Archive for Listopad 2012

Top 6: Surowy soul

24/11/2012

Jak już wielokrotnie pisałem (bądź miałem napisać, ale zapomniałem), uważam stosunkowo małą popularność soulu w Polsce za ponury efekt skrzywionego światopoglądu PRL-owskich didżejów, którym „dobry, mocny rock” wydawał się jedyną godną uszu słuchaczy muzyką. Jako dodatkowy czynnik mógłbym jeszcze dodać ckliwy soul lat dziewięćdziesiątych, a szczególnie jego polskie wydanie, które tak zachęca do słuchania tego gatunku, jak polskie country do słuchania country. W każdym razie na półkach przeciętnego sklepu muzycznego łatwiej znaleźć dzieła zebrane Ricka Wakemana niż „best of” Steviego Wondera.

Jak też już wcześniej pisałem, czas tę sytuację zmienić, tym razem za pomocą całej serii „Top 6” na temat soulu. Na początek dobry, mocny soul. Chodzi o jego surowe, mniej słodkie wydanie – inne zarówno od większości wypolerowanych produkcji wytwórni Motown, jak i od niefortunnych tworów epoki MTV w stylu Unbreak My Heart i jego przerażającego lechickiego klonu Im więcej ciebie tym mniej.

Otis Redding – Respect (1965) Wprawdzie to Aretha Franklin (bądź jej producent) wpadła na pomysł literowania tytułu, ale moim zdaniem jej wykonanie nie może się równać ze spoconą wersją autora piosenki – Otisa Reddinga. Pewnym zgrzytem jest fatalny rym o honey i money –  ciekawych tekstów szukać należy raczej dopiero w późniejszych mutacjach soulu.

Aretha Franklin – Chain of Fools (1967) Dramatycznie zaśpiewana i świetnie zaaranżowana ballada, będąca jednak plagiatem wydanej chwilę wcześniej gospelowej piosenki Pains of Life. Jak widać, już wtedy wytwórnie muzyczne były bezwzględnymi potworami, w pełni zasługującymi na to, żeby uderzyły w nie empetrójki niczym biblijna plaga.

Eddie Floyd – Knock On Wood (1966) Tytuł oznacza „odpukać”, co podkreśla perkusja po każdym „knock” w refrenie. Piosenka uważana jest za esencję „Stax sound” – czyli mniej wypucowanej alternatywy dla gładkiej ściany dźwięku wytwórni Motown. A sekcja dęta w Knock On Wood to dowód, że nośny riff nie musi być riffem gitarowym.

Marvin Gaye – I Heard It Through the Grapevine (1967) Ale jednak coś Motown się tu znalazło. Jak w poprzedniej piosence, tytuł jest idiomem – oznacza tyle, co „dowiedziałem się pocztą pantoflową”. Podmiot liryczny właśnie w ten sposób dowiaduje się o planowanych przez ukochaną poważnych zmianach życiowych (które nie uwzględniają podmiotu lirycznego). Sytuacja ta zaprezentowana jest w nietypowo dobrych rymach i przy pełnej napięcia muzyce – autorzy utworu to tekściarz/piosenkarz Barret Strong i producent Norman Whitfield, późniejsi twórcy dramatycznych, późnych kawałków The Temptations, w tym Papa Was a Rolling Stone.

James Brown – Papa’s Got a Brand New Bag (1965) Piosenka przełomowa stylistycznie, bo uważana za protoplastę funku (mniej melodii, więcej rytmu). Opowiada o nienajmłodszym panu, który decyduje się wyruszyć na parkiet, by wypróbować nowe tańce i w ogóle ma „nowy styl” („new bag”, kolejny idiom, ten już raczej nie używany, chyba że jako „new bag of tricks”).

Stevie Wonder – Higher Ground (1973) Czas wyjść poza ciasne ramy czasowe 65′ – ’67, bo robi się nudno, a poza tym, później też powstawały porządne kawałki. Protest song Higher Ground pochodzi ze złotego okresu twórczości Steviego Wondera, o którym (okresie, nie Wonderze) wiele osób może nawet nie wiedzieć. Dużo dla utrzymania piosenki w obiegu zrobił zespół Red Hot Chili Peppers, tworząc w 1989 roku jej funk-metalową wersję.

Pochodzenie zdjęcia Otisa Reddinga bliżej nieznane.

Reklamy

Szostakowicz piątkowicz

21/11/2012

Piąta symfonia Dymitra Szostakowicza to dla mnie najfajniejsza symfonia ever. Ma wszystko, co lubię – piękne melodie, napięcie i mroczną atmosferę.

Zaczyna się z akcentem na „napięcie” – pierwsza część jest go pełna i ma dwa niesamowite momenty, w których sekcja smyczkowa robi coś, co moja żona trafnie nazwała „przesileniem” (w poniższym nagraniu ok. 2:40 i 7:10)

Drugi fragment to taki dziwny, niepokojący walc. Jest to najkrótsza i najbardziej przebojowa część V symfonii.

Trzecia część to ponure, ponure adagio. W ZSRR, co tu dużo gadać, nie było za fajnie, szczególnie w 1937 roku.

Ostatni fragment V symfonii Szostiego daje się wyżyć stojącym z tyłu orkiestry perkusistom. Rzadko mówię „klasyki powinno się posłuchać na żywo” ale w końcówce tego utworu obserwowanie pracy tych niezauważanych bohaterów drugiego planu robi wyjątkowe wrażenie.

Piąta symfonia stała się przebojem w zasadzie od dnia premiery. Szostakowicz potrzebował takiego sukcesu, bo dopiero co został zjechany za zbyt „formalistyczną” (czytaj: awangardową) operę Lady Makbet mceńskiego powiatu w artykule autorstwa najprawdopodobniej samego Stalina. Pierwszym ważnym utworem kompozytora po tej krytyce była właśnie stosunkowo przystępna, choć jednocześnie smutna i interpretowana jako krytyka reżimu, V symfonia.

Niezależnie od aspektu politycznego, którego analizy urastają czasem do absurdalnych rozmiarów, Piątka Dymitra Szostakowicza to ponadczasowe arcydzieło na miarę Braci Karamazow Dostojewskiego albo Jeżyka we mgle (by trzymać się tylko Rosji).

Stokowski.org: pierwsze zachodnie nagranie, 1939 – dyryguje Leopold Stokowski (mp3)

YouTube: Kolega Szostakowicza Jewgienij Mrawiński dyryguje Orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej, 1983.

Obraz: Kazimierz Malewicz – Złe przeczucia, wzięty z Wiki

Rząd się sam wyżywi

09/11/2012

W piosence Don’t Worry About the Government z pierwszego albumu Talking Heads, wokalista David Byrne wciela się w rolę pracownika rządu. Radośnie opowiada o szyszkach na szosie, które widzi w drodze do pracy,  o tym, że niektórzy urzędnicy są dla niego jak rodzina, że wybrał sobie fajny budynek na biuro i że można go odwiedzać, bo dla znajomych zawsze znajdzie czas. W refrenie zaś uspokaja wszystkich, którzy przejmują się polityką i rządem, słowami „don’t you worry about me / I wouldn’t worry about me”, co można by przetłumaczyć na polski, ale zniknęłaby wtedy część (to słowo musiało się w końcu pojawić) ironii.

♪ Fajne wykonanie Don’t Worry About the Government w TV (program Old Grey Whistle Test)

Jakiś krytyk wytknął Talking Heads dobór tematów piosenek, a konkretnie, że śpiewają o budynkach (czyli właśnie Don’t Worry…) i jedzeniu (nie wiem, o którą piosenkę chodzi). W każdym razie zespołowi tak się to spodobało, że drugą płytę nazwali More Songs About Buildings and Food. A wśród ich kolejnych tekstów był jeden o tym, że zwierzęta się z nas śmieją (Animals), jeden o kręceniu amatorskich filmów wideo (Found a Job) oraz kawałek o człowieku z radiem w głowie (Radio Head – tak, to stąd wziął nazwę popularny zespół).

Zdjęcie Jean Louc Ourlin (CC)

Sudańskie słowiki

04/11/2012

Al Balabil (Słowiki) to sudański girlsband składający się z trzech sympatycznych sióstr o imionach Aamal, Hadia i Hayyatt. Kariera Słowików zaczęła się na początku lat siedemdziesiątych i udało im się nawet zdobyć popularność w innych krajach Afryki. Niestety, pomimo sukcesów i licznych występów, siostry nie nagrały za wiele, a do tego nagrania te nie są zbyt łatwo dostępne. Na szczęście mamy teraz YouTube i różne blogi z rzadkimi mp3, dzięki czemu możemy podziwiać wspaniały rytmicznie i melodyjnie pop Al Balabil.

Jak na razie najbardziej spodobała mi się piosenka Al bisal ma bitoh, co jakaś dobra osoba przetłumaczyła na Those who care to ask are never lost, czyli nasze „kto pyta, nie błądzi”. Jak w większości muzyki afrykańskiej, słyszymy w niej jakiś zawiły, trudny do rozszyfrowania przez Europejczyka rytm. Jest on połączony z tak wciągającymi melodiami, że przez dobre kilka dni musiałem Al bisal ma bitoh puszczać jeszcze raz jak tylko się skończyło, mimo że trwa ponad sześć minut. Brzmienie, otrzymane m. in. dzięki tak nieegzotycznym instrumentom jak akordeon, odpowiada położeniu geograficznemu Sudanu, czyli znajduje się między Egiptem a Etiopią.

♪ Al bisal ma bitoh – występ na YouTube

Wpis o Al Balabil na blogu Audiotopia – u dołu znajdziecie link do empetrójek

Autor zdobiącego powyższy wpis kolażu pozostaje niestety anonimowy. Jego dzieło świadczy jednak, że miłość melomanów do Al Balabil trzyma się mocno również w epoce zaawansowanej grafiki komputerowej. A Słowiki nadal koncertują, po wcześniejszym zaadaptowaniu do nowej rzeczywistości przez założenie któregoś z łagodniejszych wariantów chusty.

Melodia spuszczona z łańcucha

02/11/2012

Utwór Unchained Melody, jeszcze zanim został zaśpiewany przez Righteous Brothers w 1967 r. a potem przypomniany w tym samym wykonaniu w filmie Ghost (1990), już istniał w wielu wersjach. Pierwsze jednak było wykonanie Todda Duncana z roku 1955. Znalazło się ono w filmie o więzieniu pod tytułem Unchained – stąd Unchained Melody. Tak się jednak składa, że tytuł „Wyzwolona melodia” doskonale pasuje do tej, nie bójmy się tego słowa, ładnej piosenki.

Todd Duncan nie jest teraz może specjalnie pamiętany, ale swojego czasu np. grał Porgy’ego w premierze Porgy and Bess. A jego surowa wersja Unchained Melody pozwala na chwilę zapomnieć o zajechanym na śmierć nagraniu Prawych Braci i docenić piękno kompozycji.

♪ Todd Duncan – Unchained Melody

Skoro już o kompozycji mowa, to warto przypomnieć autora melodii – kompozytora filmowego Alexa Northa. Był odpowiedzialny za soundtracki do m.in. Skłóconych z życiem (The Misfits) i Tramwaju zwanym pożądaniem. Mnie zapadły w pamięć jego ścieżki dźwiękowe do Niewiniątek (The Children’s Hour) i Kto się boi Virginii Woolf. Tekst autorstwa niejakiego Hy Zareta robi już nieco mniejsze wrażenie, choć ciekawe jest zastosowanie w nim archaizmu „God speed” (God speed your love to me). Oznacza on coś w stylu „pomyślnej drogi”, a fani postrocka znają go w pisowni łącznej z nazwy Godspeed You! Black Emperor.

Co do innych, wcześniejszych nagrań, to pobieżny research na YouTube wskazuje, że wszystkie są mniej więcej takie same i różnią się co najwyżej stopniem przesłodzenia. Duża część tych wersji pochodzi z roku 1955, czyli kiedy film był jeszcze w kinach. Znośnym (według mnie) przykładem jest wykonanie Dorothy Collins, gwiazdy „złotego wieku telewizji”, zwanego też „kiedy amerykańska TV puszczała transmisje z filharmonii”.

♪ Dorothy Collins – Unchained Melody