Archive for the ‘Arcydzieła’ Category

dobry kawałek tego kolesia od dzwonka do komórek

23/09/2015

alhamba doreRecuerdos de la Alhambra (Wspomnienia Alhambry, 1896) Francisco Tárregi jest jednym z większych hitów na gitarę klasyczną, ale jakoś dopiero ostatnio go usłyszałem. Ten przepiękny utwór brzmi trochę jak zagrany na bałałajce, przez użytą w nim technikę tremolo. W tym sposobie gry na gitarze przebiera się szybko po strunach, jednocześnie grając drugą melodię kciukiem. Wygląda łatwo – na pewno szybko bym się nauczył, gdyby nauka gry na jakimś instrumencie nie była poniżej godności poważnego blogera muzycznego.

Hiszpański kompozytor Francisco Tárrega w ostatnich latach przeżywa mały renesans za sprawą popularnej melodii dzwonka do telefonów Nokia, wziętej z jego Gran Vals. O tym ostatnim utworze możecie przeczytać na świetnym blogu Spacerkiem po klawiszach.

Na obrazku Alhambra (Gustave Doré, 1874, stąd)

Reklamy

Mahler artystą jednego przeboju

01/10/2014

Franz von Stuck - Wiosna, 1909Wiedeński kompozytor okresu Secesji Gustav Mahler, jak każdy porządny artysta (Van Gogh, J.S. Bach, a w przyszłości zapewne Rush), doceniony został dopiero dobre pół wieku po śmierci. Wprawdzie nie umarł zapomniany i w biedzie, ale jednak jego długie symfonie nie podobały się jakoś specjalnie krytykom i publiczności przełomu XIX i XX wieku i radzono mu raczej, żeby trzymał się dyrygowania. Przewrażliwionego, jak każdy porządny artysta, Mahlera musiało to nieźle wkurzać. Podejrzewam też, że wkurzyłaby go też historia jego największego i w zasadzie jedynego przeboju: czwartej części V symfonii, o oznaczeniu tempa Adagietto, czyli „powolutku”.

Adagietto – dyryguje najważniejszy promotor twórczości Mahlera – Leonard Bernstein,

Adagietto – pierwsze nagranie, dyryguje kolega Mahlera Willem Mengelberg, 1926

Ukończona w 1902 roku siedemdziesięciominutowa V symfonia Mahlera jest, jak pozostałe jego symfonie, przemyślanym i ambitnym dziełem. Jednak po jej premierze Mahler narzekał, że nikt jej nie zrozumiał i w sumie miał rację. Uznano najwyraźniej, że „symfonia za długa, ale to Adagietto spoko”, bo często wykonywano potem samą czwartą część. Mahler powiedział też, że chciałby dyrygować symfonią za pięćdziesiąt lat, kiedy już zostanie zrozumiana. I faktycznie, kilka dekad po premierze cała V symfonia zaczęła się podobać ekspertom i publiczności prawie tak bardzo jak Mahlerowi. Ale w roku 1971 Adagietto pojawiło w filmie film Śmierć w Wenecji, który ponownie oderwał je od reszty dzieła i uczynił światowym hitem, zamieszczanym na składankach o tytułach typu Beautiful Adagios albo Classical Chillout.

Trudno zaprzeczyć, że Adagietto jest zasłużonym przebojem. Trwający, w zależności od interpretacji, od 7 do 12 minut fragment ma piękną, chociaż niezbyt łatwą do zanucenia melodię. Zdecydowanie nastraja ona do myślenia o rzeczach wzniosłych i oddalonych o tzw. szarej rzeczywistości: niebie, miłości, życiu pozagrobowym, jeleniach na rykowisku. Jeśli wierzyć wdowie po Mahlerze Almie, Adagietto miało być przeznaczonym dla niej instrumentalnym listem miłosnym. Oczywiście można też interpretować je bardziej dramatycznie, bo bardzo przypomina inny utwór Mahlera z tego samego okresu, mniej romantyczną a bardziej zagubioną pieśń z tekstem lubionego poety kompozytora, Friedricha Ruckerta: Ich bin der Welt abhanden gekommen, czyli Straciłem kontakt ze światem.

Pierwsze nagranie Ich bin der Welt abhanden gekommen, 1930

Gustav Mahler oczywiście chciałby, żebyśmy posłuchali całej V symfonii. W naszych zagonionych czasach znów można powiedzieć, że „za długa, ale Adagietto spoko”, ale polecam posłuchać przynajmniej wstępu z genialnym nawiązaniem do pierwszych taktów najbardziej znanej V symfonii – tej autorstwa Ludwiga „ta ta ta taaaaa” van Beethovena.

Cała V symfonia, występ dobrej jakości i zamieszczony oficjalnie – Pitsburgh Symphony Orchestra, 2011

Mahler VIII Symphonie PosterJeśli spodobało się Wam Adagietto, to informuję, że Mahler miał też więcej równie przebojowych kawałków, tylko nie zdobyły takiej popularności. Przykładem może być Sehr-Langsam Misterioso – tajemnicza (zgodnie z tytułem) pieśń z III symfonii z tekstem Fryderyka Nietzsche, też zresztą wykorzystana w Śmierci w Wenecji. Podobna w klimacie jest pieśń Urlicht z II symfonii kompozytora. Mahler pewnie nie chciałby, żeby słuchać wyciętych, kilkuminutowych fragmentów jego monumentalnych dzieł. Ale niestety II symfonia trwa 80 minut, a trzecia rekordowe 130. Skąd miał wiedzieć, że kolejne parę dekad po docenieniu jego twórczości nadejdzie pokolenie, które generalnie nie może się na niczym skupić?

Obrazki: Franz von Stuck – Wiosna, 1909 (Wikimedia Commons) oraz plakat reklamujący premierę VIII symfonii Mahlera pod batutą kompozytora (nie pamiętam, gdzie znalazłem)

 

Spisek mozartowski

19/01/2014

Plan MozartaZnany mason i pornograf Wolfgang Amadeusz Mozart (właśc. Wolfschanz Amadiew Mosche) napisał Masońską muzykę żałobną (Maurerische Trauermusik) w 1785 roku, co już powinno nas zmartwić, ponieważ odejmując 17 od 85 otrzymujemy 68 a dodawszy do tego liczbę części, na jakie kompozytor podzielił dzieło, otrzymamy szatański numer 69. Mozart napisał ten trwający około sześć (przypadek?) minut utwór na okazję śmierci dwóch braci masonów: księcia Mecklenburga-Strelitz oraz hrabiego Estherhazego von Galantha (właśc. von Gazetha) za granty Cesarstwa Brukselskiego. Nazwanie Masońskiej muzyki żałobnej „genialnym Requiem w skrócie” przez  liberalnego blogera Przemysława Jaślana (właśc. Pscheme Jascha) doskonale wpisuje się w nachalną propagandę siedzących w wiadomo czyjej kieszeni mediów. Kryszno-szyicko-teutońskie lobby nie od dziś każe odtwarzać publicznie utwory Mozarta, mimo ich niskiej wartości artystycznej i rozrywkowej. Co gorsza, płyty „Mozart For My Baby” uczą już od małego wrogich nam ideologii, nie mówiąc już o pojawiających się coraz częściej składankach „Mozart w łonie”. Te ostatnie powodują, że dzieci zdają się rodzić już masonami, co daję fałszywą amunicję retoryczną twierdzącym, ze masoństwo to cecha wrodzona, a nie zaś całkowicie uleczalny wynik szkodliwego wpływu kompozytora z Salzburga (właśc. Strasburga).

Obrazek z 1935 (ostateczny dowód na wszystko) z  tajnej strony „Wikipedia”.

Inne dowody:

Filharmonia Wiedeńska – Koncert pamięci niebędącego na szczęście członkiem żadnych niebezpiecznych organizacji Herberta von Karajana (1989)

Mniej znana orkiestra, lepsza jakość (Budapeszt, 2013)

Stary dorsz i morze

04/12/2013

William_Turner_-_Fishermen_at_Sea

Cztery interludia morskie (Sea Interludes, 1945) angielskiego kompozytora Benjamina Brittena brzmią tak, jak chciałbym, żeby brzmiała muzyka połowy XX wieku: niepokojąco, ale jednocześnie melodyjnie i, nie bójmy się tego słowa, pięknie. Niestety, najbardziej znani kompozytorzy powojennej klasyki (np. Penderecki albo Stockhausen) koncentrowali się na „niepokojąco”, argumentując, poniekąd słusznie, że doświadczywszy melomana Hitlera, nie można już tworzyć normalnej muzyki. Britten najwyraźniej nie zgadzał się z tym do końca, bo chociaż jego twórczość bywa mroczna jak nie wiem, to jednak da się jej słuchać dla przyjemności – taki symfoniczny odpowiednik Radiohead. Z prezentowanych dziś interludiów (Świt, Niedziela rano, Światło księżyca, Sztorm) najbardziej polecam Niedzielę rano:

Jak wskazuje nazwa, te orkiestrowe interludia pochodzą z większej całości, a konkretnie z opery Peter Grimes. Jej tytułowy bohater to oskarżony o morderstwo mieszkaniec nadmorskiej miejscowości i zarówno ponura tematyka, jak i nadmorskość przenikają do warstwy muzycznej. Jeśli komuś nie chce się słuchać całego utworu (notabene uważanego za największe osiągnięcie Brittena) bo np. nie lubi opery, to może spokojnie ograniczyć do piętnastominutowej suity Sea Interludes. Polecam ją każdemu, kto lubi powspominać nadmorskie klimaty: deszcz, wiatr, zatrucie rybą i  zachłyśnięcie słoną wodą.

♫ LINKI:

Sea Interludes – nagranie z 1948 roku (w domenie publicznej) u niejakiego Damiana. Empetrójka we wpisie jest właśnie stamtąd.

Fragmenty Interludiów w filmiku zapowiadającym wystawienie Petera Grimesa w Aldenborough – nadmorskim miasteczku, z którego pochodził Benjamin Britten.

Obrazek: William Turner – Rybacy na morzu (1796, Wikimedia Commons)

Mahler ziemisty Chińczyk

29/11/2013

Shen Zhou„Klątwa dziewiątej” to zdarzający się wśród kompozytorów syndrom nagłego i ostatecznego pogorszenia stanu zdrowia po napisaniu dziewiątej symfonii. Zaczęło się od Beethovena, który nie napisał już żadnej symfonii po tej z Odą do radości. Podobnie było np. z Dvořákiem i Brucknerem, więc w 1909 roku przesądny i neurotyczny Wiedeńczyk Gustav Mahler postanowił oszukać los, i swojej dziewiątej symfonii nie nazwał IX symfonią, tylko Das Lied von Der Erde (Pieśń o ziemi). Los mógł się naprawdę nie zorientować, bo Lied von der Erde nie przypomina za bardzo symfonii w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, czyli czysto orkiestrowego utworu w czterech, różniących się tempem, częściach.

Mahler, za przykładem Beethovena i jego „9”, lubił wstawiać pieśni do symfonii. W Das Lied von der Erde poszedł jednak na całość, bo dzieło składa się wyłącznie z sześciu pieśni z towarzyszeniem orkiestry. Połowę z nich śpiewa tenor (pan), połowę alt (pani), chociaż ten drugi głos dominuje czasowo. Za tekst posłużyły niemieckie tłumaczenia chińskich wierszy, w większości autorstwa Li Bai – legendarnego poety VIII w. n.e. Ich tematyka to: picie, młodość, samotność, piękno, znowu picie oraz pożegnanie. W warstwie muzycznej chińskich wpływów nie słychać jakoś bardzo, z wyjątkiem najbardziej pentatonicznej części trzeciej: Von der Jugend (O młodości). Jest to zarazem najkrótsza pieśń utworu, więc polecam ją na początek. Szczególnie podoba mi się, kiedy pan śpiewa „Wie der Rücken eines Tigers” (Niczym grzbiet tygrysa), bo zawsze się cieszę, kiedy słyszę niemiecki przypadek Genitivus:

Najsłynniejszym fragmentem Das Lied von der Erde jest natomiast jej ostatnia, najdłuższa część, śpiewana przez alt Der Abschied (Pożegnanie). Ta półgodzinna, niesamowicie smutna pieśń zajmowała w pierwszym nagraniu trzy płyty szelakowe i spokojnie obroniłaby się jako osobne dzieło. Podmiot liryczny żegna się, bo jedzie w góry w poszukiwaniu „spokoju dla samotnego serca”. Na końcu znajduje się optymistyczny w treści, ale niezbyt radośnie zaśpiewany fragment o ziemi: że co wiosnę się odnawia, oraz że wszystkie odległe krainy mają też błękitne niebo – wieeeecznie, wieeeecznie (eeeewig, eeeewig):

A cierpliwy los poczekał, aż Gustav Mahler ukończy właściwą IX symfonię, i dopiero wtedy załatwił kompozytora.

♫ LINKI:

Wspomniane pierwsze nagranie (1936, kolega Mahlera – Bruno Walter) na Internet Archive. Z tego źródła pochodzą zagnieżdżone we wpisie empetrójki.

Cała Lied von der Erde na YT, dyryguje największy promotor muzyki Mahlera, Leonard Bernstein.

Bernstein opowiada o utworze.

Obrazek: Górzysty krajobraz Lushan – Shen Zhou, 1467 (Wikimedia Commons)

W 50 minut dookoła Układu Słonecznego

29/09/2013

Cellarius_Harmonia_Macrocosmica_-_Haemisphaerium_Stellatum_Boreale_Antiquum

O Planetach (1918) Gustava Holsta pisałem już kilka razy, ale nigdy w formie porządnego wpisu z obowiązkowymi słabymi żartami. Czas więc to naprawić, bo dzieło to nie byle jakie – przebojowe, zróżnicowane i ambitne. Zainspirowane jest nie tyle astronomią, co jej nadal bardziej popularną poprzedniczką – astrologią. Każda część tej orkiestrowej suity odpowiada planecie Układu Słonecznego – a konkretnie wydarzeniom, które według astrologii zwiastują. Części tych jest siedem, bo nie uwzględnił ani niezwiastującej w astrologii niczego Ziemi, ani Plutona, bo tego podszywającego się pod planetę kamyka jeszcze wtedy nie odkryto.

Brytyjczyk Gustav Holst bardzo chciał walczyć w I wojnie światowej, ale się nie załapał ze względu na zdrowie. Więc przez cztery lata wojny kończył The Planets, rozpoczynające się od, jakżeby inaczej, Marsa, zwiastuna wojny. Sam Holst twierdził, że nie napisał Marsa pod wpływem światowych wydarzeń, bo skończył ten fragment jeszcze przed wybuchem konfliktu, ale my przecież wiemy lepiej. Mars to chyba najbardziej znany poza Wielką Brytanią utwór z Planet i ewidentnie zainspirował Johna Williamsa do napisania słynnego Marsza imperialnego z Imperium kontratakuje.

W Wielkiej Brytanii najpopularniejszą częścią Planet jest Jowisz, zwiastun wesołości – jeden z hitów dziwnej imprezy zwanej Last Night at the Proms. Jest to utwór raz skoczny, raz wzruszający, a czasami obie rzeczy na raz. Jowisz jest jedyną planetą, której nazwa znacznie odbiega od polskiej, więc utwór nazywa się Jupiter, the Bringer of Jolity. Dlaczego „zwiastun” to „bringer”, a nie „trailer”, nie wiem.Uranometria_1624-Equuleus

Wprawdzie Holst pisał o astrologii, ale aspektu astronomicznego nie da się pominąć. Dlatego też zastanawiano się np, dlaczego kolejność planet w utworze wprawdzie przypomina tę rzeczywistą, ale jednak nie do końca się zgadza. Tak czy inaczej Planety są idealnym soundtrackiem do czytania o astrofizyce. I trudno znaleźć lepszy utwór do kontemplowania coraz szybciej rozszerzającego się wszechświata niż odpowiadająca najdalszej planecie naszego układu ostatnia część The Planets: Neptun – mistyk. W tym tajemniczym fragmencie Holst zastosował na końcu genialny chwyt: chór żeński stojący w osobnym pomieszczeniu, do którego drzwi są być powoli zamykane. W czasach, kiedy nie znano jeszcze wyciszania utworów na płytach (najlepiej w najgłupszym możliwym momencie), musiało to robić jeszcze większe wrażenie niż dziś.

Dla osób, które już słuchały Planet, mam małą ankietę:

Początkujący słuchacz muzyki, który właśnie poznał Planety, na pewno chce wiedzieć, czy jest więcej takich kawałków: opisowych, w których dużo się dzieje. Wprawdzie żadne inne dzieło Gustava Holsta nie okazało się równie przebojowe, ale na szczęście mamy takie utwory jak Enigma Variations jego rodaka Edwarda Elgara, w którym każda część to muzyczny portret osoby z kręgu znajomych kompozytora. Równie barwna jest też orkiestrowa wersja Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego, gdzie inspiracją było malarstwo. Mogą się Wam też spodobać inne, ale też zróżnicowane i być może jeszcze bardziej przebojowe Carmina Burana Carla Orffa – orkiestrowo-chóralna fantazja na temat średniowiecznych tekstów, która wbrew pozorom nie składa się tylko z kawałka O fortuna.

Dodatkowe linki:

Holst dyryguje Jowiszem – ze starej płyty szelakowej

Całe Planety, dyr. E. Ormandy

Obrazki z mojej ulubionej strony Mapy nieba na Wikimedia Commons. Doceńcie zwłaszcza połączenie Ojca chrzestnego z flagą Australii.

Czar czterech strunek

24/08/2013

Böttcher lekcja muzyki 1860I suita wiolonczelowa J. S. Bacha jest interesująca z kilku powodów. Po pierwsze, utworów na samą wiolonczelę nie ma znowu aż tak dużo. Po drugie, Bach był pionierem, bo wiolonczela w jego epoce (tzn. baroku) była nowością. Po trzecie, początek I suity to jeden z najbardziej rozpoznawalnych kawałków Bacha. Po czwarte, cała seria sześciu suit na wiolonczelę Bacha, chociaż powstała najprawdopodobniej ok. roku 1720, spopularyzowana została dopiero w latach trzydziestych XX wieku przez katalońskiego wiolonczelistę Pau ew. Pablo Casalsa, w czym przypominają inny barokowy utwór – rozsławione dopiero po II wojnie światowej Cztery pory roku Vivaldiego.

Suity wiolonczelowe są też oczywiście ciekawe muzycznie – wiolonczela to nie fortepian i nie można na niej zagrać jednocześnie głównej linii melodycznej jak i akompaniamentu. Wspomniane w punkcie „po trzecie” hitowe Preludium z I suity dobrze ilustruje rozwiązanie tego problemu. Wiolonczela po prostu na zmianę gra melodię i akompaniament – coś co robi też przeciętny człowiek, kiedy mruczy piosenki. Całość, szczególnie w Preludium, daje złudzenie hipnotycznej wręcz spójności, choć efekt ten okupiony jest niezłym kombinowaniem ze strony i Bacha, i grającego.

Choć cała seria sześciu suit uważana jest za arcydzieło, to w praktyce słuchanie ich pod rząd może być nużące. Zainteresowanym resztą suit polecam słuchanie ich pojedynczo.

Cała I suita, gra Pau/Pablo Casals, lata 50-ta, jakaś katedra.

Andres Segovia gra własną transkrypcję Preludium na gitarę klasyczną. (patrz: komentarz Blahuuu)

Obrazek: Christian Eduard Böttcher – Lekcja muzyki (z Wiki)

Obrazki z wystawy Botticellego

13/01/2013

Z utworów muzyki klasycznej inspirowanych obrazami można ułożyć niezłą top 5 albo nawet top 20 (Musorgski – Obrazki z wystawy, Rachmaninow –  Wyspa umarłych, Hindemith – Sinfonie: Mathis der Maler, popatrzcie zresztą na odpowiedni wątek forum talkclassical). Dzisiaj chciałem polecić utwór mniej znany niż wyżej wymienione, a wcale nie gorszy: Triptico Botticelliano (1926) włoskiego kompozytora Ottorino Respighiego.

Jak sama nazwa wskazuje, utwór zainspirowało renesansowe malarstwo Sandra Botticellego, a konkretnie trzy dzieła, od których tytuły wzięły poszczególne części kompozycji: Wiosna, Pokłon trzech króli oraz Narodziny Wenus. Mnie najbardziej podoba się ostatnia część tryptyku Respighiego, ta o Wenus. La nascita di Venere brzmi jak Debussy, który poszedł na kompromis artystyczny, żeby go częściej grali w radiu. To miał być komplement.

Respighi znany jest przede wszystkim ze swojej „rzymskiej trylogii” poematów symfonicznych: Pinie rzymskie, Fontanny rzymskie i Święta rzymskie, z których najsłynniejsze są Pinie. Stosunkowo mała „znaność” Tryptyku Botticellego jest dla mnie niepokojąca – każe się zastanawiać, czy nie ma racji mój kolega, który przesłuchuje zawsze „dzieła zebrane” kompozytorów, bo a nuż te najbardziej znane i uznane wcale nie są najlepsze.

♪ Narodziny Wenus na YT

♪ Nagranie całości z 1952 roku na Todoperaweb (nie wszystkie nagrania na Todopera zamieszczone są legalnie, ale to akurat tak).

Szostakowicz piątkowicz

21/11/2012

Piąta symfonia Dymitra Szostakowicza to dla mnie najfajniejsza symfonia ever. Ma wszystko, co lubię – piękne melodie, napięcie i mroczną atmosferę.

Zaczyna się z akcentem na „napięcie” – pierwsza część jest go pełna i ma dwa niesamowite momenty, w których sekcja smyczkowa robi coś, co moja żona trafnie nazwała „przesileniem” (w poniższym nagraniu ok. 2:40 i 7:10)

Drugi fragment to taki dziwny, niepokojący walc. Jest to najkrótsza i najbardziej przebojowa część V symfonii.

Trzecia część to ponure, ponure adagio. W ZSRR, co tu dużo gadać, nie było za fajnie, szczególnie w 1937 roku.

Ostatni fragment V symfonii Szostiego daje się wyżyć stojącym z tyłu orkiestry perkusistom. Rzadko mówię „klasyki powinno się posłuchać na żywo” ale w końcówce tego utworu obserwowanie pracy tych niezauważanych bohaterów drugiego planu robi wyjątkowe wrażenie.

Piąta symfonia stała się przebojem w zasadzie od dnia premiery. Szostakowicz potrzebował takiego sukcesu, bo dopiero co został zjechany za zbyt „formalistyczną” (czytaj: awangardową) operę Lady Makbet mceńskiego powiatu w artykule autorstwa najprawdopodobniej samego Stalina. Pierwszym ważnym utworem kompozytora po tej krytyce była właśnie stosunkowo przystępna, choć jednocześnie smutna i interpretowana jako krytyka reżimu, V symfonia.

Niezależnie od aspektu politycznego, którego analizy urastają czasem do absurdalnych rozmiarów, Piątka Dymitra Szostakowicza to ponadczasowe arcydzieło na miarę Braci Karamazow Dostojewskiego albo Jeżyka we mgle (by trzymać się tylko Rosji).

Stokowski.org: pierwsze zachodnie nagranie, 1939 – dyryguje Leopold Stokowski (mp3)

YouTube: Kolega Szostakowicza Jewgienij Mrawiński dyryguje Orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej, 1983.

Obraz: Kazimierz Malewicz – Złe przeczucia, wzięty z Wiki

Piękny Prokofiew

16/06/2012

Gusta gustami, ale jeśli nie podoba się Wam środkowa część II koncertu skrzypcowego Sergieja Prokofiewa, to po prostu nie macie serca. Nie mam pojęcia, dlaczego fragment ten nie jest bardziej znany, bo osobiście umieściłbym go na każdej składance typu „Best Classical Melodies Ever”.

Andante assai, bo tak nazywa się wychwalany dziś kawałek, oznacza „bardzo umiarkowanie”, co oddaje jego spokojną naturę. Najpierw sekcja smyczkowa gra łagodne pizzicato (czyli plumkanie), a solowe skrzypce grają najtęskniejszą melodię wszechświata. Potem trochę (umiarkowanych) turbulencji, a na końcu zamiana ról: sekcja smyczkowa gra tę przepiękną melodię, a solista plumka.

Prokofiew napisał II koncert skrzypcowy w 1935 roku, czyli w swoim najlepszym okresie. Właśnie stworzył soundtrack do Porucznika Kiże, pracował nad baletem Romeo i Julia, a w ciągu następnych kilku lat miał jeszcze napisać bajkę muzyczną Piotruś i wilk oraz ścieżkę dźwiękową do Aleksandra Newskiego. Jest to, jak na razie, jedyny koncert skrzypcowy, który podoba mi się w całości – chociaż najczęściej oczywiście puszczam sobie Andante Assai.

LINKI:

Nagranie całego koncertu z 1952 roku.

Cały koncert na YT.

Część druga: Andante assai.

Odpowiednio ładna ilustracja to Autoportret Zinaidy Serebriakowej z r. 1909 (sic!).