Top 7: Czarownice i jeden czarnoksiężnik

31/10/2019

veronica lake 1942.jpg

Dość długo byłem sceptycznie nastawiony do Halloween, ale w końcu odrobinę  przekonałem się do tego celtyckiego święta. Pewnym czynnikiem mogła być tu krytyka Halloween ze strony Kościoła, najwyraźniej drżącego o pozycję lidera w przyprawianiu dzieci o koszmary. Dzisiejszym tematem będą więc piosenki i poematy symfoniczne o bohaterkach licznych baśni i jeszcze liczniejszych samosądów – czarownicach.

Modest Musorgski – Noc na Łysej Górze (1867) Początek utworu jest powszechnie znany i często używany w filmach by oznajmiać grozę. Reszta tego poematu symfonicznego też jest niczego sobie. Noc na Łysej Górze, jak można domyślić się z tytułu, przedstawiać ma sabat czarownic, gdzie oddają się bezbożnym czynnościom w rodzaju całowania szatana w tyłek, latania na miotłach czy obchodzenia Halloween.

Anatolij Ladow – Baba Jaga (1904) Kolejny rosyjski poemat symfoniczny, tym razem o słynnej właścicielce domku na kurzej stopie. Ten krótki utwór ma przedstawiać lot Baby Jagi w moździerzu – jej ulubionym środku transportu. Nie próbujcie tego w domu.Bilibin._Baba_Yaga

Vainica Doble – La bruja (1970) Folkowo-psychodeliczny duet Vainica Doble wciela się w czarownicę (czyli La Bruja) przygotowującą niezawodną (infalible) miksturę: arsénico, ácido nítrico, mercurio, azufre (siarka), antimonio con la ayuda (z pomocą) del demonio. Nie próbujcie tego w domu.

Engelbert Humperdinck – Hexenritt (1893) Przykład klasyki zainspirowanej niemiecką muzyką ludową, ale spokojnie, fragmentowi i tak bliżej do Halloween niż do Oktoberfest. Jazda czarownicy pochodzi z opery Jaś i Małgosia, czyli Hänsel und Gretel. Anglojęzyczna wersja opowieści o łakomym rodzeństwie zachowuje niemieckie imiona, dzięki czemu z jednego genialnego tłumaczenia popularnej książki Kraina Chichów dowiadujemy się, że jakiś domek wygląda jak chatka „Hansela i Gretela”.

Redbone – Witch Queen of New Orleans (1971) To druga pod względem popularności piosenka sympatycznych twórców megahitu Come and Get Your Love. Główną rolę gra tu wudu, choć o dziwo nie ma nic o wbijaniu igieł w laleczki nieprzyjaciół.kim novak.jpg

Frank Zappa – Camarillo Brillo (1973) Tu także wudu, tym razem nawet z laleczką. Nie wiadomo tylko, czy bohaterka jest bardziej czarownicą, czy new-age’owcem. W każdym razie spotkanie z nią kończy się, jak to często bywa w twórczości Zappy, obcowaniem cielesnym.

Paul Dukas – Uczeń czarnoksiężnika (1897) Mężczyźni rzadziej występują w opowieściach o czarach, może trudniej było na nich urządzać polowania. Poemat symfoniczny Uczeń czarnoksiężnika oparty jest na wierszu J.W. Goethego i opowiada o nieudolnym stażyście przysłanym przez Urząd Pracy. Historię i utwór muzyczny znacie być może z kreskówki z Myszką Miki w roli głównej.

Jeśli macie jakieś ulubione utwory o czarownicach lub inne przemyślenia, to piszcie w komentarzach.

Obrazki: Veronica Lake promująca film Poślubiłem czarownicę (1942), Iwan Bilibin – Baba Jaga (w moździerzu, 1900) oraz Kim Novak jako czarownica-bitnik z filmu Czarna Magia na Manhattanie (Bell, Book and Candle, 1958)

 

Top 7: Złota era country

18/10/2019

Wanda_Jackson.jpg

Muzyka country nie cieszy się u nas przesadną popularnością. Nie jest to może sytuacja niepozwalająca dalej żyć, ale skoro rozwiązano już wszystkie inne problemy kraju, czas zaradzić i temu. Oto siedem piosenek ze złotego okresu country, które przekonają najbardziej zatwardziałego wroga kapeluszy i frędzli.

Johnny Cash – Don’t Take Your Guns to Town (1959) Johnny’ego Casha lubią nawet ci, co nie lubią country. Może to przez jego niechęć do noszenia kapeluszy i frędzli – pamiętacie, jak było z tym astronomem w fezie z „Małego księcia”.
W utworze Don’t Take Your Guns to Town matka uprzedza syna, aby nie brał ze sobą broni, bo źle się to skończy. Syn jednak bierze ze sobą broń i źle się to kończy. We współczesnej wersji tej opowieści matka mogłaby błagać syna, aby nie brał telefonu, bo w chwili znudzenia znowu zacznie, dajmy na to, obrażać na portalach społecznościowych osoby chodzące z parasolem podczas opadów śniegu.

Hank Williams – I’m So Lonesome I Could Cry (1949) Stare, prawda? Złota epoka country trwała, o ile się zdążyłem zorientować, mniej więcej od późnych lat czterdziestych do wczesnych sześćdziesiątych. Dla porównania, złota epoka polskiego grunge’u trwała od początku riffu do We Know How to Kill Kr’shna Brothers, aż do momentu, gdy dziesięć sekund później wchodzi wokal.

Wanda Jackson – I Gotta Know (1956) Utwór uznawany jest za rockabilly, czyli takie pół-country, ale obfitujący we frędzle wizerunek Wandy Jackon nie pozostawia wątpliwości, że jej miejsce jest na niniejszej liście. W I Gotta Know podmiot liryczny stawia pytanie If our love’s the real thing, where is my wedding ring? co nieuchronnie muszę przetłumaczyć na Skoro tak kochasz mnie, gdzie obrączka, pytam się?

Patsy Cline – I Fall to Pieces (1961) Patsy Cline śpiewała najsmutniejsze piosenki w historii country. Długo wybierałem między I Fall to Pieces a Crazy, aż w końcu zapłakałem całą klawiaturę.

Webb_Pierce.jpg

Jimmy Dean – Big Bad John (1961) Piosenkarze klasycznego country nie zawsze śpiewali o miłości, bo zdarzało im się śpiewać o kopalniach. Big Bad John to legenda o dużym i groźnym górniku, który ginie ratując kolegów. Fani Nicka Cave’a docenią zapewne podobieństwo struktury piosenki do utworu Red Right Hand.

Webb Pierce – There Stands the Glass (1953) Czasem śpiewali też o alkoholu. Tutaj, na przykład, bohater piosenki z niepokojącą czułością odnosi się do szklanki.

Hank Locklin – Send Me the Pillow You Dream On (1949) Narrator prosi eks, aby przesłała mu swoją poduszkę. Nie jestem psychologiem, ale nie wydaje się to zbyt mądrą taktyką. To dobra okazja przypomnieć, że tekstów muzyki popularnej absolutnie nie należy traktować jako poradników. Pełno tam durnych rad, w stylu „nie martw się, bądź szczęśliwy” (Bobby McFerrin), „krzycz” (Tears for Fears) albo „otwieraj parasol, jak pada śnieg” (nie pamiętam, ale chyba Varius Manx).

Vaughn Monroe – (Ghost) Riders in the Sky (1949) Na koniec zupełne kowbojstwo i słoma w butach. Wspaniała piosenka o kowbojach-widmach.  „Jupi-aj-ej” aż samo ciśnie się na usta.

Kocham stare country. Przenosi mnie do czasów, które nie były może idealne, ale przynajmniej kiedy padał śnieg, to nikt nie chodził z parasolem.

Na zdjęciach (z Wikimedia Commons) Wanda Jackson i Webb Pierce

Złote Przeboje ONZ

30/07/2019

nati 2Jeśli stosujesz muzykę aby odizolować się od rzeczywistości i teraźniejszości, oraz jeśli szukasz repertuaru wykwintnego, a zarazem idącego po linii najmniejszego oporu, to nowa playlista Placówki postępu jest dla Ciebie. Nazwałem ją Złote Przeboje ONZ, bo są na niej utwory powojenne i z różnych krajów. Dominuje wprawdzie język angielski, ale chyba nie aż tak, jak na rozmaitych innych listach.

Spotify’owa składanka obejmuje lata 50-te i 60-te, czasem trafi się coś z końca lat 40-tych lub początku 70-tych. Może nie wszystko do wszystkiego pasuje, ale przynajmniej jest ciekawie. Starałem się ograniczyć piosenki ograne i generalnie irytujące, a w wyborze kierowałem się moim delfinim słuchem oraz ćwiczoną z prof. Zimbardo empatią. Trochę wczesnej Eurowizji, doo-wop, rock’n’roll (ale nie za ostry), tzw. space-age pop (zgooglujcie sobie), populistyczny jazz, country, ska, jakieś takie latynoskie, jive z Płd. Afryki, no i więcej klasycznego soulu niż polskie radio puściło od początku swojego istnienia.

Przy okazji zacząłem robić inne playlisty z, jak to mówią zachodni fachowcy, „golden oldies”. Piosenki przedwojenne trafiły na listę firmowaną przez Ligę Narodów, a późniejsze, często bardziej funkowe i elektroniczne, na listę Państw Niezrzeszonych. Te dwie listy udostępniam, ale są jeszcze niegotowe. Tzn. lista „ONZ” też nie jest gotowa, bo cały czas coś dorzucam (albo wyrzucam). W Złotych Przebojach ONZ znajdziecie m.in. takie szlagiery, jak (wszystkie linki do występów lub klipów):

Jiri Suchy – Praminek vlasu: czechosłowacki fetysz-jazz,

Bella Bellow – Zelia: pani z Togo śpiewa błogo,

Brenda Holloway – When I’m Gone: zbyt piękna dla Motown,

Elis Regina – Aguas de Marco: supernowa bossa novy,

Adriano Celentano – Il ragazzo della Via Gluck: częściowo chyba o deweloperach,

Prince Buster – Wash My Troubles Away: ska o higienie ducha,

Abdel Halim Hafez – Touba: egipski Sinatra,

Jimmy Dean – Big Bad John: goth-country,

Kyu Sakamoto – Ue o Muite Arukō: pionierski J-pop,

Martin Denny – Quiet Village: pokochaj przywłaszczenia kulturowe,

Fairuz – Bhebak ma ba’ref: największa gwiazda kraju z choinką we fladze,

Francoise Hardy – Ce petit coeur: miej serce i patrzaj w serce,

The Strangeloves – I Want Candy: zryte bity,

Dave Brubeck Quartet – It’s a Raggy Waltz: j.w.

Przepraszam za ten rym z Togo. Jeśli macie własne propozycje, albo coś Wam się spodobało, to śmiało piszcie w komentarzach.

Melomanka na zdjęciu to Natalie Wood

Top 10: Deszcz

01/06/2019

Hiroshige_Atake_sous_une_averse_soudaineDeszcz jest naturalnym i przydatnym zjawiskiem, co nie zmienia faktu, że to zjawisko bardzo bolesne, do którego gatunek ludzki w ogóle nie jest przystosowany. Powstało o nim tyle piosenek, że samych tylko utworów o deszczu wymieszanym ze łzami wystarczyło na osobną listę. A poniższe zestawienie będzie już o samych opadach, bez fizjologicznych dodatków.

Cliff Edwards (Ukulele Ike) – Singin’ in the Rain (1929) Zanim w 1952 r. rozsławił go Gene Kelly w Deszczowej piosence, utwór pojawił się w filmie-rewii Hollywood Revue of 1929. Podmiotem lirycznym jest element wywrotowy, którego deszcz uszczęśliwia. „Pewnie pijany” – chciałoby się powiedzieć.

Flash and the Pan – Walking in the Rain (1978) W odróżnieniu od poprzedniej piosenki, ponure Walking in the Rain australijskiego duetu Flash and the Pan prezentuje naturalną reakcję zdrowej, wrażliwej jednostki na opady atmosferyczne.

Fryderyk Chopin – Preludium nr 15 – „Deszczowe” (1839) Utworów na temat deszczu w muzyce klasycznej wcale nie jest aż tak dużo, jeśli wyeliminować te trzysta o burzach (o których będzie osobna lista). Najbardziej znane jest Preludium nr 15 ze świetnego zbioru 24 preludiów. Chopin nie nazwał go „Deszczowym”, zrobił to już po śmierci kompozytora pianista Heinz von Bülow i tak się przyjęło. Prawdopodobnie deszcz faktycznie inspirował tu słynnego żelazowowolanina, ale nie wiemy tego na sto procent. Być może sam Chopin nazwałby piętnaste preludium, no nie wiem, „Georges Sand jest fajna”?

Tradycyjna kompozycja chińska „Krople deszczu spadają na liście bananowca” (dawno)  Banany, podobnie jak cytryny, pochodzą właśnie z Azji. Placówka postępu uczy i bawi.

Ann Peebles – I Can’t Stand the Rain (1973) Instrumenty smyczkowe efektownie naśladują deszcz, a pani jest przygnębiona, ale nie przez sam deszcz, tylko dlatego, że pogoda przypomina jej jakieś „słodkie wspomnienia”. Ciekawe jakie? Czy dawny ukochany kojarzył jej się z deszczem, bo na pytanie „Co słychać?” zawsze odpowiadał „No normalnie padam!”?

Irma Thomas – It’s Raining (1961) W tym pięknym utworze odgłos deszczu wykonuje nie orkiestra smyczkowa, lecz chórek – paszczowo.

Petula Clark – La gadoue (1966) Europejskie gwiazdy estrady lat sześćdziesiątych często śpiewały również w językach zaprzyjaźnionych krajów. Tu, na przykład, Brytyjka Petula „Downtown” Clark śpiewa niesamowicie przebojową kompozycję Serge’a Gainsbourga. Tytuł oznacza skutek uboczny deszczu – błoto. „Z deszczu pod błoto”, ciśnie się na usta.

The Carpenters – Rainy Days and Mondays (1971) Karen Carpenter, najsmutniejszy głos pop music, żali się, że przygnębiają ją deszczowe dni i poniedziałki. Deszcz, jak wspominałem, jest zjawiskiem naturalnym, natomiast brzemię poniedziałku sami sobie, jako cywilizacja, narzuciliśmy.

Henri_Rousseau_-_Un_matin_de_pluie.jpg

Nick Cave & The Bad Seeds – The Carny (1986) Utwór pokazuje, że cyrkowe życie to nie tylko baloniki i wata cukrowa. Tytułowy kuglarz odszedł nie wiadomo dokąd, a reszta trupy niespecjalnie za nim tęskni. Został po nim tylko koń, którego właściciel cyrku decyduje się zastrzelić. Kobyła, o pasującym imieniu Sorrow (pol. Nasza szkapa) zakopana zostaje w płytkim grobie, a ponieważ przez całą piosenkę leje deszcz, wkrótce z niego wypływa – na pastwę kruków, wron.

Ewa Demarczyk – Deszcze (1967) Na podstawie wiersza Baczyńskiego z 1943 roku – czasu, gdy deszcz był zdecydowanie jednym z drobniejszych zmartwień.

Obrazki: Hiroshige – Wieczorna ulewa nad Wielkim Mostem i Atake z cyklu Sto drzeworytów zainspirowanych piosenkami Flash and the Pan z oraz Celnik Rousseau: Poranek w deszczu, oba z Wikimedia Commons.

Klasyczne radio w starym stylu – playlista

04/04/2019

playlista pani z panem.jpgCzy macie skłonności eskapistyczne? Czy chcecie odizolować się od współczesnego świata i udawać, że są np. lata pięćdziesiąte, tylko nie w PRL i bez różnych ówczesnych, a zażegnanych już dawno niedogodności, w rodzaju zagrożenia wojną, niezaszczepionych dzieci czy rasizmu? Jeśli tak, to playlista Old Time Classical Radio, mająca nawiązać do złotych lat radia amerykańskiego i brytyjskiego, jest dla Was.

Playlista Old Time Classical Radio na Spotify

Tę wielogodzinną playlistę-radyjko zacząłem tworzyć na własne potrzeby, ale pomyślałem, że uszczęśliwię nią ogół. Składa się na nią lekka, orkiestrowa muzyka poważna, w większości z okresu romantyzmu i wczesnego XX wieku. Darowałem sobie koncerty z partią solową, śpiew (nie licząc jakichś niegroźnych chórków) oraz muzykę fortepianową i kameralną. Chociaż znajdziecie czasem transkrypcje na orkiestrę dwóch ostatnich gatunków, m.in. symfoniczną wersję trzeciego Gymnopedie Satiego, którą jej twórca Debussy nazwał „pierwszym” Gymnopedie, pewnie po to, żeby chociaż jedna rzecz była w tym utworze trudna i niezrozumiała.

smetana szell.jpg

Starałem się, aby było kolorowo i różnorodnie. Znajdziecie więc tylko kilka fragmentów symfonii, ale za to wiele kawałków baletowych oraz mojej ulubionej formy muzyki klasycznej: poematów symfonicznych. Na playliście pełno francuskiego impresjonizmu w rodzaju Debussy’ego i Ravela oraz rosyjskich fajerwerków w stylu Rimskiego-Korsakowa. Dużo usłyszycie też inspiracji środkowoeuropejskim folklorem (Brahms, Dworzak) i taniego pseudo-orientalizmu (chyba ze dwudziestu kompozytorów). Jest też trochę muzyki obu Ameryk, często zawierającej wpływy latynoskie. I całkiem sporo twórczości inspirowanej Hiszpanią, czasem nawet z Hiszpanii. Dość sporą grupę tworzą kompozytorzy  niespodziewanego zagłębia melodyjnej muzyki orkiestrowej – Wielkiej Brytanii pierwszych dekad XX wieku (Delius z kolegami).

gershwin american in paris.jpgAby było jeszcze bardziej eskapistycznie, wybrałem stare nagrania, większości z lat pięćdziesiątych, więc czasem trochę szumi albo nawet odrobinę trzeszczy (nazywamy to „ciepłym brzmieniem”). Ale wszystko w granicach rozsądku, bo wiem, że nie każdy lubi, jak mu trzeszczy, szczególnie w słuchawkach. W tych nielicznych przypadkach, kiedy to było możliwe, starałem się też dobierać ładne, oryginalne okładki. Lata pięćdziesiąte były wspaniałym okresem pod tym względem, szczególnie jeśli lubicie, kiedy ładna pani jest przemycona na okładkę bez względu na zawartość albumu.

Większość utworów jest znana i lubiana, ale opuściłem te najbardziej wyświechtane (np. Bolero) lub obciążone skojarzeniami cmentarnymi (np. Adagio for Strings). Dorzuciłem też kilka mniej słynnych rzeczy, ale tak ładnych i przebojowych, że bez problemu pasują do playlisty (np. Our Town Aarona Coplanda). Kolejność jest raczej przypadkowa, więc najlepiej po prostu wcisnąć „odtwarzaj losowo” i dać się zaskoczyć Villa-Lobosowi, zadziwić Lisztowi albo zbałamucić Rachmaninowowi.

Oczywiście, jeśli macie pomysły, co jeszcze dodać do (ew. usunąć z) radyjka, to piszcie śmiało.

Obrazek do playlisty nie wiem skąd

 

Soul na wyciągnięcie ręki

26/03/2019

clapton-is-god.jpgLudzie często pytają mnie o ulubioną piosenkę Motown. Dobra, wcale nie pytają, ale jakoś musiałem zacząć wpis. Nikt mnie nie pyta o ulubioną piosenkę Motown, bo prawie nikt nie wie, co to Motown. Najsłynniejsza wytwórnia soulowa najwyraźniej nie przebiła się przez żelazną kurtynę, co zawdzięczamy prawdopodobnie rodzimym redaktorom muzycznym, według których soul był be, jedynym Murzynem godnym szacunku był rockowiec Jimi Hendrix, a bluesa wynalazł Eric Clapton.

W każdym razie, skoro już pytacie, to moją ulubioną piosenką Motown jest Reach Out I’ll Be There męskiej grupy wokalnej The Four Tops. Utwór ten ma wszystko: na początku jakaś taka orientalna melodia, następnie klasyczna, motownowa ściana dźwięku, a potem podwójny refren z pięknymi harmoniami. Tytułowe „wyciągnij rękę, a ja tam będę” nie jest łagodną groźbą tego pana z banku, co uporczywie dzwoni i oferuje korzystny kredyt, ale deklaracją lojalności i oddania. Piosenka należy więc do kategorii obiecanek, tak jak Bridge Over Trouble Water, I Will Always Love You albo We Will Rock You.

fantastyczna wersja na żywo

four topsReach Out I’ll Be There stworzyła legendarna spółka autorska Holland-Dozier-Holland. Inne ich piosenki to bardzo podobne Standing in the Shadows of Love (też Four Tops), Stop! In the Name of Love i Baby Love The Supremes oraz Nowhere to Run Marthy Reeves & the Vandellas. Wszystkie te utwory charakteryzuje zwartość i zaskakujące melodie. Po zamieszczeniu tego wpisu zdominują zapewne Trójkowy Top Wszech Czasów.

Inne przykłady twórczości Lamont-Dozier-Holland i Motown oraz więcej narzekania na redaktorów muzycznych znajdziecie we wpisie „soul lat 60-tych popem lat 80-tych” . A ponieważ wśród Czytelników mogą się jednak znaleźć wielbiciele Motown, dlatego spytam jeszcze: a jaka jest Wasza ulubiona piosenka tej wytwórni?

Okładka z Discogs, zdjęcie z pieskiem nie wiem, skąd

Anetka, z którą nie można się pożegnać

22/02/2019

Radio_Guide,_Week_Ending_November_10,_1934.jpgByć może spotkaliście się kiedyś z określeniem, że ktoś ma głos jak miód. Zazwyczaj jest to przesada i spokojnie wystarczyłby przymiotnik „miły”. Ale w przypadku Annette Hanshaw przesadą to nie jest, a spożywcze porównanie jest wręcz jedynym dopuszczalnym opisem jej śpiewu.

Annette Hanshaw najbardziej znana była w latach 1926-1934. Prasa nadała jej przydomek „Personality Girl”, ponieważ była taka sympatyczna. Zapewne duży udział w tej sympatyczności, obok wspomnianego już głosu oraz czarującego uśmiechu, miały dołeczki wokalistki, największa geometryczna sensacja od odkrycia pierścieni Saturna. Jakby tego było mało, wokalistka kończyła część swoich nagrań rozbrajającym „that’s all” . (Kiedy kończą się jej piosenki, zawsze czuję lekkie napięcie – „powie, czy nie powie?”)

Annette Hanshaw wstydziła się kamer, więc istnieje tylko jedno jej nagranie filmowe. Ma ono dwie zalety: 1) dobrze uchwycone są na nim wspomniane dołeczki 2) przedstawiona w nim piosenka jest fantastyczna. Utwór nazywa się We Just Couldn’t Say Goodbye i napisał go Harry M. Woods, znany m.in. jako współautor standardu Try a Little Tenderness. Piosenka opowiada o nieudanym zerwaniu. Bohaterowie pokłócili się i postanowili rozstać, co wszystkich zasmuciło i nawet meble w mieszkaniu doprowadziło dołeczk… do łez. Na szczęście okazało się, że po prostu nie potrafili się pożegnać, zeszli się z powrotem, a wyposażenie domu szalało z radości.

Annette_Hanshaw_in_Radio_Stars,_Jan._1934_02Polecam posłuchać również wersji We Just Couldn’t Say Goodbye z płyty, bo jest dłuższa i ma piękną, mruczaną zwrotkę. Inne udane piosenki z repertuaru Annette Hanshaw to ballada Let’s Fall in Love, lata dwudzieste w pigułce, czyli Ev’rything’s Made for LoveAin’t He Sweet nagrane potem nawet przez Beatlesów, skoczne Fit as a Fiddle (Zdrowy jak rybble) oraz Would You Like to Take a Walk. W tym ostatnim utworze znajdziecie piękny, głoszący wyższość spacerów nad kinem dźwiękowym, kuplet Ain’t you tired of the talkies? I prefer the walkies (Czy dźwiękowców nie masz potąd? Ja wolę piechotą).

Posłuchajcie Annette Hanshaw, której głosem można słodzić herbatę, a dołeczki zakrzywiają czasoprzestrzeń.

Zdjęcia z Wikimedia Commons.

składanka pop-got

23/12/2018

nosferatu max schreck.pngCzy poszukujesz muzyki mrocznej, a przebojowej? Czy uważasz, że lata osiemdziesiąte, nie licząc stanu wojennego, kolejek, awarii prądu, inflacji, Czarnobyla i ZOMO, były w dechę? Jeśli tak, to składanka „Goth Pop” jest dla Ciebie. Zrobiłem ją w formie playlisty na Spotify, ale u dołu wpisu znajdziecie też linki do starego, dobrego YouTube.

Rock gotycki był ponuro-groźną odmianą punk-rocka. Termin nawiązywał do tzw. powieści gotyckich w rodzaju Frankensteina i Draculi.  Najważniejszym zespołom gotyckim, czyli The Cure oraz Siouxsie and the Banshees, szybko znudziła się mroczna formuła i zajęły się robieniem bardziej urozmaiconej muzyki. Innym grupom, w rodzaju Bauhaus i Sisters of Mercy, nie znudziło się nigdy.

Na składance znajdziecie te barwniejsze oblicza Cure i Siouxsie, łącznie z legendarnym Kiss Them for Me tych drugich. Piosenka ta, hołd dla gwiazdy Jane Mansfield, wykorzystuje elementy indyjskiego popu banghra oraz rytm z automatu perkusyjnego Roland TR-909, użyty wcześniej w PSK What Does It Mean?, pionierskim dziele gangsta rapu. Muzycznie stanowi więc haniebną zdradę idei rocka gotyckiego.Charlotte_Sometimes.jpg

Muzycy wspomnianych grup czasem tak się nudzili, że zaczynali różne mniej gotyckie projekty, w rodzaju The Creatures i The Glove, które też trafiły na listę. Dla równowagi dodałem bardziej typowe dla gatunku arcydzieła Banshees i Cure’ów, odpowiednio Fireworks oraz Charlotte Sometimes. Zainspirowana młodzieżową książką fantasy o tym samym tytule Charlotte Sometimes to wręcz Eroica goth-rocka.

Kultowe Bauhaus i Sisters of Mercy też załapały się na playlistę, ci pierwsi aż trzy razy. Krytycy muzyczni nie przepadali za Bauhaus, wytykając m.in., że ich estetyka taniego horroru jest przeciwieństwem funkcjonalnego kierunku architektonicznego Bauhaus (po naszemu Dombud), od którego zespół wziął nazwę. Najwyraźniej powinni nazywać się Późny Neogotyk Barokizujący.

Prawie wszyscy artyści są z Wielkiej Brytanii, ale dorzuciłem też dwóch reprezentantów Europy środkowej: RFN-owski Xmal Deutchland oraz PRL-owski Madame. Oba zespoły trochę za bardzo wzięły sobie do serca słowa hrabiego Draculi o wilkach (Dzieci nocy – Jaką tworzą muzykę!) i postawiły na zawodzenie w stylu owych zacnych czworonogów. Wokalista Madame nawet nazwał swój następny zespół „Wilki”.

Siouxsie_Fireworks.jpg

Starałem się, żeby składanka była urozmaicona i nieco inna niż podobne tematycznie listy na Spotify, więc może nie umrzecie z nudów. Oto odnośnik do playlisty, a poniżej wszystkie piosenki z linkami do YouTube lub pokrewnych stron (teledyski i występy).

Jeśli coś Wam się spodoba, albo macie własne propozycje, to śmiało piszcie w komentarzach. Na zdjęciach Max Schreck w Nosferatu oraz Theda Bara w klasycznej pozie.

Bauhaus – Bela Lugosi’s Dead

The Cure – Charlotte Sometimes

Siouxsie and the Banshees – Fireworks

Strawberry Switchblade – Who Knows What Love Is

Madame – Może właśnie Sybilla

Bauhaus – Spirit

skeletal family.jpg

The Cure – The Caterpillar

Cocteau Twins – Crushed

Sisters of Mercy – Body and Soul

Siouxsie and the Banshees – Kiss Them for Me

The House of Love – Shine On

Xmal Deutschland – Mondlicht

The Glove – Punish Me with Kisses

Bauhaus – She’s in Parties

Cranes – Everywhere

Skeletal Family – Promised Land

The Creatures – Weathercade

Felt (z Elizabeth Fraser) – Primitive Painters

Xmal Deutschland – Matador

The Cure – A Night Like This

All About Eve – In the Clouds

theda-bara.jpg

 

dzianina

16/12/2018

supremes the happening.jpg

The Happening (1967) dziewczęcej grupy soul-popowej The Supremes usłyszałem pierwszy raz w telewizji muzycznej VH-1. Było to wykonanie na żywo, na początku którego frontmenka Diana Ross zapowiada „śliczną balladę z West Side Story”. No i odtąd myślałem, że The Happening to jakaś piosenka z rzeczonego musicalu, której nie znam, bo nie załapała się do jego słynnej, filmowej wersji.

Chociaż The Happening to nie ballada, to i tak jakoś mi to pasowało, bo melodie zawarte piosence spokojnie mogłyby rywalizować z przebojami Leonarda Bernsteina z West Side Story. Po kilkunastu latach okazało się, że słyszałem tylko fragment zapowiedzi. Jej pełna wersja to taki słaby żart: Diana Ross mówi, że każdy ich występ jest inny z tej prostej przyczyny, że ich dyrygent pije. No a potem zapowiada „balladę z West Side Story” (domyślnie Somewhere, które The Supremes też miały w repertuarze), ale wtedy zespół zaczyna grać The Happening i dziewczyny udają zdziwienie.

Być może powyższa historia Was nie zainteresowała, ale musiałem to z siebie wyrzucić. A poza tym, musiałem napisać o The Happening, bo to genialna piosenka i należy do szczytowych osiągnięć wytwórni Motown oraz jej sztandarowego zespołu autorów Holland-Dozier-Holland.

Tytuł nawiązuję do będącej wówczas w modzie sztuki „happeningu”, której nazwy niestety nie tłumaczy się jako „dzianina”, chociaż wszyscy dobrze wiemy, że tak byłoby ładniej. Sam tekst piosenki nie ma nic wspólnego z happeningiem, bo to typowy utwór o miłości, a ma taki tytuł, bo promował komedię sensacyjną The Happening. Słowa „the happening” zostały też, nieco na siłę, umieszczone w refrenie. Filmu nie oglądałem ale, sądząc po recenzjach, mogę spokojnie umrzeć nie obejrzawszy.

W pewnym momencie The Supremes ustępowały w USA popularnością jedynie Beatlesom. W Polsce mało kto miał szansę je poznać, najprawdopodobniej przez upodobania peerelowskich didżejów, którym Motown i soul nie pasował do ubóstwianej formuły „biało i podniośle”.

Inne przeboje The Supremes, również autorstwa Holland-Dozier-Holland, to Baby Love, Stop! In the Name of Love, You Can’t Hurry Love oraz You Keep Me Hangin’ On. Dwa ostatnie można czasem usłyszeć w polskim radiu w wykonaniach znanych artystów soulowych Phila Collinsa i Kim Wilde.

Okładka singla z Discogs

top 5: arie operowe, które musisz znać

02/09/2018

Czy kiedykolwiek zdarzyło się Wam nie znać tytułu lub kompozytora popularnej arii operowej i w rezultacie narazić się na ostracyzm? Poniższa lista ma na celu zapobiec takim przykrym sytuacjom.

Mozart – Der Hölle Rache z Czarodziejskiego fletu (1791) Nazywana jest też Arią Królowej Nocy, a jej właściwy tytuł oznacza „piekielną zemstę” która „gotuje się w sercu” złej królowej baśniowej krainy. Nie znam kontekstu arii w treści całej opery, ale mam nadzieję, że powyższe informacje wystarczą, żeby się nie zbłaźnić np. przed przyszłymi teściami.carmen.jpeg

Verdi – La donna è mobile z Rigoletto (1851) Tytułowa mobilność kobiety oznacza jej domniemaną niestałość, a nie, jak można by pomyśleć, możliwość awansu społecznego lub posiadanie roweru.

Bizet – Habanera z Carmen (1875) „Habanera” to rodzaj tańca z Hawany, ale akcja opery rozgrywa się w Sewilli, gdzie bohaterka pracuje w fabryce papierosów. Mimo hiszpańskojęzycznego pochodzenia słowa i francuskojęzyczności opery, pierwsze „h” w „Habanerze” jest w języku polskim, zdaje się, wymawiane. Podczas długich poszukiwań informacji co do tego „h”, dowiedziałem się, że nie jest ono wymawiane w przypadku rodzaju papryki „habanero” oraz, że w ogóle jest taka papryka.

Puccini – Nessun dorma z Turandot (1926) Tę podniosłą arię (i wykonawcę Luciano Pavarottiego) rozsławiło użycie jej jako oficjalnej pieśni piłkarskich MŚ Italia ’90. Tytuł oznacza „nikt nie będzie spał” i wiąże się ze skomplikowaną fabułą (coś o chińskiej księżniczce), której nie pamiętam, ale to nieważne, skoro wpis ma jedynie zapobiec kompromitacji Czytelnika podczas kolacji z ważnym klientem.

norma callasBellini – Casta Diva z Normy (1831) Wbrew tytułowi, Norma nie opowiada o przodownikach pracy, ale o trójkącie miłosnym na peryferiach Imperium Rzymskiego. Casta diva oznacza „czystą bogini” – księżyc, do którego ta dramatyczna aria jest modlitwą. Tak się pięknie składa, że popularność słowa „diva” zawdzięczamy w dużej mierze śpiewaczce kojarzonej z Casta diva i będącej zarazem uosobieniem divy, Marii Callas.

No. To teraz, jeśli tylko rozmowa nie zejdzie na arie nieco mniej znane albo na operowe duety czy chóry, Wasza pozycja towarzyska i zawodowa jest uratowana.

Okładki z Discogs