Posts Tagged ‘przeboje muzyki klasycznej’

Klasyczna Telewizja Muzyczna 1

18/01/2017

poster_turandotKlasyczna Telewizja Muzyczna to nowa seria wpisów, w której bawię się w VJ-a. Robię prawie godzinną playlistę przebojów muzyki klasycznej na YouTube, a tutaj dopisuję pouczający i zabawny komentarz. Żeby było bardziej jak telewizja, będą to przed wszystkim filmy z występów (w tym wpisie raczej starych, potem zobaczę), a nie klipy z samym audio.

Oto link do playlisty Klasyczna Telewizja Muzyczna 1. Życzę miłego oglądania. A w programie:

• Zaczynamy od tzw. mocnego uderzenia – Dies Irae (Gniew Boży) z Requiem Verdiego. To requiem nie znajduje praktycznego zastosowania na mszach żałobnych ze względu na niebezpieczeństwo obudzenia zmarłego.

• Po tym całym gniewie, na uspokojenie, III część Kwintetu klarnetowego Brahmsa. Chociaż niektórych może wyprowadzić z równowagi fakt, że w kwintecie klarnetowym jest pięć razy mniej klarnetów, niż sugeruje nazwa.

• Osiem wiolonczel i sopran, czyli Bachianas Brasilieras nr 5 brazylijskiego kompozytora Heitora Villa-Lobosa. „Bachianas” – bo luźno zainspirowane Bachem. „Brasileiras” nie wiem, dlaczego.

sverchkov_troykazimoy8059• Prokofiew – Trojka ze suity z filmu Porucznik Kiże. Trojka to taki trójkonny zaprzęg. Zresztą już z samej muzyki można się domyślić, że chodzi o coś kuligowatego.

Preludium z I suity wiolonczelowej J.S. Bacha, ale w wersji dość hiszpańskiej bo zaaranżowane na gitarę przez wirtuoza (trochę mnie kusi, żeby napisać „tuza”) tego instrumentu Andresa Segovię.

• Aria Nessun dorma Pucciniego. Wielki przebój opery Turnadot i mundialu Italia ’90. W osobnym wpisie więcej na ten temat.

Nimrod z Enigma Variations Anglika Edwarda Elgara. Ten wzruszający utwór, chociaż nie jest z założenia żałobny, to w ojczyźnie kompozytora bywa używany przy smutnych okazjach:  pogrzebach, hołdach poległym żołnierzom oraz rozmyślaniu nad utraconym imperium.

svanhamnen_i_bland_tomtar_och_troll_1908• Na prawie finał ostatnia część V symfonii Fina Jeana Sibeliusa. Tę porywającą melodię, która pojawia się po około minucie, zainspirował widok szesnastu łabędzi wzbijających się do lotu. W siedzibie Placówki Krakowie widuje się często nawet po dwadzieścia wzbijających się do lotu gołębi, która to inspiracja zaowocowała klejnotem Nie przenoście nam stolicy do Krakowa.

• Na deser, ew. dobranoc, ograny ale i tak świetny hit fortepianowy – pierwszy Gymnopédie (czyt. żimnope’di) francuskiego awangardzisty Erika Satiego. Grecki termin „gymnopedia” oznaczał w Sparcie święto „tańca nagich młodzieńców” – duch imprezowy miał się w starożytnym świecie dobrze.

Obrazki: plakat reklamujący premierę opery Turandot w 1926 r. (stąd), Nikołaj Jegorowicz Swierczkow – Trojka zimą (stąd), John Bauer – ilustracja do Wśród gnomów i trolli (1908, stąd)

dobry kawałek tego kolesia od dzwonka do komórek

23/09/2015

alhamba doreRecuerdos de la Alhambra (Wspomnienia Alhambry, 1896) Francisco Tárregi jest jednym z większych hitów na gitarę klasyczną, ale jakoś dopiero ostatnio go usłyszałem. Ten przepiękny utwór brzmi trochę jak zagrany na bałałajce, przez użytą w nim technikę tremolo. W tym sposobie gry na gitarze przebiera się szybko po strunach, jednocześnie grając drugą melodię kciukiem. Wygląda łatwo – na pewno szybko bym się nauczył, gdyby nauka gry na jakimś instrumencie nie była poniżej godności poważnego blogera muzycznego.

Hiszpański kompozytor Francisco Tárrega w ostatnich latach przeżywa mały renesans za sprawą popularnej melodii dzwonka do telefonów Nokia, wziętej z jego Gran Vals. O tym ostatnim utworze możecie przeczytać na świetnym blogu Spacerkiem po klawiszach.

Na obrazku Alhambra (Gustave Doré, 1874, stąd)

Mahler artystą jednego przeboju

01/10/2014

Franz von Stuck - Wiosna, 1909Wiedeński kompozytor okresu Secesji Gustav Mahler, jak każdy porządny artysta (Van Gogh, J.S. Bach, a w przyszłości zapewne Rush), doceniony został dopiero dobre pół wieku po śmierci. Wprawdzie nie umarł zapomniany i w biedzie, ale jednak jego długie symfonie nie podobały się jakoś specjalnie krytykom i publiczności przełomu XIX i XX wieku i radzono mu raczej, żeby trzymał się dyrygowania. Przewrażliwionego, jak każdy porządny artysta, Mahlera musiało to nieźle wkurzać. Podejrzewam też, że wkurzyłaby go też historia jego największego i w zasadzie jedynego przeboju: czwartej części V symfonii, o oznaczeniu tempa Adagietto, czyli „powolutku”.

Adagietto – dyryguje najważniejszy promotor twórczości Mahlera – Leonard Bernstein,

Adagietto – pierwsze nagranie, dyryguje kolega Mahlera Willem Mengelberg, 1926

Ukończona w 1902 roku siedemdziesięciominutowa V symfonia Mahlera jest, jak pozostałe jego symfonie, przemyślanym i ambitnym dziełem. Jednak po jej premierze Mahler narzekał, że nikt jej nie zrozumiał i w sumie miał rację. Uznano najwyraźniej, że „symfonia za długa, ale to Adagietto spoko”, bo często wykonywano potem samą czwartą część. Mahler powiedział też, że chciałby dyrygować symfonią za pięćdziesiąt lat, kiedy już zostanie zrozumiana. I faktycznie, kilka dekad po premierze cała V symfonia zaczęła się podobać ekspertom i publiczności prawie tak bardzo jak Mahlerowi. Ale w roku 1971 Adagietto pojawiło w filmie film Śmierć w Wenecji, który ponownie oderwał je od reszty dzieła i uczynił światowym hitem, zamieszczanym na składankach o tytułach typu Beautiful Adagios albo Classical Chillout.

Trudno zaprzeczyć, że Adagietto jest zasłużonym przebojem. Trwający, w zależności od interpretacji, od 7 do 12 minut fragment ma piękną, chociaż niezbyt łatwą do zanucenia melodię. Zdecydowanie nastraja ona do myślenia o rzeczach wzniosłych i oddalonych o tzw. szarej rzeczywistości: niebie, miłości, życiu pozagrobowym, jeleniach na rykowisku. Jeśli wierzyć wdowie po Mahlerze Almie, Adagietto miało być przeznaczonym dla niej instrumentalnym listem miłosnym. Oczywiście można też interpretować je bardziej dramatycznie, bo bardzo przypomina inny utwór Mahlera z tego samego okresu, mniej romantyczną a bardziej zagubioną pieśń z tekstem lubionego poety kompozytora, Friedricha Ruckerta: Ich bin der Welt abhanden gekommen, czyli Straciłem kontakt ze światem.

Pierwsze nagranie Ich bin der Welt abhanden gekommen, 1930

Gustav Mahler oczywiście chciałby, żebyśmy posłuchali całej V symfonii. W naszych zagonionych czasach znów można powiedzieć, że „za długa, ale Adagietto spoko”, ale polecam posłuchać przynajmniej wstępu z genialnym nawiązaniem do pierwszych taktów najbardziej znanej V symfonii – tej autorstwa Ludwiga „ta ta ta taaaaa” van Beethovena.

Cała V symfonia, występ dobrej jakości i zamieszczony oficjalnie – Pitsburgh Symphony Orchestra, 2011

Mahler VIII Symphonie PosterJeśli spodobało się Wam Adagietto, to informuję, że Mahler miał też więcej równie przebojowych kawałków, tylko nie zdobyły takiej popularności. Przykładem może być Sehr-Langsam Misterioso – tajemnicza (zgodnie z tytułem) pieśń z III symfonii z tekstem Fryderyka Nietzsche, też zresztą wykorzystana w Śmierci w Wenecji. Podobna w klimacie jest pieśń Urlicht z II symfonii kompozytora. Mahler pewnie nie chciałby, żeby słuchać wyciętych, kilkuminutowych fragmentów jego monumentalnych dzieł. Ale niestety II symfonia trwa 80 minut, a trzecia rekordowe 130. Skąd miał wiedzieć, że kolejne parę dekad po docenieniu jego twórczości nadejdzie pokolenie, które generalnie nie może się na niczym skupić?

Obrazki: Franz von Stuck – Wiosna, 1909 (Wikimedia Commons) oraz plakat reklamujący premierę VIII symfonii Mahlera pod batutą kompozytora (nie pamiętam, gdzie znalazłem)

 

Nie spać, kibicować

12/07/2014

Italia_90_mascotPiłka nożna nie kojarzy się zwykle z „kulturą wysoką”. Jednak to właśnie mistrzostwa świata w piłce wyniosły przykład owej wysokiej kultury na szczyty popularności. Chodzi o arię operową Nessun dorma Giacomo Pucciniego, spopularyzowaną w 1990 roku przy okazji mundialu we Włoszech. Gospodarze turnieju, podobnie jak Polska na Euro 2012 (Koko koko Euro spoko), postanowili zaprezentować twórczość swojego kraju od najlepszej strony, zapraszając na występ w miarę znanego we Włoszech i wśród wielbicieli opery śpiewaka tenorowego Luciano Pavarottiego. Od tego czasu hit operowy Nessun dorma stał się hitem powszechnym, na jakiś czas odbierając nawet tytuł „najsłynniejszego włoskiego utworu” brązowego medaliście Eurowizji 1958 – Nel blu di pinto di blu (Volare).  A Pavarotti oraz jego koledzy z drużyny Trzech Tenorów (Jose Carreras i Placido Domingo) poszerzyli grono fanów o około połowę ówczesnej światowej populacji.

♪ Luciano Pavarotti na Italia ’90

♪ Pierwsze nagranie Nessun dorma, rok 1926 lub 1927, Alessandro Valente

„Nessun dorma” oznacza „niech nikt nie śpi”, akcja opery rozgrywa się w Pekinie, a śpiewa ją chiński książę Kalaf, który swoje mało chińskie imię zawdzięcza zapewne perskiemu pochodzeniu całej opowieści. Kalaf jest nieszczęśliwie zakochany w zimnej i nieczułej księżniczce Turandot. Wcześniej spełnił wymagania dawane kandydatom na męża księżniczki, odpowiadając na trzy zagadki, ale Turandot potem i tak nie chciała go poślubić. Zamiast znaleźć sobie sensowniejszy obiekt uczuć, na wysokości trzeciego i ostatniego aktu zdesperowany Kalaf wymyśla, że każe księżniczce odgadnąć swoje imię. Nie wiem, jak po dwóch aktach dalej go nie znała, ale w każdym razie gdyby zgadła, to Kalaf dałby jej spokój. Ale gdyby nie dowiedziała się przed upływem nocy, to miałaby dotrzymać poprzedniej obietnicy i go poślubić. Turandot, żeby nikt nie zapomniał, że jest zła i okrutna, pod groźbą śmierci zabroniła swojej służbie spać, bo mieli pomagać jej dowiedzieć się imienia księcia. No i stąd „nessun dorma”, a jeśli uważacie powyższą fabułę za głupią i nielogiczną, to jesteście chamami niegodnymi świątyni opery.Anna_May_Wong

W mundialowej wersji Nessun dorma (a także w wielu innych, np. w zamieszczonym tu pierwszym nagraniu) brakuje obecnej w wersji „albumowej” partii chóru (śpiewa ją ta służba, której nie wolno spać). Szkoda, bo moim zdaniem dodaje ona dużo dramatyzmu, jeśli oczywiście uda nam się zapomnieć o naciąganej fabule.

♪ Nessun dorma, wersja z chórem, Beniamino Gigli (szelakowa płyta z 1947 r.)

♪ Też z chórem, ciekawostka: Jan Kiepura śpiewa arię po niemiecku w jakimś filmie z lat trzydziestych

Nie tylko Włochom udało się wypromować włoską operę poprzez piłkę nożną. Od lat robią to kibice Holandii, wykonując na stadionie fragment Marsza triumfalnego z opery Giuseppe Verdiego Aida. Osobiście chciałbym jeszcze, żeby niemieccy fani śpiewali na meczach Cwałowanie Walkirii Wagnera, a jeszcze lepiej byłoby, gdyby (rzadko niestety obecni na międzynarodowych turniejach) Austriacy spróbowali sił w Arii Królowej Nocy Mozarta.

Na obrazkach pierwsza hollywoodzka gwiazda chińskiego pochodzenia Anna May Wong jako Turandot w teatralnej adaptacji opery (1937, Wikimedia Commons) oraz Ciao, maskotka mistrzostw świata w 1990 roku. Ostatnio czytałem, że rodzaj piłki służący maskotce za głowę używany był tylko w dwóch mundialach: w 1970 i ’74 roku, a i tak na zawsze wrył się w masową świadomość jako archetyp futbolówki. Piłka ta nazywała się Adidas Telstar, od nieco przypominającego ją sztucznego satelity, a czarno-biały układ łatek miał ułatwić zobaczenie jej na czarno-białym telewizorze. Tyle ciekawostek na dziś, możecie jeszcze pobrać sobie (legalnie, w formacie FLAC, ze strony CHARM) linkowane wcześniej na YT pierwsze nagranie Nessun dorma: pierwsza strona płyty (Nessun dorma), druga strona (inna aria z Turandot) i jeszcze nalepki: 1 i 2.

Stary dorsz i morze

04/12/2013

William_Turner_-_Fishermen_at_Sea

Cztery interludia morskie (Sea Interludes, 1945) angielskiego kompozytora Benjamina Brittena brzmią tak, jak chciałbym, żeby brzmiała muzyka połowy XX wieku: niepokojąco, ale jednocześnie melodyjnie i, nie bójmy się tego słowa, pięknie. Niestety, najbardziej znani kompozytorzy powojennej klasyki (np. Penderecki albo Stockhausen) koncentrowali się na „niepokojąco”, argumentując, poniekąd słusznie, że doświadczywszy melomana Hitlera, nie można już tworzyć normalnej muzyki. Britten najwyraźniej nie zgadzał się z tym do końca, bo chociaż jego twórczość bywa mroczna jak nie wiem, to jednak da się jej słuchać dla przyjemności – taki symfoniczny odpowiednik Radiohead. Z prezentowanych dziś interludiów (Świt, Niedziela rano, Światło księżyca, Sztorm) najbardziej polecam Niedzielę rano:

Jak wskazuje nazwa, te orkiestrowe interludia pochodzą z większej całości, a konkretnie z opery Peter Grimes. Jej tytułowy bohater to oskarżony o morderstwo mieszkaniec nadmorskiej miejscowości i zarówno ponura tematyka, jak i nadmorskość przenikają do warstwy muzycznej. Jeśli komuś nie chce się słuchać całego utworu (notabene uważanego za największe osiągnięcie Brittena) bo np. nie lubi opery, to może spokojnie ograniczyć do piętnastominutowej suity Sea Interludes. Polecam ją każdemu, kto lubi powspominać nadmorskie klimaty: deszcz, wiatr, zatrucie rybą i  zachłyśnięcie słoną wodą.

♫ LINKI:

Sea Interludes – nagranie z 1948 roku (w domenie publicznej) u niejakiego Damiana. Empetrójka we wpisie jest właśnie stamtąd.

Fragmenty Interludiów w filmiku zapowiadającym wystawienie Petera Grimesa w Aldenborough – nadmorskim miasteczku, z którego pochodził Benjamin Britten.

Obrazek: William Turner – Rybacy na morzu (1796, Wikimedia Commons)

W 50 minut dookoła Układu Słonecznego

29/09/2013

Cellarius_Harmonia_Macrocosmica_-_Haemisphaerium_Stellatum_Boreale_Antiquum

O Planetach (1918) Gustava Holsta pisałem już kilka razy, ale nigdy w formie porządnego wpisu z obowiązkowymi słabymi żartami. Czas więc to naprawić, bo dzieło to nie byle jakie – przebojowe, zróżnicowane i ambitne. Zainspirowane jest nie tyle astronomią, co jej nadal bardziej popularną poprzedniczką – astrologią. Każda część tej orkiestrowej suity odpowiada planecie Układu Słonecznego – a konkretnie wydarzeniom, które według astrologii zwiastują. Części tych jest siedem, bo nie uwzględnił ani niezwiastującej w astrologii niczego Ziemi, ani Plutona, bo tego podszywającego się pod planetę kamyka jeszcze wtedy nie odkryto.

Brytyjczyk Gustav Holst bardzo chciał walczyć w I wojnie światowej, ale się nie załapał ze względu na zdrowie. Więc przez cztery lata wojny kończył The Planets, rozpoczynające się od, jakżeby inaczej, Marsa, zwiastuna wojny. Sam Holst twierdził, że nie napisał Marsa pod wpływem światowych wydarzeń, bo skończył ten fragment jeszcze przed wybuchem konfliktu, ale my przecież wiemy lepiej. Mars to chyba najbardziej znany poza Wielką Brytanią utwór z Planet i ewidentnie zainspirował Johna Williamsa do napisania słynnego Marsza imperialnego z Imperium kontratakuje.

W Wielkiej Brytanii najpopularniejszą częścią Planet jest Jowisz, zwiastun wesołości – jeden z hitów dziwnej imprezy zwanej Last Night at the Proms. Jest to utwór raz skoczny, raz wzruszający, a czasami obie rzeczy na raz. Jowisz jest jedyną planetą, której nazwa znacznie odbiega od polskiej, więc utwór nazywa się Jupiter, the Bringer of Jolity. Dlaczego „zwiastun” to „bringer”, a nie „trailer”, nie wiem.Uranometria_1624-Equuleus

Wprawdzie Holst pisał o astrologii, ale aspektu astronomicznego nie da się pominąć. Dlatego też zastanawiano się np, dlaczego kolejność planet w utworze wprawdzie przypomina tę rzeczywistą, ale jednak nie do końca się zgadza. Tak czy inaczej Planety są idealnym soundtrackiem do czytania o astrofizyce. I trudno znaleźć lepszy utwór do kontemplowania coraz szybciej rozszerzającego się wszechświata niż odpowiadająca najdalszej planecie naszego układu ostatnia część The Planets: Neptun – mistyk. W tym tajemniczym fragmencie Holst zastosował na końcu genialny chwyt: chór żeński stojący w osobnym pomieszczeniu, do którego drzwi są być powoli zamykane. W czasach, kiedy nie znano jeszcze wyciszania utworów na płytach (najlepiej w najgłupszym możliwym momencie), musiało to robić jeszcze większe wrażenie niż dziś.

Dla osób, które już słuchały Planet, mam małą ankietę:

Początkujący słuchacz muzyki, który właśnie poznał Planety, na pewno chce wiedzieć, czy jest więcej takich kawałków: opisowych, w których dużo się dzieje. Wprawdzie żadne inne dzieło Gustava Holsta nie okazało się równie przebojowe, ale na szczęście mamy takie utwory jak Enigma Variations jego rodaka Edwarda Elgara, w którym każda część to muzyczny portret osoby z kręgu znajomych kompozytora. Równie barwna jest też orkiestrowa wersja Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego, gdzie inspiracją było malarstwo. Mogą się Wam też spodobać inne, ale też zróżnicowane i być może jeszcze bardziej przebojowe Carmina Burana Carla Orffa – orkiestrowo-chóralna fantazja na temat średniowiecznych tekstów, która wbrew pozorom nie składa się tylko z kawałka O fortuna.

Dodatkowe linki:

Holst dyryguje Jowiszem – ze starej płyty szelakowej

Całe Planety, dyr. E. Ormandy

Obrazki z mojej ulubionej strony Mapy nieba na Wikimedia Commons. Doceńcie zwłaszcza połączenie Ojca chrzestnego z flagą Australii.

Czar czterech strunek

24/08/2013

Böttcher lekcja muzyki 1860I suita wiolonczelowa J. S. Bacha jest interesująca z kilku powodów. Po pierwsze, utworów na samą wiolonczelę nie ma znowu aż tak dużo. Po drugie, Bach był pionierem, bo wiolonczela w jego epoce (tzn. baroku) była nowością. Po trzecie, początek I suity to jeden z najbardziej rozpoznawalnych kawałków Bacha. Po czwarte, cała seria sześciu suit na wiolonczelę Bacha, chociaż powstała najprawdopodobniej ok. roku 1720, spopularyzowana została dopiero w latach trzydziestych XX wieku przez katalońskiego wiolonczelistę Pau ew. Pablo Casalsa, w czym przypominają inny barokowy utwór – rozsławione dopiero po II wojnie światowej Cztery pory roku Vivaldiego.

Suity wiolonczelowe są też oczywiście ciekawe muzycznie – wiolonczela to nie fortepian i nie można na niej zagrać jednocześnie głównej linii melodycznej jak i akompaniamentu. Wspomniane w punkcie „po trzecie” hitowe Preludium z I suity dobrze ilustruje rozwiązanie tego problemu. Wiolonczela po prostu na zmianę gra melodię i akompaniament – coś co robi też przeciętny człowiek, kiedy mruczy piosenki. Całość, szczególnie w Preludium, daje złudzenie hipnotycznej wręcz spójności, choć efekt ten okupiony jest niezłym kombinowaniem ze strony i Bacha, i grającego.

Choć cała seria sześciu suit uważana jest za arcydzieło, to w praktyce słuchanie ich pod rząd może być nużące. Zainteresowanym resztą suit polecam słuchanie ich pojedynczo.

Cała I suita, gra Pau/Pablo Casals, lata 50-ta, jakaś katedra.

Andres Segovia gra własną transkrypcję Preludium na gitarę klasyczną. (patrz: komentarz Blahuuu)

Obrazek: Christian Eduard Böttcher – Lekcja muzyki (z Wiki)

Szostakowicz piątkowicz

21/11/2012

Piąta symfonia Dymitra Szostakowicza to dla mnie najfajniejsza symfonia ever. Ma wszystko, co lubię – piękne melodie, napięcie i mroczną atmosferę.

Zaczyna się z akcentem na „napięcie” – pierwsza część jest go pełna i ma dwa niesamowite momenty, w których sekcja smyczkowa robi coś, co moja żona trafnie nazwała „przesileniem” (w poniższym nagraniu ok. 2:40 i 7:10)

Drugi fragment to taki dziwny, niepokojący walc. Jest to najkrótsza i najbardziej przebojowa część V symfonii.

Trzecia część to ponure, ponure adagio. W ZSRR, co tu dużo gadać, nie było za fajnie, szczególnie w 1937 roku.

Ostatni fragment V symfonii Szostiego daje się wyżyć stojącym z tyłu orkiestry perkusistom. Rzadko mówię „klasyki powinno się posłuchać na żywo” ale w końcówce tego utworu obserwowanie pracy tych niezauważanych bohaterów drugiego planu robi wyjątkowe wrażenie.

Piąta symfonia stała się przebojem w zasadzie od dnia premiery. Szostakowicz potrzebował takiego sukcesu, bo dopiero co został zjechany za zbyt „formalistyczną” (czytaj: awangardową) operę Lady Makbet mceńskiego powiatu w artykule autorstwa najprawdopodobniej samego Stalina. Pierwszym ważnym utworem kompozytora po tej krytyce była właśnie stosunkowo przystępna, choć jednocześnie smutna i interpretowana jako krytyka reżimu, V symfonia.

Niezależnie od aspektu politycznego, którego analizy urastają czasem do absurdalnych rozmiarów, Piątka Dymitra Szostakowicza to ponadczasowe arcydzieło na miarę Braci Karamazow Dostojewskiego albo Jeżyka we mgle (by trzymać się tylko Rosji).

Stokowski.org: pierwsze zachodnie nagranie, 1939 – dyryguje Leopold Stokowski (mp3)

YouTube: Kolega Szostakowicza Jewgienij Mrawiński dyryguje Orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej, 1983.

Obraz: Kazimierz Malewicz – Złe przeczucia, wzięty z Wiki

E.E.E.V.

20/02/2012

Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze nie było porządnego wpisu o Enigma Variations wybitnego angielskiego kompozytora Edwarda Elgara. To piękna i przystępna rzecz, idealna na jedną z list typu „muzyka klasyczna dla początkujących/nieśmiałych/opornych/metali”, które tak bardzo lubię. I doskonały utwór dla wielbicieli takich barwnych przebojów klasyki, jak Planety Holsta czy Obrazki z wystawy Musorgskiego.

Enigma Variations napisane zostały w 1899 roku i zapoczątkowały renesans brytyjskiej muzyki klasycznej. Ich pełny tytuł to Variations on an Original Theme, czyli że Elgar użył jako podstawy wariacji własnej melodii, a nie, jak to się zwykło robić, cudzej. „Enigma” wzięła się stąd, że za tytułami poszczególnych części (typu „W.M.B.” albo „W.M.”) kryją się portrety znajomych kompozytora. Choć podobno prawdziwą enigmą jest motyw (muzyczny albo literacki albo nie wiadomo), jaki Elgar miał ukryć w kompozycji i którego nikomu nie udało się znaleźć.

Już wstęp Enigma Variations – temat późniejszych wariacji – rozwala. Po chwili przechodzi w przepiękną pierwszą, pantoflarsko poświęconą żonie Elgara, wariację (C.A.E. – Caroline Alice Elgar). W sumie w pół godziny słyszymy piętnaście przebojowych miniatur, w tym wspaniale mroczne R.P.A. i najdłuższą, finałową E.D.U. – autoportret kompozytora.

Najbardziej znaną częścią Enigma Variations jest przejmująca dziewiąta wariacja (zwykle dziesiąta ścieżka na płycie): Nimrod. Ma to być muzyczny obraz rozmów o wolnych fragmentach Beethovena, które Elgar prowadził z wydawcą muzyki Alfredem Jaegerem. Jäger to po niemiecku”myśliwy”, a Nimrod, ew. Nemrod to w mitologii myśliwy – baaaardzo pomysłowe.

♫ LINKI:

Bardzo dobre nagranie z 1947 roku – Halle Orchestra, dyr. John Barbirolli. Format FLAC, więc potrzebny Foobar albo VLC, ew. LAME, żeby przerobić na mp3. Ze strony CHARM.

Początek pełnej wersji Enigma Variations na YT – dyr. Leonard Bernstein.

♪ Coś ultrabrytyjskiego i wzruszającego: Nimrod grany przez wojskową orkiestrę w Rememberence Sunday (czyli dla poległych).

♪ Bardziej standardowa wersja Nimrod (G. Solti, LPO).

Fota u góry: Julia Margaret Cameron – Szept muzy (1865)

W odlewni

17/12/2011

Właśnie się zorientowałem, że w poprzednim wpisie zapomniałem o jednym ważnym kawałku związanym z pracą, a mianowicie o Odlewni stali (aka Zawod: muzyka maszin) Aleksandra Mosołowa. To wyjątkowo mocna rzecz – futurystyczny radziecki industrial z 1927 roku. Jednym z ważniejszych instrumentów jest tu kawał blachy, co oznacza, że Einstürzende Neubauten nie byli na tym polu pierwsi.

Mimo braku chwytliwej melodii, trzyminutowa Odlewnia stali stała się sporym hitem, także na Zachodzie. Nic dziwnego – wciąga jak maszyna fabryczna pechowego pracownika.

Linkuje do dwóch starych nagrań (prawa autorskie już wygasły):

1. Nagranie z 1936 roku na Internet Archive  (niezła jakość).

2. Amerykańska składanka „nowoczesnej muzyki rosyjskiej” (też z lat trzydziestych) na świetnym blogu The Shellackophile (okładka obok).

Obrazek: „Cztery działania arytmetyczne”, El Lissitzki, 1928 z Wikipaintings