Umówiłem się z nią na dziewiątą ewidentnie pochodzi z arii Non piu, andrai farfallone amoroso z opery W.A. Mozarta Wesele Figara (1786).
A tak przy okazji – jeśli nie oglądaliście jeszcze komedii Piętro wyżej, z której pochodzi przebój Bodo, to na co jeszcze czekacie?

Jak widać, trafić na muzykę klasyczną można wszędzie, a jeśli ktoś się jej boi, to lepiej w ogóle niczego nie słuchać. Ale wtedy i tak przewalone, bo okaże się, że po prostu słuchamy cały czas 4’33” Johna Cage’a.

Obrazki: okładka albumu z Lakmé (zauważcie „gęstą kopułę jaśminu”) z Rateyourmusic; okładka Prokofiewa z Discogs; plakat Piętro wyżej nie wiem skąd.

 

top 6: eighties dla koneserów

31/08/2017

Była to najlepsza i najgorsza z epok, jak pisał o muzyce lat osiemdziesiątych Karol Dickens. W niniejszym poście chciałbym przedstawić sześć zapomnianych przebojów ze złotej dekady syntezatora.
Na liście nie będzie żadnych gitarowych zespołów, których w latach osiemdziesiątych też było pełno. Obowiązuje zasada: nie masz klawiszy – zjeżdżaj! „Zjeżdzaj” to takie wyrażenie z lat osiemdziesiątych.

Soft Cell – Bedsitter (1982) Soft Cell to jeden z licznych w owej dekadzie duetów „spokojny klawiszowiec + egzaltowany wokalista”. Znani są przede wszystkim z koweru northern soulowego utworu Tainted Love, ale ich własne piosenki też były na poziomie. Ta opowiada o imprezowaniu i odczuwanej potem pustce. „Bedsit” to kawalerka – w utworze miejsce, w którym, mimo skromnego metrażu, odczuwa się pustkę.

A Flock of Seagulls – Wishing (1982) Piosenka omal nie została wyrzucona z listy za nadmiernie wyeksponowaną partię gitary. Komisja doszła jednak do wniosku, że klawisze w sumie też są dosyć wyeksponowane. Poza tym, frontman zespołu daje nam podręcznikowy wręcz przykład maniery śpiewu new romantic – gatunku na wskroś syntezatorowego.

Mecano – Me colé e una fiesta (1982) Zespół Mecano nie jest zapomniany, bo poza rodzimą Hiszpanią i Ameryką Łacinską nigdy naprawdę nie był znany. A szkoda, bo tworzył, przynajmniej na początku, synthpop najwyższej próby. Powyższa, melancholijna piosenka opowiada, jak bohaterka niezaproszona przychodzi na imprezę zorganizowaną przez obiekt swoich nieodwzajemnionych uczuć. No i szwęda się tam (me colé e una fiesta), odczuwając smutek, mimo dobrego zaopatrzenia prywatki w napoje orzeźwiające (Coca-Cola para todos).

Berlin – The Metro (1981) The Metro poznałem dzięki popularnym niegdyś w akademikach kowerowi autorstwa popularnego niegdyś w akademikach System of a Down. Oryginał, jeśli tylko zdołamy zignorować kuriozalny wideoklip, okazuje się jeszcze lepszy. Internetowi recenzenci napisaliby: utwór zwraca uwagę pulsującym rytmem, doprawionym mocno schłodzonym brzmieniem klawiszy. Zespół Berlin później stał się mniej bezkompromisowy, co zaowocowało m.in. hitem Take My Breath Away.

Simple Minds – New Gold Dream 81-82-83-84 (1982) Utwór z fajnych początków Simple Minds, kiedy traktowali syntezator z należną mu czcią. Potem za bardzo chcieli być drugim U2, a można się kłócić, że już pierwsze U2 to nie był znowu aż taki super pomysł.
Dopuszczam możliwość, że piosenka podoba mi się przez sentyment do słyszanego w dzieciństwie tanecznego przeboju Open Your Mind (1992) włoskiego projektu U.S.U.R.A. Bazuje on na riffie klawiszowym z New Gold Dream.

Depeche Mode – But Not Tonight (1986) Wspaniały, radosnykawałek i jedyny teledysk DM typu „reklamujemy film” – znajduje się bowiem na soundtracku Modern Girls (sądząc po fragmentach z klipu, dzieła na miarę Obywatela Kane). Piosenka nie załapała się na płytę Black Celebration (w niektórych wydaniach jest dodawana jako bonus) i trafiła tylko na stronę B singla Stripped. Zespół uważał But Not Tonight za relikt wczesnej, niepoważnej twórczości. Moim zdaniem właśnie ten okres działalności był najlepszy. No ale sami twórcy często nie potrafią trafnie ocenić własnych dzieł. Mao Zedong z pewnością do końca był przekonany, że wielki skok naprzód i rewolucja kulturalna były świetnymi pomysłami.
W Tallinie jest bar Depeche Mode, gdzie można zamówić drinki nazwane od piosenek zespołu. Wybrałem oczywiście But Not Tonight (likier kawowy, tequila, kawa, bita śmietana) i zgodnie z nazwą, nie mogłem zasnąć, nie owej nocy.

Jako bonus dołączam linki do fantastycznych wykonań koncertowych Me colé a una fiesta oraz The Metro. Zapraszam do komentowania, szczególnie, jeśli macie swoje ulubione zapomniane hity lat 80-tych, a także do głosowania w poniższej ankiecie:

Obrazki singli z Discogs, zdjęcie listy drinków zrobiła moja żona.

top 5: Sibelius

30/07/2017

Jeśli lubicie lasy, jeziora oraz ptactwo, to fiński kompozytor Jean Sibelius (1865-1957) jest dla Was. Oto pięć fragmentów, które polecam, jeśli chcecie poznać najważniejszego, do pojawienia się gitarzysty A-ha Påla Waaktaara, skandynawskiego kompozytora.

Finlandia (1899)  – Największy przebój Sibeliusa, powiązany z fińskim ruchem niepodległościowym. Trochę mamy tu ładnych fragmentów, mających oddać piękno Finlandii, a trochę ram-param-param, mających oddać parcie ku niepodległości. Mniej więcej w połowie utworu usłyszycie najlepszą partię trójkąta w bogatej historii tego instrumentu. Całkiem fajna ta Finlandia, chociaż na mnie większe wrażenie robi Sibelius w następnej pozycji na liście.

Łabędź z Tuoneli (1895) Tuonela to w fińskiej mitologii kraina umarłych, a poemat symfoniczny Sibeliusa przedstawia, wyjątkowo skutecznie i tajemniczo, łabędzia płynącego po owej krainie. Jeśli dobrze sprawdziłem, to ten łabędź jest strażnikiem krainy umarłych, jak pies Cerber Hadesu albo pies Kajtek posesji Malinowskich. Dobre jako soundtrack do chodzenia nocą po lesie w poszukiwaniu mitycznego kwiatu paproci lub równie mitycznej szyszki mchu.

Suita Karelia – III Alla Marcia (1893) Teraz coś szybszego i jeszcze bardziej przebojowego. Renifery ciągną nasze sanie przez fińską krainę Karelię, łabędzie uciekają spod płóz.

Valse Triste (1904) Fragment muzyki do sztuki Kuolema (Śmierć) autorstwa szwagra Sibeliusa. Tytuł oznacza „smutny walc” i w sumie dobrze opisuje utwór (który jest smutnym walcem).

V symfonia: Finał (1919) Ostatnia część V symfonii zawiera jedną z najgenialniejszych melodii muzyki klasycznej. Kompozytora zainspirował widok wzbijających się do lotu łabędzi (ale nie z Tuoneli). A melodia Sibeliusa z kolei, zainspirowała całkiem sporo piosenek pop, o czym możecie poczytać na Wikipedii. Ciekawym przykładem tych inspiracji jest Since Yesterday (1985) szkockich pionierek japońskiego stylu gothic lolita Strawberry Switchblade.

Tyle Jeana Sibeliusa na początek. Czasami za dużo pił, ale jak trzeźwiał, to pisał ładne, tajemnicze kawałki. Trochę jak Morrisson, tylko bardziej wąsaty i z pięć razy dłużej żył.

Okładka chyba z Discogs, reniferki z Wikimedia Commons, Sibelius też z Wiki.

Plagiaty, Inspiracje, Sample, Kowery (P.I.S.K.) – Hejże, Joe!

20/07/2017

Jimi Hendrix, oprócz tego, że umiał grać na gitarze, pisał też niezłe piosenki. Ale swojego największego przeboju, Hey Joe (1966), nie napisał. Ale w zasadzie tylko tyle wiadomo na pewno o autorstwie tego utworu.

Jak zapewne pamiętacie, narrator piosenki pyta tytułowego Joe, dokąd idzie, a ten odpowiada, że zabić swoją kobietę, bo przyłapał ją z innym mężczyzną. A potem jeszcze, że ucieka do Meksyku. Za ten wątpliwego przesłania moralnego utwór odpowiada niejaki Billy Roberts, który zarejestrował prawa autorskie w 1962 roku. Piosenka cieszyła się popularnością na rozmaitych koncertach folkowych, wpisując się w tradycję „murder ballad”.

Ani Billy Roberts, ani żaden inny piosenkarz folkowy, nie dokonał jednak pierwszego nagrania Hey Joe. Zrobił to w 1965 roku psychodeliczny zespół The Leaves. Ich szybka wersja inspirowana była podobnie energiczną wersją, którą inna psychodeliczna grupa, The Byrds, grała na koncertach.

Za wolniejszą aranżację Hey Joe, na której bazował Jimi Hendrix (którego nagranie było dopiero co najmniej ósmym z kolei), odpowiada za to folkowiec Tim Rose (1966). Jeśli ktoś gra Hey Joe na gitarze akustycznej, to na dobrą sprawę wykonuje wersję Tima Rose’a.

Sam Billy Roberts jednak nie wziął Hey Joe z powietrza. Najbardziej inspirował się (choć w sieci często używane jest słowo „ukradł”) utworem Baby, Please Don’t Go to Town, napisanym i zaśpiewanym przez jego byłą dziewczynę, piosenkarkę folkową Nielę Miller, nagranym w roku 1962. W utworze tym narratorka błaga partnera, żeby nie szedł do miasta rozrabiać, bo się to źle skończy.

Im więcej słucham Baby, Please Don’t Go to Town, tym bardziej również skłaniam się ku słowu „ukradł”. Szczególnie, że sama Niela Miller, komentując pod swoją piosenką na YouTube, pisze „skradziona mi przez Billy’ego Robertsa, dawnego chłopaka”. Zgadzam się też z innymi komentującymi, że zakrawa na ironię, iż piosenka o wydźwięku raczej anty-macho stała się przebojem dopiero po tym, jak mężczyzna ukradł ją kobiecie i zmienił tekst na coś w stylu gangsta rap. Zresztą to nie koniec „zapożyczeń” Billy’ego Robertsa, bo tytuł i formę zadawania pytań wziął z Hey, Joe! – przeboju country Carla Smitha z roku 1953.

Jeśli po tych wstrząsających rewelacjach jeszcze jesteście w stanie czytać, to dodam jeszcze, że piosenka Hey Joe, oprócz tego, że sama była zbitką zapożyczeń, zainspirowała również przynajmniej dwa udane utwory. Pierwszy to Flower Punk (1968) Franka Zappy i The Mothers of Invention. Jest to parodia wersji The Leaves, a Zappa nabija się w niej z hipisów. Tytułowy „punk” (wtedy znaczyło to tylko „gówniarz”) idzie do San Francisco, żeby dołączyć do zespołu psychodelicznego i grać na bongosach w błocie.

Drugi utwór to Going Down to Liverpool spopularyzowany przez The Bangles w 1984 roku. Napisał go gitarzysta zespołu Katrina and the Waves (autor m.in. ich hitu Walking On Sunshine, chociaż może po prostu oba ukradł dziewczynie).

W wersji Katriny and the Waves bardziej słychać nawiązanie do Hey Joe. Bohater piosenki jednak nikomu nie robi krzywdy i nie wybiera się do Meksyku, ale do Liverpoolu, a jego celem jest nie robienie niczego. W tekście pojawia się skrót UB40 (where are you going with that UB40 in your hand?). Nie jest to nawiązanie do popularnego w latach osiemdziesiątych zespołu pop-reggae UB40, ale do formularza dla bezrobotnych Unemployment Benefit 40, od którego nazwę wzięła wspomniana grupa.

Wracając do zamieszania wokół autorstwa Hey Joe, to wiele mówią załączone zdjęcia singli. The Leaves przypisali autorstwo jeszcze innemu piosenkarzowi, a Tim Rose podaje samego siebie jako aranżera tradycyjnej pieśni.

Obrazki do wpisu zainspirowane YouTube oraz zaaranżowane z 45cat i Discogs.

zbuduj w duszy domek dla ptaków, a właściwie dla lampki nocnej

14/05/2017

Jak być może wiecie, jestem prezesem Stowarzyszenia Przeciwko Rockowi Alternatywemu Lub Indie (SPRALI). Ale czasami trafiam na piosenkę, która prawie że usprawiedliwia istnienie tego gatunku muzycznego. Ostatnio, z 27-letnim poślizgiem, poznałem utwór Birdhouse In Your Soul amerykańskiego duetu They Might Be Giants i słucham go na okrągło.

Nieprzewidywalne, a jednocześnie chwytliwe melodie tej piosenki faktycznie zasługują na dumne miano rocka alternatywnego. A towarzyszące im słowa też są nieco ciekawsze niż licealna psychoanaliza, którą zazwyczaj częstują nas artyści indie.

Birdhouse in Your Soul zachęca adresata do zbudowania „budki dla ptaków w duszy”. To akurat nie jest jakaś bardzo dziwna metafora dla zaprawionych w poezji Czytelników tego bloga. Ale podmiotem lirycznym okazuje się być lampka nocna, co chyba dość rzadko zdarza się w muzyce pop. Owszem, narratorami piosenek bywały np. morświn (The Beatles), sowa (Hey), szczur w klatce (Smashing Pumpkins) albo perła na dnie (Edyta Górniak), ale stosunkowo rzadko mamy okazję wysłuchać potrzeb i pragnień drobnych AGD.

Żałuję, że nie poznałem Birdhouse in Your Soul kilkanaście lat wcześniej, bo wtedy jeszcze bardziej doceniłbym teledysk ze starymi żarówkami i demonstracją „Stop rock video” oraz odniesienie do greckiego mitu o Jazonie i Argonautach w tekście. No, ale lepiej późno niż wcale, jak mówią pasażerowie komunikacji zbiorowej.

Dwuosobowe przedsięwzięcie They Might Be Giants (akordeon i gitara, plus dodatkowi muzycy) to wspaniałe połączenie przebojowości z nerdowatością, czyli elementów, których najbardziej chyba szukam w tzw. muzyce niezależnej. Oczywiście nie zmienia to mojego przekonania, że oprócz np. Talking Heads, The Smiths, Pavement, The Fall, Pixies, PJ Harvey oraz  …………………… (tu wpisz swojego ulubionego wykonawcę), rock alternatywny rzadko kiedy przedstawia aż taką wartość artystyczną, o jaką bywa posądzany.

Jako bonus dorzucam zadziwiające wykonanie Birdhouse in Your Soul na żywo oraz piosenkę Ana Ng, która dobrze oddaje wspomnianą nerdowatość zespołu, np. przez nawiązanie do nowojorskiej Wystawy Światowej w 1964 roku, którą jako dziecko odwiedził wokalista. Birdhouse in Your Soul zresztą też zawiera takie odniesienie, tylko bardziej zaowalowane – wspomniany w utworze zegarek Longines Symphonette debiutował właśnie na owej wystawie.

Obrazek z Wystawy Światowej 1964/65 – Ron White, Wikimedia Commons. Plakaty reklamowe bliżej nieokreślonego pochodzenia.

top 6: piosenki zainspirowane książkami, tom pierwszy

19/02/2017

mistrz_i_malgorzata_3Wbrew pozorom, twórcy muzyki popularnej czytają czasem książki. Poniżej sześć przykładów piosenek zainspirowanych książkami – jeden znany i pięć mniej znanych.

The Rolling Stones – Sympathy for the Devil (1968) To ten znany przykład, bo prawie wszyscy wiedzą, że to o Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa, a konkretnie o tych fragmentach z Jezusem i Piłatem. Pamiętam uczucie, kiedy czytałem książkę i nagle olśniło mnie, że to przecież o tym jest ta piosenka Stonesów, którą znam z wersji Jane’s Addiction. To było jeszcze zanim internet dał wszystkim nieograniczony dostęp do wiedzy, który tak uskrzydlił ludzkość.

Sufjan Stevens – Come On! Feel the Illinoise! (2005) Nie mam potwierdzenia, ale tekst piosenki wskazuje, że kiedy Sufjan Stevens robił research do swojego koncept-albumu o stanie Illinois, przeczytał książkę Diabeł w Białym Mieście Erika Larsona. Książka opowiada o Wystawie Światowej w Chicago w roku 1893 i jest przykładem na to, że dobra literatura to także literatura faktu, a nie tylko powieści opowiadające o sfrustrowanych intelektualistach próbujących napisać powieść.original_ferris_wheel_under_construction_in_lincoln_park_chicago

Nada Surf – Popular (1996) Tę piosenkę o szkolnym prestiżu zainspirowała jeszcze bardziej niestandardowa literatura, bo poradnik. Zwrotki pochodzą z „poradnika wdzięku i popularności dla nastolatków” – Penny’s Guide to Teen-age Charm and Popularity  z roku 1964. Marzę, by nagrać utwór, w którym wściekle melorecytowałbym fragmenty kultowej polskiej pozycji Nastolatki gotują, np. „Są i takie sytuacje, że mamy kilka produktów, ale w małej ilości i trudno z nich przygotować śniadanie czy kolację dla kilku osób, natomiast jeśli przygotujemy pastę, rozwiążemy ten problem. Nie wynika z tego, że możemy wszystkie produkty razem mieszać, ale że znając smak różnych produktów spożywczych, możemy z nich tworzyć bardzo dobre kompozycje smakowe i odżywcze.”nastolatki-gotuja

Eva Pilarova – Oliver Twist (1962) Czechosłowacki bigbit łączący popularny taniec z nazwiskiem bohatera powieści Dickensa. „Raději jsem neměla ten román”, co znaczy „zamiast tego miałam tę powieść”, a nie, jak mogłoby się wydawać „rzadziej jestem niemiła dla tego Romana”.

Mastodon – Seabeast (2004) Reprezentanci tzw. mocnego uderzenia zainspirowali się klasyką amerykańskiej beletrystyki – Moby-Dickiem Hermana Melville. Moim zdaniem spoko książka, chociaż podobno w Stanach, jako lektura obowiązkowa, nie jest zbyt lubiana. Który polski zespół metalowy jako pierwszy podejmie wyzwanie nagrania koncept-albumu zainspirowanego np. nowelami pozytywistycznymi?

moby_dick_p510_illustrationT’Pau – China In Your Hand (1987) Porcelana w dłoni to numer jeden na liście „Piosenki, których nie podejrzewałeś o bycie zainspirowanymi Frankensteinem Mary Shelley.” Wkrótce pewnie dowiem się, że  Total Eclipse of the Heart jest o Kandydzie, a Love Is a Battlefield o Krzyżakach.

A czy Wy macie propozycje na ewentualny tom drugi? Jakiś gotyk o Goethem? Grunge o Grażynie?

Obrazki: Mistrz i Małgorzata (projekt: Emilia Freudenreich) z Encyklopedii Fantastyki; pierwszy w historii diabelski młyn w trakcie konstrukcji przed wystawą w Chicago z Wikimedia Commons; porady: Sabina Witkowska – Nastolatki gotują, 1987; kaszalot z Wikimedia Commons.

top 6: pop lat sześćdziesiątych, który stał się popem lat osiemdziesiątych

23/01/2017

little-eva Nadszedł czas na kolejną listę hitów lat osiemdziesiątych, które okazują się być odgrzewanymi przebojami lat sześćdziesiątych. To kontynuacja listy Soul lat 60-tych, popem lat 80-tych, ale zmieniłem nazwę, bo tym razem tylko jeden kawałek jest soulowy. Na końcu wpisu mała ankieta.

Little Eva – Loco-Motion (1962) Wspaniała, pierwsza wersja piosenki napisanej przez Carole King (muzyka) i Gerry Goffin (słowa) u których Little Eva pracowała  wcześniej jako opiekunka do dziecka. W roku 1987 Loco-Motion rozpoczęło muzyczną karierę sympatycznej gwiazdy australijskiej telenoweli Sąsiedzi, Kylie Minogue. Brzemienia tej kariery ludzkość nie zdołała odrzucić do dziś.the-mindbenders-a-groovy-kind-of-love-fontana-5

Brian Hyland – Sealed With a Kiss (1962) Jak mówi przysłowie – jeśli powiedziałeś Kylie Minogue, musisz powiedzieć Jason Donovan. Jej kolega z serialu też postanowił nagrać jakiś hit z lat sześćdziesiątych, więc zaśpiewał zachowawczą wersję Przypieczętowanego buzi.

James Ray – I’ve Got My Mind Set On You (1963) Chyba nikt, kto słyszał przebój George’a Harrisona z 1987, nie podejrzewał, że był on wcześniej świetną piosenką soulową, albo w ogóle świetną piosenką. Oczywiście słuszna jest argumentacja, że gdyby nie Harrison, nie wiedzielibyśmy o tym utworze. Ale to trochę jak z tym biednym gorylem Harambe, o którym nie słyszeliśmy, dopóki go nie zastrzelili.simon-garfunkel-shady

The Mindbenders – Groovy Kind of Love (1965) Balladowa wersja Phila Collinsa z 1988 r. wypada w miarę korzystnie, przynajmniej na tle innych nagrań z lat 80. na tej liście oraz na tle większości solowej twórczości Phila Collinsa. Groovy Kind of Love od początku było trochę kowerem, bo melodia wzięta jest z fragmentu Sonatiny nr. 5 mało znanego kompozytora Muzio Clementiego.

Simon and Garfunkel – Hazy Shade of Winter (1968) Nagranie The Bangles z 1988 roku to chyba jedyny dobry kower na tej liście. Ale możliwe, że jestem bezkrytyczny wobec The Bangles z powodu niedoleczonej pacholęcej fascynacji Suzanną Hoffs.bettyeverett

Betty Everett – The Shoop Shoop Song (1964) Piosenkę napisał Rudy Clark, odpowiedzialny też za I Got My Mind Set On You. W 1990 roku (technicznie jeszcze lata 80-te) Cher zdecydowała się na odważny krok artystyczny nagrania Shoop Shoop Song. Niezależne badania na potwierdzają, że wersja Cher jest tak samo irytująca, jak pożar mieszkania. A nagranie Betty Everett wydaje mi się super, choć nie wykluczam tu zgubnego wpływu uśmiechu wokalistki na mój, zazwyczaj chłodny i obiektywny, osąd.

Podziękowania dla Sary z Music Is za przypomnienie mi o Hazy Shade of Winter. A teraz zapowiedziana ankieta.