Archive for the ‘Poważna’ Category

Top 7: Robotyka

17/02/2020

automatic lover.jpg

Roboty to pomocne i praktyczne maszyny, które nas najpierw zastąpią, a potem zabiją. Oto, w porządku chronologicznym, siedem przykładów muzyki zainspirowanej naszymi blaszanymi kolegami.

Leo Delibes – Coppelia: Musique des automates* (1870) Zanim czechosłowacki tuz literatury Karel Čapek wprowadził słowo „robot”, mieliśmy „automaty”. Tytułowa Coppelia to „dziewczyna o szklanych oczach”, którą skonstruował lokalny Adam Słodowy, doktor Coppelius.

Jamie Horton – Robot Man (1960) Tranzystorowy narzeczony: nie zdradza, nie rzuca, nie mansplainuje.

Kraftwerk – Die Roboter (1978) Zespół bardziej zelektronizowany niż Estonia. Tytułowe roboty śpiewają Wir funktionier’n automatik / jetzt woll’n wir tanzen mechanik, czyli  Działamy automatycznie / pójdziemy w tan mechanicznie**.

Dee D. Jackson – Automatic Lover (1978) Futuro-disco o blaszanym adoratorze. Nie mlaszcze, nie beka, ale też nie grzeje.

Tubeway Army – Are ‚Friends’ Electric? (1979) Nowofalowy przebój na temat: „Drogie Bravo, czy moja dziewczyna jest robotem?”

Electric Light Orchestra – Yours Truly 2095 (1981) Mocne pół-disco, trochę wzorowane  na Video Killed the Radio Star. „Drogie Bravo, moja Robocikdziewczyna jest robotem.”

Vangelis – Blade Runner, napisy końcowe (1982) Łowcę androidów nakręcono na podstawie powieści Philipa K. Dicka, która zainspirowała także wspominaną wcześniej piosenkę Tubeway Army. Książki nie czytałem, ale chyba jest o tym, jak trudno rozpoznać, kto jest człowiekiem, a kto androidem. Pisarz niby taki wizjoner, a nie przewidział, że wymyślimy ten test, co się klika w kwadracik.

Autobsztyfikant z panią i wierszykiem pochodzi z magazynu „As” z 29 stycznia 1939 r. Dodam, że znalezionego w krakowskim antykwariacie Abecadło, który polecam. Robocik z Lego mojej konstrukcji.

Jeśli macie własne propozycje, to piszcie śmiało w komentarzach, oczywiście kliknąwszy wcześniej w kwadracik „nie jestem robotem”.

* „Muzyka automatów” to tylko pierwsze dwie minuty linku.
** Jeśli się niepoprawnie zaakcentuje, to można zaśpiewać.

Weź króla na spacer

31/01/2020

René_d'Anjou_Livre_des_tournois_France_Provence_XVe_siècle_Barthélemy_d'Eyck2.jpg

Czy masz już dosyć kwartetów smyczkowych? Spróbuj kwintetów dętych. Kwintet dęty składa się z czterech instrumentów dętych drewnianych – fagotu, fletu, oboju i klarnetu – oraz zupełnie niedrewnianej i wyglądającej podejrzanie w tym towarzystwie waltorni. Mój ulubiony utwór tej kategorii to La cheminée du roi René (1941) Dariusa Milhaud.

Francuski kompozytor skompilował Spacer króla Rene ze swojego soundtracku do filmu Cavalcade d’amour, w którym pojawia się tytułowy XV-wieczny władca – Rene Andegaweński. Cały utwór trwa tylko ok. 12 minut, a jego poszczególne części ilustrują różne rzeczy, które sympatyczny monarcha widzi podczas swojej przechadzki, np. żonglerów i turniej rycerski. To ostatnie było wyjątkowo ważne dla króla Rene – napisał nawet traktat o zasadach tej pasjonującej dyscypliny sportowej.

Cz. VII (ostatnia) Madrigal-Nocturne:

Kompozycja raczej nie przypomina twórczości z okresu panowania Rene Andegaweńskiego, ale nie jest też podobna do dzieł dwudziestowiecznych konkurentów Milhaud. Można więc powiedzieć, że brzmi jak Brothers in Arms dla słuchaczy Trójkowego Topu Wszech Czasów, czyli ponadczasowo.Cover

Darius Milhaud (czyt. mi’jo) w ogóle był fajnym kompozytorem, bo jak przystało na członka paryskiej bohemy, lubił eksperymentować, ale zarazem nie przeszkadzało mu to w pisaniu całkiem przebojowych utworów. Posłuchajcie jego słynnego Le creation de monde (1923), zainspirowanego afrykańskimi mitami kreacyjnymi. W mieszaniu muzyki symfonicznej z jazzem wyprzedziło o rok Błękitną rapsodię Gershwina.

Powiedzmy sobie szczerze, nie wszystkich twórców zeszłego stulecia charakteryzowało takie szczęśliwe połączenie szaleństwa i melodii. Tak, to o tobie, Webern, nie chowaj się za paprotką.

Instrukcja jak przyczepić czapeczkę-kotka do hełmu z Traktatu o formach i przepisach turniejowych Króla Rene (rysował kto inny), fragment dźwiękowy i okładka z tego nagrania na Internet Archive.

Quiz muzyczny 2

19/01/2020

 

1958logo.jpgPierwszy quiz cieszył się względnym powodzeniem, więc oto następny. Mam nadzieję, że będzie nieco przyjaźniejszy niż poprzedni.

1. Jaki utwór zajął dopiero trzecie miejsce w Eurowizji w 1958 r., ale i tak stał się jedną z najsłynniejszych włoskich piosenek? Wystarczy najkrótsza wersja tytułu.

2.Trzecia symfonia którego polskiego kompozytora stała się światowym przebojem w pierwszej połowie lat 90-tych?
a) Henryka Góreckiego
b) Wojciecha Kilara
c) Krzysztofa Pendereckiego
d) Zbigniewa Preisnera

3. Który singiel Radiohead zawiera melodię z piosenki innego zespołu?

4. Który film zainspirował opus magnum The Trammps – Disco Inferno?
a) Pali się moja panno
b) Płonący wieżowiec
c) Rydwany ognia
d) Ogniem i mieczem

5. Do jakiej książki nawiązuje piosenka Sympathy for the Devil Rolling Stonesów?

6. Bonusowe pytanie niemuzyczne: Jakie zwierzęta są potomkami dinozaurów?

Odpowiedzi niżej.

(more…)

Wróżki, elfy, jeże

12/01/2020

Midsummer

Długo unikałem utworów Feliksa Mendelssohna. Kojarzył mi się wyłącznie z Marszem weselnym – tak ogranym, że potrafi zniechęcić nie tylko do kompozytora, ale do muzyki klasycznej w ogóle, a nawet do małżeństwa. Marsz weselny stanowi część muzyki do inscenizacji Snu nocy letniej Williama Szekspira, której ze względu na wspomniany marsz, unikałem z całego dorobku Mendelssohna najbardziej.

Wszystko zmieniło się, kiedy pierwszy raz usłyszałem Uwerturę do „Snu nocy letniej” (1827). To znaczy, już wcześniej musiałem ją słyszeć, ale po raz pierwszy ze świadomością, że to Mendelssohn. Nie ma w niej Marsza weselnego, są za to wszystkie składniki bajkowego lasu, w którym rozgrywa się komedia Szekspira – wróżki, elfy, jeże, pajęczyny, mech, paprocie, chrobotek, świetliki, żuczki itp.

osiołekUwertura zaczyna się od pięknych, granych przez instrumenty dęte, łagodnych akordów, które zdają się mówić „paprocie we mgle” jeszcze bardziej niż słowa „paprocie we mgle”. Stopniowo robi się coraz bardziej dynamicznie, a po ok. 3 minutach od początku pojawia się wspaniały riff zakończony orkiestrową interpretacją ryku osła. Ten ryk to nie przypadek, bo jeden z bohaterów Snu nocy letniej zostaje w to zwierzę zamieniony. Szekspirowi nieobce było słynne brytyjskie poczucie humoru.

Mendelssohn napisał Uwerturę jako osobny utwór, taki poemat symfoniczny zainspirowany Snem nocy letniej. Miał wtedy, w co trochę trudno uwierzyć, 17 lat. Dopiero kilkanaście lat później skomponował właściwą muzykę ilustracyjną do komedii Szekspira, korzystając z motywów z Uwertury i doczepiając ją na początek przedstawienia.

Oprócz Marsza weselnego, którego nadal nie mogę, cały ten soundtrack wydaje mi się genialny. Moim ulubionym fragmentem jest Lied mit Chor (Pieśń z chórem), gdzie śpiewają nawet o jeżach i traszkach. Najbardziej podoba mi się jej niemieckojęzyczna wersja, która, chociaż to przekład, jednak jest oryginałem, bo to do niej kompozytor pisał muzykę. Kraftwerk też wolę po niemiecku, ale to chyba nie na temat.

Polecam również części Scherzo oraz Finale. Ta druga zaczyna się i kończy wspominanymi paprociowymi akordami z Uwertury.mendelssohn fricsay.jpg

A wracając do nieszczęsnego Marsza weselnego, to jak wszyscy wiemy z filmów, w amerykańskiej kulturze często występuje w parze z Treulich geführt, znanym też jako „Here comes the bride”. Ta druga melodia pochodzi z opery Richarda Wagnera, który Mendelssohna nienawidził ze względu na jego żydowskie pochodzenie. Więc podczas każdego amerykańskiego wesela Wagner zapewne przewraca się w grobie, ale w sumie dobrze mu tak.

Obrazek u góry pochodzi z dość niesamowitej ekranizacji Snu nocy letniej z 1935 roku (z muzyką Mendelssohna, oczywiście), okładki z Discogs.

 

Top 10: Deszcz

01/06/2019

Hiroshige_Atake_sous_une_averse_soudaineDeszcz jest naturalnym i przydatnym zjawiskiem, co nie zmienia faktu, że to zjawisko bardzo bolesne, do którego gatunek ludzki w ogóle nie jest przystosowany. Powstało o nim tyle piosenek, że samych tylko utworów o deszczu wymieszanym ze łzami wystarczyło na osobną listę. A poniższe zestawienie będzie już o samych opadach, bez fizjologicznych dodatków.

Cliff Edwards (Ukulele Ike) – Singin’ in the Rain (1929) Zanim w 1952 r. rozsławił go Gene Kelly w Deszczowej piosence, utwór pojawił się w filmie-rewii Hollywood Revue of 1929. Podmiotem lirycznym jest element wywrotowy, którego deszcz uszczęśliwia. „Pewnie pijany” – chciałoby się powiedzieć.

Flash and the Pan – Walking in the Rain (1978) W odróżnieniu od poprzedniej piosenki, ponure Walking in the Rain australijskiego duetu Flash and the Pan prezentuje naturalną reakcję zdrowej, wrażliwej jednostki na opady atmosferyczne.

Fryderyk Chopin – Preludium nr 15 – „Deszczowe” (1839) Utworów na temat deszczu w muzyce klasycznej wcale nie jest aż tak dużo, jeśli wyeliminować te trzysta o burzach (o których będzie osobna lista). Najbardziej znane jest Preludium nr 15 ze świetnego zbioru 24 preludiów. Chopin nie nazwał go „Deszczowym”, zrobił to już po śmierci kompozytora pianista Heinz von Bülow i tak się przyjęło. Prawdopodobnie deszcz faktycznie inspirował tu słynnego żelazowowolanina, ale nie wiemy tego na sto procent. Być może sam Chopin nazwałby piętnaste preludium, no nie wiem, „Georges Sand jest fajna”?

Tradycyjna kompozycja chińska „Krople deszczu spadają na liście bananowca” (dawno)  Banany, podobnie jak cytryny, pochodzą właśnie z Azji. Placówka postępu uczy i bawi.

Ann Peebles – I Can’t Stand the Rain (1973) Instrumenty smyczkowe efektownie naśladują deszcz, a pani jest przygnębiona, ale nie przez sam deszcz, tylko dlatego, że pogoda przypomina jej jakieś „słodkie wspomnienia”. Ciekawe jakie? Czy dawny ukochany kojarzył jej się z deszczem, bo na pytanie „Co słychać?” zawsze odpowiadał „No normalnie padam!”?

Irma Thomas – It’s Raining (1961) W tym pięknym utworze odgłos deszczu wykonuje nie orkiestra smyczkowa, lecz chórek – paszczowo.

Petula Clark – La gadoue (1966) Europejskie gwiazdy estrady lat sześćdziesiątych często śpiewały również w językach zaprzyjaźnionych krajów. Tu, na przykład, Brytyjka Petula „Downtown” Clark śpiewa niesamowicie przebojową kompozycję Serge’a Gainsbourga. Tytuł oznacza skutek uboczny deszczu – błoto. „Z deszczu pod błoto”, ciśnie się na usta.

The Carpenters – Rainy Days and Mondays (1971) Karen Carpenter, najsmutniejszy głos pop music, żali się, że przygnębiają ją deszczowe dni i poniedziałki. Deszcz, jak wspominałem, jest zjawiskiem naturalnym, natomiast brzemię poniedziałku sami sobie, jako cywilizacja, narzuciliśmy.

Henri_Rousseau_-_Un_matin_de_pluie.jpg

Nick Cave & The Bad Seeds – The Carny (1986) Utwór pokazuje, że cyrkowe życie to nie tylko baloniki i wata cukrowa. Tytułowy kuglarz odszedł nie wiadomo dokąd, a reszta trupy niespecjalnie za nim tęskni. Został po nim tylko koń, którego właściciel cyrku decyduje się zastrzelić. Kobyła, o pasującym imieniu Sorrow (pol. Nasza szkapa) zakopana zostaje w płytkim grobie, a ponieważ przez całą piosenkę leje deszcz, wkrótce z niego wypływa – na pastwę kruków, wron.

Ewa Demarczyk – Deszcze (1967) Na podstawie wiersza Baczyńskiego z 1943 roku – czasu, gdy deszcz był zdecydowanie jednym z drobniejszych zmartwień.

Obrazki: Hiroshige – Wieczorna ulewa nad Wielkim Mostem i Atake z cyklu Sto drzeworytów zainspirowanych piosenkami Flash and the Pan z oraz Celnik Rousseau: Poranek w deszczu, oba z Wikimedia Commons.

Klasyczne radio w starym stylu – playlista

04/04/2019

playlista pani z panem.jpgCzy macie skłonności eskapistyczne? Czy chcecie odizolować się od współczesnego świata i udawać, że są np. lata pięćdziesiąte, tylko nie w PRL i bez różnych ówczesnych, a zażegnanych już dawno niedogodności, w rodzaju zagrożenia wojną, niezaszczepionych dzieci czy rasizmu? Jeśli tak, to playlista Old Time Classical Radio, mająca nawiązać do złotych lat radia amerykańskiego i brytyjskiego, jest dla Was.

Playlista Old Time Classical Radio na Spotify

Tę wielogodzinną playlistę-radyjko zacząłem tworzyć na własne potrzeby, ale pomyślałem, że uszczęśliwię nią ogół. Składa się na nią lekka, orkiestrowa muzyka poważna, w większości z okresu romantyzmu i wczesnego XX wieku. Darowałem sobie koncerty z partią solową, śpiew (nie licząc jakichś niegroźnych chórków) oraz muzykę fortepianową i kameralną. Chociaż znajdziecie czasem transkrypcje na orkiestrę dwóch ostatnich gatunków, m.in. symfoniczną wersję trzeciego Gymnopedie Satiego, którą jej twórca Debussy nazwał „pierwszym” Gymnopedie, pewnie po to, żeby chociaż jedna rzecz była w tym utworze trudna i niezrozumiała.

smetana szell.jpg

Starałem się, aby było kolorowo i różnorodnie. Znajdziecie więc tylko kilka fragmentów symfonii, ale za to wiele kawałków baletowych oraz mojej ulubionej formy muzyki klasycznej: poematów symfonicznych. Na playliście pełno francuskiego impresjonizmu w rodzaju Debussy’ego i Ravela oraz rosyjskich fajerwerków w stylu Rimskiego-Korsakowa. Dużo usłyszycie też inspiracji środkowoeuropejskim folklorem (Brahms, Dworzak) i taniego pseudo-orientalizmu (chyba ze dwudziestu kompozytorów). Jest też trochę muzyki obu Ameryk, często zawierającej wpływy latynoskie. I całkiem sporo twórczości inspirowanej Hiszpanią, czasem nawet z Hiszpanii. Dość sporą grupę tworzą kompozytorzy  niespodziewanego zagłębia melodyjnej muzyki orkiestrowej – Wielkiej Brytanii pierwszych dekad XX wieku (Delius z kolegami).

gershwin american in paris.jpgAby było jeszcze bardziej eskapistycznie, wybrałem stare nagrania, większości z lat pięćdziesiątych, więc czasem trochę szumi albo nawet odrobinę trzeszczy (nazywamy to „ciepłym brzmieniem”). Ale wszystko w granicach rozsądku, bo wiem, że nie każdy lubi, jak mu trzeszczy, szczególnie w słuchawkach. W tych nielicznych przypadkach, kiedy to było możliwe, starałem się też dobierać ładne, oryginalne okładki. Lata pięćdziesiąte były wspaniałym okresem pod tym względem, szczególnie jeśli lubicie, kiedy ładna pani jest przemycona na okładkę bez względu na zawartość albumu.

Większość utworów jest znana i lubiana, ale opuściłem te najbardziej wyświechtane (np. Bolero) lub obciążone skojarzeniami cmentarnymi (np. Adagio for Strings). Dorzuciłem też kilka mniej słynnych rzeczy, ale tak ładnych i przebojowych, że bez problemu pasują do playlisty (np. Our Town Aarona Coplanda). Kolejność jest raczej przypadkowa, więc najlepiej po prostu wcisnąć „odtwarzaj losowo” i dać się zaskoczyć Villa-Lobosowi, zadziwić Lisztowi albo zbałamucić Rachmaninowowi.

Oczywiście, jeśli macie pomysły, co jeszcze dodać do (ew. usunąć z) radyjka, to piszcie śmiało.

Obrazek do playlisty nie wiem skąd

 

top 5: arie operowe, które musisz znać

02/09/2018

Czy kiedykolwiek zdarzyło się Wam nie znać tytułu lub kompozytora popularnej arii operowej i w rezultacie narazić się na ostracyzm? Poniższa lista ma na celu zapobiec takim przykrym sytuacjom.

Mozart – Der Hölle Rache z Czarodziejskiego fletu (1791) Nazywana jest też Arią Królowej Nocy, a jej właściwy tytuł oznacza „piekielną zemstę” która „gotuje się w sercu” złej królowej baśniowej krainy. Nie znam kontekstu arii w treści całej opery, ale mam nadzieję, że powyższe informacje wystarczą, żeby się nie zbłaźnić np. przed przyszłymi teściami.carmen.jpeg

Verdi – La donna è mobile z Rigoletto (1851) Tytułowa mobilność kobiety oznacza jej domniemaną niestałość, a nie, jak można by pomyśleć, możliwość awansu społecznego lub posiadanie roweru.

Bizet – Habanera z Carmen (1875) „Habanera” to rodzaj tańca z Hawany, ale akcja opery rozgrywa się w Sewilli, gdzie bohaterka pracuje w fabryce papierosów. Mimo hiszpańskojęzycznego pochodzenia słowa i francuskojęzyczności opery, pierwsze „h” w „Habanerze” jest w języku polskim, zdaje się, wymawiane. Podczas długich poszukiwań informacji co do tego „h”, dowiedziałem się, że nie jest ono wymawiane w przypadku rodzaju papryki „habanero” oraz, że w ogóle jest taka papryka.

Puccini – Nessun dorma z Turandot (1926) Tę podniosłą arię (i wykonawcę Luciano Pavarottiego) rozsławiło użycie jej jako oficjalnej pieśni piłkarskich MŚ Italia ’90. Tytuł oznacza „nikt nie będzie spał” i wiąże się ze skomplikowaną fabułą (coś o chińskiej księżniczce), której nie pamiętam, ale to nieważne, skoro wpis ma jedynie zapobiec kompromitacji Czytelnika podczas kolacji z ważnym klientem.

norma callasBellini – Casta Diva z Normy (1831) Wbrew tytułowi, Norma nie opowiada o przodownikach pracy, ale o trójkącie miłosnym na peryferiach Imperium Rzymskiego. Casta diva oznacza „czystą bogini” – księżyc, do którego ta dramatyczna aria jest modlitwą. Tak się pięknie składa, że popularność słowa „diva” zawdzięczamy w dużej mierze śpiewaczce kojarzonej z Casta diva i będącej zarazem uosobieniem divy, Marii Callas.

No. To teraz, jeśli tylko rozmowa nie zejdzie na arie nieco mniej znane albo na operowe duety czy chóry, Wasza pozycja towarzyska i zawodowa jest uratowana.

Okładki z Discogs

 

Ravel i Debussy reklamują harfy

25/07/2018
ernest hebert.jpg

„Proszę o pomoc, włosy wplątały mi się w struny”

Muzyka klasyczna, wbrew moim nadziejom, nie okazała się obfitować w utwory, które ktoś bardziej pretensjonalny mógłby nazwać eterycznymi i które pasowałyby do lubianych przeze mnie secesyjnych i prerafaelickich obrazów z paniami o rozwianych włosach. Ale kilka takich się na szczęście znalazło. Utworów, nie pań.

Czołowe miejsce zajmuje wśród nich Introdukcja i allegro (1905) Maurice’a Ravela. Utwór trwa nieco ponad dziesięć minut i rozpisany jest na rzadkie, niestety, połączenie instrumentów: harfę, flet, klarnet oraz kwartet smyczkowy. No i jest piękny i eteryczny, jak te prerafaelickie panie.

Ravel napisał Introduction et allegro na zlecenie producenta instrumentów Érard, który pragnął zademonstrować możliwości swojej super harfy z pedałami. Ze strony firmy była to odpowiedź na Danse sacrée et danse profane Claude’a Debussy’ego, napisanej rok wcześniej na zlecenie Pleyel-Wolff – producenta harf bez pedałów, za to z większą liczbą strun. Taniec religijny i taniec świecki mają podobne zalety, co Introdukcja Ravela. Różnią się tym, że gra je harfa z orkiestrą smyczkową i mają odrobinę dalekowschodnie brzmienie (japonizm był wtedy w modzie).

Introdukcja i Tańce zdają się potwierdzać opinię entuzjastów wolnego rynku, że konkurencja przedsiębiorców jest motorem wszelkiego dobra. Zastanawiam się teraz tylko, czy historia ich powstania pozwala zaliczyć je do popularnej kategorii „muzyka z reklam”.debussy ravel.jpg

Dodatkowe linki:

Oba utwory plus niesamowita Sonata na harfę, flet i altówkę Debussy’ego (harfa: Jean-Pierre Rampal), nagranie z 1958 r. na Spotify (polecam zbiory Bibliothèque nationale de France na Spotify, wystarczy wyszukać „label:bnf” plus ew. dodatkowe terminy)

Obrazek: Antoine Ernest Ebert „Muza w dalmatyce grająca na harfie” aka „Spacjo, muza blogerów”, ok. 1880

Top 5: Wenus

07/05/2018

venera14

Z okazji tego, że Wenus znowu świetnie widać na niebie, pięć utworów muzycznych powiązanych z drugą planetą od Słońca, a zarazem bogini miłości i piękna oraz patronką chorób wenerycznych.

Shocking Blue – Venus (1969) To holenderski zespół Shocking Blue stworzył pierwszą wersję znanego przeboju z wyszukanym rymem I’m your Venus, I’m your fire, at your desire (tłum. Jam twą Wenus, jam twym ogniem, grzesz swobodnie) Autorzy piosenek częściej kojarzą Wenus z boginią miłości niż z obiektem astronomicznym. Być może to dlatego, że trudniej jest napisać piosenkę o planecie niż o bogini. Albo dlatego, że światem nadal rządzą ciemnota i zabobon.

1024px-Sandro_Botticelli_-_La_nascita_di_Venere_-_Google_Art_Project_-_edited

Sandro Botticelli – „Goła babka”

Respighi – La nascita di Venere (1927) Piękny poemat symfoniczny Narodziny Wenus  Ottorino Respighiego zainspirowany jest obrazem Sandro Botticellego o tym samym tytule. Mitologia była popularnym tematem malarskim, stanowiła bowiem doskonały pretekst do rysowania gołych babek.
Obraz przedstawia Wenus świeżo po narodzinach z piany morskiej. Nie zdołałem sprawdzić, co sądzą o tym znawcy starożytnego Rzymu, ale podejrzewam, że historię o urodzeniu bogini przez morze zainspirował fakt, że planeta Wenus przez parę miesięcy w roku, jako tzw. gwiazda poranna, wschodzi nad horyzontem zaraz przed świtem.
Planety ewidentnie były ważne dla tzw. starożytnych. To dzięki temu mamy siedem dni tygodnia – od siedmiu „planet”, czyli pięciu planet widocznych gołym okiem, Słońca oraz Księżyca. W wielu językach nazwy dni odpowiadają bóstwom kojarzonych z tymi planetami. Wenus pojawia się często w nazwie piątku, w języku włoskim jako venerdi, we francuskim vendredi, a w hiszpańskim viernes. Germański odpowiednik Wenus to Freja, dzięki której mamy angielski Friday, niemiecki Freitag oraz Anni-Frid z Abby.

Barack_Obama_looks_at_the_moon_and_Venus

Ostatni uznawany przez Placówkę postępu prezydent USA patrzy na Księżyc i Wenus

Holst – The Planets: Venus (1916) Brytyjski kompozytor Gustav Holst stworzył całą suitę zainspirowaną planetami Układu Słonecznego. Jej najbardziej znane części to wojenny Mars i przebojowy Jowisz. Spokojna i tajemnicza Wenus jest mniej słynna, ale też niczego sobie.
Stosunkowo niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak łatwo jest obserwować planety. Wystarczy sobie zgooglować „planety na niebie teraz”, a potem szukać w odpowiednich okolicach nieba kropki, która świeci stałym światłem, zamiast, jak każda przyzwoita gwiazda, migotać. Najbardziej spektakularna jest właśnie Wenus, która bywa jaśniejsza od Księżyca. Pewnie przez to śliczne lśnienie została patronem miłości i piękna.
W utworze Holsta utwór jej poświęcony otrzymał podtytuł Zwiastunka pokoju, a nie miłości ani piękna, ponieważ tym jest według astrologów. Kompozytor inspirował się przede wszystkim astrologią, a nie astronomią. Trochę to rozczarowuje, no bo spodziewa się człowiek natchnienia nauką, a tu znowu duby smalone.

The B-52’s – 53 Miles West of Venus (1980) Jedyny na liście utwór, gdzie Wenus jest wyłącznie ciałem astronomicznym – niestety nie bez zarzutu w kwestiach naukowych. Cały tekst piosenki to słowa 53 mile na południe od Wenus, a przecież w skali planetarnej 53 mile to za mało, żeby być „na południe” od planety, no i trzeba znajdować się na jakiejś planecie, żeby w ogóle móc powiedzieć „na południe”. Pionierski nowofalowy zespół B-52’s inspirował się amerykańskim science-fiction lat 50-tych, co może tłumaczyć owo luźne podejście muzyków do poprawności naukowej oraz do logiki w ogóle.

An_Earth_Man_on_Venus_78545.JPG

Literatura, z której wiedzę czerpali zapewne B-52’s

Television – Venus (1977) Raz na jakiś czas któraś z płyt polecanych przez hipsterskie portale faktycznie okazuje się dobra. Przykładem tego może być album Marquee Moon nowojorskiego, art-punkowego zespołu Television, zawierający m. in. piosenkę Venus. Wokalista śpiewa w niej, że wpadł w ramiona Wenus z Milo. Jak widać, trzeba orientować się trochę w sztuce, aby docenić paradoks opisywanej sytuacji. To pewnie stąd określenie „art-punk”.

Jeśli znacie inne interesujące piosenki o Wenus, to piszcie w komentarzach. Jeśli zlokalizujecie Wenus na niebie, też możecie napisać.

Zdjęcie u góry wpisu zostało zrobione przez radziecką sondę Wenera-14. Lepszych zdjęć z powierzchni planety nie ma, ponieważ aparatura nie mogła dłużej niż kilkadziesiąt minut wytrzymać wenusjańskiego gorąca i ciśnienia. Wenus nieźle się prezentuje z daleka, ale trudno tam dłużej wytrzymać. Każdy z nas zna takie miejsca.

Obrazki ze strony NASA (pierwszy) i Wikimedia Commons (reszta)

 

top 5: zakamuflowana muzyka klasyczna vol. 2

22/01/2018

Poprzedni wpis o muzyce klasycznej ukrytej w piosenkach pop nie wyczerpał tematu. Oto kolejne przykłady przemycania klasyki w muzyce popularnej.

Lamb – Gorecki Okej, to może nie przemycanie, bo tytuł wszystko zdradza. Ta dość popularna w swoim czasie trip-hopowa piosenka wykorzystuje w podkładzie pierwszą część III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976). Ten żałobny utwór był największym światowym hitem polskiej produkcji od czasu Chopina (którego największy przebój, co ciekawe, też był żałobny).

Warren G – Prince Igor (1998) Tutaj też specjalnie się nie kryją z inspiracją, bo już z tytułu dowiadujemy się, że to coś z Kniazia Igora, opery rosyjskiego chemika, a w czasie wolnym kompozytora, Aleksandra Borodina. Samplowany fragment to łagodna część Tańców połowieckich, największego przeboju z całej opery. Nie będę mówił co dokładnie myślę o utworze Prince Igor, ale C U When You Get There Coolio, inna piosenka hip-hopowa samplująca klasykę, wydaje się przy nim arcydziełem kalibru Braci Karamazow.
Ta sama melodia była już wcześniej wykorzystywana w muzyce popularnej, m. in. w piosence Stranger in Paradise (1953), najbardziej znanej w wykonaniu Tony’ego Bennetta. Stranger in Paradise pochodzi z pseudo-orientalnego musicalu Kismet, który wykorzystuje różne melodie Borodina. Tak, pseudo-orientalny musical z melodiami rosyjskiego kompozytora. Nie sprawdzałem innych fragmentów Kismet, ale Stranger in Paradise stanowi mocny kontrargument wobec twierdzeń, że dawniej były lepsze piosenki.

Elvis Presley – I Can’t Help Falling In Love (1961) Przebój Elvisa bazuje na pieśni Plaisir d’amour (1784) francuskiego kompozytora Jeana Paula Martiniego. Plaisir d’amour jest przykładem tego, jak umownymi terminami są „pop” i „poważna”, choćby dlatego, że jeszcze przed Elvisovską przeróbką była wykonywana przez rozmaitych wykonawców popowych. W tym przypadku akurat bardziej podoba mi się przebój Elvisa niż osiemnastowieczny oryginał. Byle tylko nie musiałbym go już nigdy usłyszeć w najntis-pop-reggaeowego wykonania grupy UB 40, twórców którego sądzi obecnie specjalnie w tym celu powołany trybunał ONZ.

Julie Covington (ew. Madonna) – Don’t Cry for Me Argentina (1976, Madonna 1997) Przebój z  musicalu Evita, opowiadającego o słynnej pierwszej damie Argentyny Evie Perón. Melodia fragmentu All through my wild days / my mad existence ewidentnie pochodzi z trzeciej części Koncertu skrzypcowego Johannesa Brahmsa (1878).
Jako ciekawostkę dodam, że na peronie dworca PKP w Radomiu był kiedyś kiosk z napisem PERON. Nad nim można było dostrzec o wiele mniejszy wyraz Eva, co pozwalało odczytać pełną nazwę sklepiku.

Queen – We Will Rock You (1977) Czasami wydaje się, że to stadiony zostały wybudowane dla tej piosenki, a nie piosenka napisana do śpiewania na stadionach. Melodia nośnego refrenu jest podejrzanie podobna do fragmentu Fanfare for the Common Man (1942) amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda, utworu napisanego ku pokrzepieniu serc podczas II wojny światowej. Fanfara dla zwykłego człowieka została potem włączona do finału III symfonii (1946) Coplanda i w tej, moim zdaniem, ciekawszej wersji (i do tego pod batutą samego kompozytora) usłyszycie ją w linku. Posłuchajcie sobie – każdy czasem potrzebuje chleba, igrzysk oraz fanfary.Wszystkie okładki z Discogs.