Archive for the ‘One Damn Song’ Category

zbuduj w duszy domek dla ptaków, a właściwie dla lampki nocnej

14/05/2017

Jak być może wiecie, jestem prezesem Stowarzyszenia Przeciwko Rockowi Alternatywemu Lub Indie (SPRALI). Ale czasami trafiam na piosenkę, która prawie że usprawiedliwia istnienie tego gatunku muzycznego. Ostatnio, z 27-letnim poślizgiem, poznałem utwór Birdhouse In Your Soul amerykańskiego duetu They Might Be Giants i słucham go na okrągło.

Nieprzewidywalne, a jednocześnie chwytliwe melodie tej piosenki faktycznie zasługują na dumne miano rocka alternatywnego. A towarzyszące im słowa też są nieco ciekawsze niż licealna psychoanaliza, którą zazwyczaj częstują nas artyści indie.

Birdhouse in Your Soul zachęca adresata do zbudowania „budki dla ptaków w duszy”. To akurat nie jest jakaś bardzo dziwna metafora dla zaprawionych w poezji Czytelników tego bloga. Ale podmiotem lirycznym okazuje się być lampka nocna, co chyba dość rzadko zdarza się w muzyce pop. Owszem, narratorami piosenek bywały np. morświn (The Beatles), sowa (Hey), szczur w klatce (Smashing Pumpkins) albo perła na dnie (Edyta Górniak), ale stosunkowo rzadko mamy okazję wysłuchać potrzeb i pragnień drobnych AGD.

Żałuję, że nie poznałem Birdhouse in Your Soul kilkanaście lat wcześniej, bo wtedy jeszcze bardziej doceniłbym teledysk ze starymi żarówkami i demonstracją „Stop rock video” oraz odniesienie do greckiego mitu o Jazonie i Argonautach w tekście. No, ale lepiej późno niż wcale, jak mówią pasażerowie komunikacji zbiorowej.

Dwuosobowe przedsięwzięcie They Might Be Giants (akordeon i gitara, plus dodatkowi muzycy) to wspaniałe połączenie przebojowości z nerdowatością, czyli elementów, których najbardziej chyba szukam w tzw. muzyce niezależnej. Oczywiście nie zmienia to mojego przekonania, że oprócz np. Talking Heads, The Smiths, Pavement, The Fall, Pixies, PJ Harvey oraz  …………………… (tu wpisz swojego ulubionego wykonawcę), rock alternatywny rzadko kiedy przedstawia aż taką wartość artystyczną, o jaką bywa posądzany.

Jako bonus dorzucam zadziwiające wykonanie Birdhouse in Your Soul na żywo oraz piosenkę Ana Ng, która dobrze oddaje wspomnianą nerdowatość zespołu, np. przez nawiązanie do nowojorskiej Wystawy Światowej w 1964 roku, którą jako dziecko odwiedził wokalista. Birdhouse in Your Soul zresztą też zawiera takie odniesienie, tylko bardziej zaowalowane – wspomniany w utworze zegarek Longines Symphonette debiutował właśnie na owej wystawie.

Obrazek z Wystawy Światowej 1964/65 – Ron White, Wikimedia Commons. Plakaty reklamowe bliżej nieokreślonego pochodzenia.

habibi mojego omr

24/03/2016

Egyptian State RailwaysNajwiększą trudnością w poznawaniu arabskiej muzyki jest arabski alfabet. O ile wiele innych niełacińskich alfabetów da się w miarę łatwo zamienić na zrozumiałe dla nas literki, to w piśmie arabskim pojawia się dodatkowy problem, bo nie uwzględnia samogłosek. Do tego w sprawie transliteracji nie ustalono chyba żadnych wspólnych zasad, więc np. najsłynniejsza egipska śpiewaczka أم كلثوم to Oum Kalthoum, Om Kalsoum, Om Koulsum, Om Kalthoum, Oumme Kalsoum, Umm Kolthoum, Om Koultoum, Umm Kulthum, Ummi Kultsum, Ummi Kaltsum, Umi Kulsum albo Umi Kalsum. Ale dziś nie o niej, ale o innym egipskim (a właściwie egipsko-syryjskim) artyście, Faridzie el-Atrash i jego piosence Habibi el omr.

♪ Farid el-Atrache – Habibi el omr

Ten nagrany prawdopodobnie w latach czterdziestych utwór zamieściła w sieci osoba, która nie zna arabskiego, a weszła w posiadanie kolekcji starych arabskich nagrań i postanowiła się nimi podzielić. Ja też chciałem się podzielić tą wspaniałą balladą, choćby ze względu na przepiękną partię chóru, ale nie lubię zamieszczać wpisów o piosenkach, których tytułu nie znam, i których dostępność w internecie ogranicza się do jednego nagrania na YouTube, które może przecież zniknąć w niewyjaśnionych okolicznościach.

Na szczęście podany był wykonawca – Farid el-Atrache (bądź el-Atrash) – i pozostało tylko zidentyfikować tytuł. Okazało się to niespodziewanie łatwe, bo tekst, a zarazem tytuł, zaczyna się od najbardziej znanego arabskiego słowa w muzyce popularnej, czyli „habibi”.asmahan farid al-atrash

„Habibi” oznacza ukochanego lub ukochaną. Nie wiem, jak to jest do końca z rodzajami, bo „ukochana” to właściwie chyba „habibti”. Mnie zresztą najbardziej podoba się forma oznaczająca „twoją ukochaną” lub „twojego ukochanego” – swojsko brzmiące „habibek”. A tytuł piosenki „Habibi el omr”  znaczy „miłość mojego życia”. Czyli, o ile brzmienie utworu może być dla nas nieco egzotyczne, to tematyką nie odbiega on zbytnio od znanych powszechnie schematów pop music.

♪ Zapasowy link, tym razem z tytułem

♪ więcej starej muzyki z różnych stron świata na stronie cdbpdx.com

Jako ciekawostkę dodam, że Fariz el-Atrache okazuje się być bratem wokalistki Asmahan, która już pojawiała się na blogu, we wpisie o kawie. A jeśli czyta to ktoś, kto orientuje się w języku arabskim, to byłbym wdzięczny za wyjaśnienie, jak to jest z habibi/habibti/habibek, bo nie jestem pewien.

Obrazki: plakat egipskiego PKP z lat trzydziestych i okładka egipskiej Vivy! z Faridem al-Atrache i jego siostrą Asmahan (lata czterdzieste). Źródła obrazków trudne do ustalenia.

Soweto nigdy nie śpi

18/11/2015

Soweto_townshipPołudniowoafrykańskie Soweto powstało na przedmieściach Johannesburga przez stopniowe przesiedlanie czarnej ludności poza właściwe miasta do tzw. townships – byle jakich osiedli. Jego nazwa pochodzi od pierwszych sylab słów South Western Township.

W Soweto zawsze było beznadziejnie, ale w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powstało tam całkiem dużo fantastycznej muzyki. Chciałbym dziś zaprezentować przykład gatunku zwanego „mbaqanga” albo „township jive” – Akulalwa Soweto (1973) żeńskiego zespołu wokalnego Mgababa Queens.

Tytuł znaczy „Soweto nigdy nie śpi”, co brzmi w zasadzie pozytywnie. Ale gdy popatrzy się na zdjęcia rozpadających się blaszanych ruder, z których składa się osiedle, to zastanawiam się, czy ta bezsenność jest aż taka super.

Pięknej melodii i harmoniom towarzyszy zadziwiający rytm, kojarzący się z  niektórymi piosenkami Joy Division (np. Komakino). Nie wiem, czy Joy Division się nimi inspirowało, ale jest pewna szansa, ponieważ muzyka afrykańska była promowana przez legendarnego brytyjskiego prezentera radiowego Johna Peela. Umożliwiło to np. splagiatowanie wspaniałego kawałka Umculo Kawupheli Mahotella Queens przez, nota bene całkiem ciekawy, brytyjski zespół Bow Wow Wow (pod tytułem See Jungle). Najbardziej jednak znanym dziełem zainspirowanym mbaqanga jest album Graceland Paula Simona. Ten raczej nie słuchał Johna Peela, ale muzyka RPA (a także Zimbabwe – porównajcie sobie brzmienie Graceland np. ze składanką Viva Zimbabwe) najwyraźniej do niego dotarła.

Jeśli chcielibyście posłuchać więcej takich piosenek, to Mgababa Queens niestety nie nagrały za wiele, za to wspominane już Mahotella Queens mogą się pochwalić porządnym dorobkiem. Odradzam tylko ich późniejszą (od połowy lat 80-tych) kolaborację z innym piosenkarzem z Soweto, Mahlotinim, bo „Mahlotini and Mahotella Queens” to była jakaś kiepska atrakcja cyrkowa. Za to ich wcześniejsze nagrania były wspaniałe – mogę polecić np. dość hardrockowy utwór Wozani Mahipi, podobno o przybyciu do Soweto hipisów.

Wszystkie trzy piosenki  z tego wpisu znajdziecie na wydanej w 1986 roku składance ze śpiewającymi paniami z RPA pt. Soweto Never Sleeps . Ten fantastyczny album raczej trudno kupić, ale przy odrobinie wysiłku można go znaleźć w sieci. A jeśli chcecie jeszcze więcej południowoafrykańskiej muzyki, to polecam blog Electric Jive z różnymi trudno dostępnymi nagraniami, w tym Mahotella Queens.

Zdjęcie Soweto: Creative Commons – Matt-80 na Wikimedia Commons.

namiętność na siedząco

12/11/2015

Animals_of_Hindustan_monkeys,_rodents_and_the_peacock,_from_Illuminated_manuscript_Baburnama_(Memoirs_of_Babur)Popularna w Pakistanie oraz w niektórych częściach Indii i Bangladeszu muzyka qawwali powiązana jest z sufizmem – mistycznym nurtem islamu. Najbardziej znanym jej wykonawcą był Pakistańczyk Nusrat Fateh Ali Khan, ale ja chciałbym dzisiaj polecić utwór jego rodaczki, Abidy Parveen. Nazywa się on Tere ishq nachaya i jest jedną z najbardziej porywających rzeczy, jakie ostatnio słyszałem.

Świetne wykonanie na żywo z tłumaczeniem

Tere ishq nachaya trwa zwykle ponad dziesięć minut, ale jest na tyle zróżnicowany i ma na tyle przebojowy refren, że się tego nie zauważa. Co bardziej niecierpliwi mogą narzekać na powolny wstęp, ale pierwszego refrenu zaczyna się jazda bez trzymanki.

Inny występ – krótsz i trochę mniej szalone, za to lepsza jakość

Pendżabski tekst napisał XVIII-wieczny suficki poeta Buleh Shah. Traktuje on nie o religii ale, co wiem dzięki tłumaczeniu z YT, o palącej miłości. Tytuł piosenki oznacza „twoja miłość sprawiła, że tańczę” i pojawiają się w niej przeróżne ciekawe obrazy, jak np. wymarzone miejsce, gdzie wszyscy są ślepi i nie wiedzą, kto jest z jakiej kasty.bulleh shah

Abida Parveen (ur. 1954) była nawet w jury Pakistan Idol, ale ja dopiero teraz się o niej dowiedziałem. Nieźle szaleje na scenie, biorąc pod uwagę, że w tradycji qawwali śpiewa się i gra na siedząco.

Pierwszy obrazek: „Zwierzęta Hindustanu” z dzieła Bāburnāma (źródło: Wikimedia Commons). Trochę powiązane, bo w pieśni jest coś o „pawiach w gajach miłości”. Twórca motywatora z Bulleh Shah i jego wierszem nieznany.

Bracia na zjeżdżalni

03/09/2015

gołąb na brzoskwiniMoją ulubioną piosenką funkową i jedną z ulubionych piosenek w ogóle jest Brothers on the Slide (1974) zespołu Cymande. Zmieniła ona moje dotychczasowe skojarzenia z utworami funkowymi bo, po pierwsze, nie była rozciągnięta i monotonna, a po drugie, nie była autotematyczna (jak np. One Nation Under a Groove Funkadelic: „Do you promise the funk, the whole funk and nothing but the funk?”).

Utwór zaczyna się od niesamowicie przebojowej partii gitary, kojarzącej się z Red Hot Chili Peppers za czasów Johna Frusciante. Potem pojawia się tekst przestrzegający przed karierą przestępczą. Wyrażenie „on the slide” prawdopodobnie oznacza  udział w jakichś przekrętach. Aby zrozumieć tekst, trzeba jeszcze wiedzieć, że „brother” to czarnoskóry mężczyzna,  „inside” znaczy „w pudle”, a „the man” to szef, rząd albo bogacze. Brothers, którzy są on the slide, wkrótce znajdą się inside, ale tłumaczą się, że the man przecież też kręci wałki.

Zespół Cymande powstał, co w funku rzadko się zdarza, w Wielkiej Brytanii, a jego członkowie pochodzili w większości z Karaibów. Nazwę grupy czyta się chyba „samandi” i oznacza ona, w którymś z karaibskich języków, gołębia – bo zespół promował pokój na świecie. W kwestii pokoju, jak wszyscy widzimy, gówno zdziałali, ale udało im się przynajmniej stworzyć trochę niesamowitej, funkowo-karaibsko-afrykańsko-mistycznej muzyki.

Jeśli chcecie poznać więcej Cymande, to polecam np. ich największy hit The Message, mój faworyt Our Love albo dłuższy Dove.

Obrazek: cesarz Song Huizon, Gołąb na brzoskwini (Chiny, 1107)

 

40 dni

24/04/2015

Brubeck 40 DaysTytuł instrumentalnego 40 Days (1966) legendarnego zespołu cool jazzowego Dave Brubeck Quartet nawiązuje do czterdziestodniowego postu Jezusa na pustyni.

Dave „Take Five” Brubeck nie był pierwszym znanym jazzmanem, który nagle stał się porządnym chrześcijaninem. Zaraz przed nim zrobił to John Coltrane i nagrał słynny album-symfonię A Love Supreme. W przypadku A Love Supreme religijność autora zdecydowanie ma wpływ na odbiór, bo słuchacze od razu spodziewają się czegoś nadprzyrodzonego i zaczynają recki od „Nie jestem religijny, ale…” No, ale pewnie jakość samej muzyki też coś ma do tego, bo np. chrześcijańska wersja Baśki też jest dość natchniona, ale poza mną niewiele osób uważa ją za arcydzieło.

40 Days na żywo, 1966, niemiecki program Jazz gehört und gesehen (Jazz widziany i słyszany)

wersja studyjna

U mnie pierwszy odbiór 40 Days był niezakłócony przez ewentualne interpretacje biblijne, bo na początku nie zwróciłem uwagi na tytuł, za to zwróciłem uwagę na kompozycję. Jest to jeden z najlepszych kawałków jazzowych, jakie słyszałem – charakterystyczne dla Dave’a Brubecka skomplikowane metrum połączone jest z prawie tak samo złożonymi, ale przepięknymi melodiami. Nawet solówki są piękne i uzasadnione artystycznie. Nie jestem religijny, ale…

Fotka z linkowanego występu w RFN

 

astronautyka argentyńska

19/04/2015
Lego - zestaw 6861. U mnie w domu był taki. Fot. russavia (CC)

Lego – zestaw 6861. U mnie w domu był taki. Fot. russavia (CC)

Piosenka argentyńskiego zespołu Invisible pt. El anillo del Capitán Beto (1976) opowiada o kierowcy miejskiego autobusu z Buenos Aires, który wyrusza na podbój kosmosu. Kapitan Beto jest trochę jak Major Tom ze Space Oddity Davida Bowiego, ale jego statek kosmiczny ma dość dużo cech argentyńskiego autobusu, w tym wyposażenie kabiny zawierające m.in. obrazek świętego i proporczyk klubu piłkarskiego River Plate. Wystrój ten pasowałby także do naszych autobusów, tylko raczej pekaes, nie miejskich – świętych w nich od groma, klubowych proporczyków również.

♪ Świetne wykonanie na żywo Spinetta Jade – późniejszego zespołu lidera Invisible w 1983 r. Doceńcie reakcję publiczności.
River Plate - drużyna z najfajniejszymi koszulkami

River Plate – drużyna z najfajniejszymi koszulkami

Piosenka cieszy się w Argentynie statusem, jak to mówią, kultowym. Ma nawet całkiem obszerny artykuł w hiszpańskojęzycznej Wikipedii, łącznie z amatorską ilustracją wnętrza fikcyjnego pojazdu kosmicznego, zaś umieszczony na orbicie w 2013 roku argentyński sztuczny satelita nazywa się Capitán Beto. Myślę, że to wszystko dzięki temu odniesieniu do River Plate – każdy, kto widział słynny film z fanem River oglądającym mecz, wie że naród ten poważnie traktuje piłkę nożną.

Jeśli zainteresował Was zespół Invisible, to posłuchajcie też np. power ballady Niño Condenado.

Obrazki z Wikimedia Commons. Lego – użytkownik russavia (Creative Commons), River Plate – domena publiczna.

Jawajska entomologia

22/12/2014

Watanabe_Shotei ModliszkaUtwór Walang kekek (1969) indonezyjskiej śpiewaczki Waldjinah opowiada, co łatwo wywnioskować z tytułu, o modliszce. Trudno mi się połapać, o co chodzi w tekście, bo tłumacz Google nie radzi sobie za dobrze z językiem jawajskim (a w każdym razie nie w przypadku tej piosenki) i serwuje m.in. raczej hip-hopowe „do not insult yo mas”. Udało mi się jedynie wywnioskować, że piosenka nie zajmuje się tym, z czego modliszki najbardziej słyną w zachodniej popkulturze, czyli okazjonalnym odgryzaniem przez samicę głowy samca podczas, jak to się mówi po indonezyjsku, kopulasi.

Muzycznie Walang kekek stanowi, na moje niewyćwiczone ucho, połączenie keroncong ze stylem jaipong, ewentualnie gamelanem. Keroncong to dawna indonezyjska muzyka popularna, powstała po przywiezieniu w XVI wieku europejskich instrumentów przez pierwszych kolonizatorów Indonezji – Portugalczyków. Jaipong jest bardziej spokrewniony z najbardziej znaną w Europie indonezyjską muzyką – dworskimi zespołami gamelan. U Waldjinah to połączenie stylów brzmi jednocześnie przebojowo, egzotycznie i kosmicznie. I to na całym, doskonałym albumie Walang kekek.waldjinah walang kekek

Istnieją późniejsze nagrania Waldjinah (później zmieniła pisownię na Waljinah) wykonującej Walang kekek, ale brzmią, jak to remake, słabo. O wiele ciekawsza okazuje się niedawna wersja dziecięcej gwiazdy Woro. Nie dość, że unowocześniona aranżacja piosenki nie jest żenująca, to jeszcze zrobiono do niej zupełnie niezły klip, nawiązujący do jawajskiej tradycji teatru cieni.

Waljinah nie przestała na szczęście śpiewać piosenek o owadach (pisane przez niejakiego Andjar Any aka Anjarany) i w tym samym okresie nagrała również utwór Jangkrik genggong który, jak łatwo wywnioskować z tytułu, opowiada o świerszczu. Jangrik genggong jest równie przebojowe jak Walang kekek, ale trochę inne brzmieniowo, bo bardziej przypomina typowy keroncong. Z tego, co dowiedziałem się na YouTube, jej tekst opowiada o zdradzie i wierności damsko-męskiej – tematach, które nam bardziej pasowałyby do utworu z modliszką, a nie jakimś świerszczem, w tytule.

Chciałbym podziękować entuzjaście keroncong Joniemu, który wiedząc, że interesuję się modliszkami, oświecił mnie co do tematyki Walang kekek.modliszka

Japoński obraz (wyjątkowo nie drzeworyt) z modliszką autorstwa Watanabe Shonei (1851-1918), wzięty z Wikimedia Commons. Zdjęcie albumu Walang kekek z bloga Madrotter Treasure Hunt, gdzie ta wybitna, ale niewznawiana płyta była kiedyś – i być może będzie kiedyś ponownie – dostępna do pobrania. Zdjęcie entuzjasty owadów z modliszką wykonała Ola.

Powiedz jej, jemu, mamie, tacie

12/12/2014

The ExcitersOprócz tego, że otrzymuję dotacje na blog od Ministerstwa Kultury, MEN, PAN i UMG, to jeszcze dorabiam ucząc angielskiego. Jednym z ulubionych błędów moich uczniów jest używanie „say”, gdzie powinno być „tell” i (rzadziej) vice versa. Jako przykłady tego, że „powiedzieć coś komuś” to w zasadzie zawsze „tell”, polecę dzisiaj dwie, a właściwie cztery piosenki z „tell” w tytule.

Pierwszy utwór to wydane w 1962 roku Tell Him doo-wopowego (taki wczesny soul) zespołu The Exciters. Ta grupa wokalna wyróżniała się nietypowym składem (trzy panie i jeden pan) oraz wyjątkową elegancją. Piosenkę zaś, oprócz przebojowości (napisał ją Bert Russell Berns, autor m.in. Twist and Shout oraz Everybody Needs Somebody to Love), wyróżnia to, że zrobiono do niej jeden z pierwszych prawdziwych teledysków. Klip nakręcono w zoo i ogląda się go nie najgorzej, głównie za sprawą występujących w nim zwierząt. Drugą ciekawostką jest fakt, że utwór był pierwotnie zaadresowany do innej płci i został nagrany parę miesięcy wcześniej przez Gila Hamiltona (aka Johnny Thunder) pod tytułem Tell Her. Tekstowo piosenka nie odbiega za bardzo od standardów ówczesnej pop-music. Jej adresat powinien powiedzieć wybranej/wybranemu, że ją/jego kocha i jej/jego nie opuści.

Zamiany płci utworów nie były takie rzadkie. Innym przykładem jest Tell Mama, zaśpiewana w 1967 roku przez Ettę James, a rok wcześniej nagrana jako Tell Daddy przez jej autora Clarence’a Cartera. To już nie doo-wop, ale pełnokrwisty (jak to piszą redaktorzy muzyczni) soul z jednym z najlepszych i najcięższych riffów gatunku. Gdybym miał wybrać lepszą wersję, to postawiłbym na Tell Daddy, ze względu na bardziej synkopowaną perkusję. Tekst Tell Mama/Daddy również nie jest taki lekki jak Tell Him/Her. Zdesperowany narrator oferuje siebie jako prostszą i mniej wymagającą alternatywę dla obecnego partnera/partnerki adresata/adresatki. Większą desperację i mniejszy szacunek dla samego siebie słyszałem (wśród utworów lat sześćdziesiątych, bo w życiu, to często występuje) tylko w śpiewanym przez Dusty Springfield Breakfast in Bed.

Etta_James_-_Tell_Mama_(1968)Dodam jeszcze, że analiza tych zmian płci w różnych wersjach tekstu piosenek mogłyby teoretycznie służyć ograniczeniu innego popularnego błędu, czyli powodującego totalne zamieszanie mylenia „he” i „she”.

Bonusowe linki: Wprawdzie klip do Tell Him jest niezły, ale jeszcze lepsze jest wykonanie na żywo piosenki w jakimś francuskim programie TV. Polecam tym bardziej, że trudno o nieplaybackowe wykonania wczesnego soulu. Druga piosenka z tego samego występu The Exciters to, też zupełnie niezła, He’s Got the Power.

Welcome to the Jungle

11/11/2014

Terra Brasilis

Moje dotychczasowe skojarzenia z muzyką południowoamerykańskich Indian to jakieś upiorkowate nagrania, w których słychać samponię na tle podkładu à la Deep Forest (przykład z YT). Jak wielkim więc było moje zdziwienie, kiedy pierwszy raz usłyszałem pochodzący z Brazylii utwór Canidé Ioune. To mroczne nagranie, w odróżnieniu od „Deep Forest z samponią”, naprawdę brzmi jak muzyka ze środka Amazonii. Wprawdzie nie byłem nigdy w dżungli, ale byłem w Lasku Wolskim, więc wiem, o czym mówię.

Utwór został nagrany w 1940 roku na firmowaną przez słynnego dyrygenta Leopolda Stokowskiego składankę Native Brazilian Music – jeden z pierwszych, a zarazem najlepszych albumów kategorii „world music”. Na dwóch zestawach szelakowych płyt znalazło się kilkanaście przykładów brazylijskiej muzyki – głównie samby, choro oraz muzyki indiańskiej. Całość dobrze ilustrowała pokazująca różnorodność kulturową i etniczną Brazylii okładka albumu.

native brazilian musicPieśni Canide Iouné, jak się okazało, nie śpiewają członkowie któregoś z rdzennych plemion, ale „nauczyciele szkoły muzycznej Villa-Lobosa”. Brazylijski kompozytor Heitor Villa-Lobos w ogóle był najważniejszą osobą w projekcie nagrywania albumu, bo to on zwerbował do niego najlepszych ówczesnych brazylijskich wykonawców. No i był entuzjastą rdzennej kultury Brazylii – trzy indiańskie utwory na składance pochodzą z jego zbiorów. Canide Ioune po raz pierwszy spisał podróżnik Jean de Léry w 1553, co oznacza, że pieśń jest tak stara, na jaką brzmi, oraz że przynajmniej jedna osoba w XVI wieku zajmowała się badaniem kultury Indian, a nie tylko jej unicestwianiem. Nie wiem, o czym jest Canide Iouné, ale w zbiorze Villa-Lobosa jest opisana jako „pieśń elegijna”.

Pozostałe utwory indiańskie na Native Brazilian Music to króciutkie Noza-ni oraz niesamowita (szczególnie na końcu) pieśń pogrzebowa dla wodza plemiennego pt. Teiru:

Od wydania Native Brazilian Music w roku 1942 firma Columbia nie interesowała się wznowieniem tej kolekcji, ale na szczęście jest internet. W Unii Europejskiej nagrania znajdują się w Domenie Publicznej, więc można śmiało i legalnie je sobie pobrać, na przykład z Archive.org.pancernik

Jeśli komuś nie działają mp3 we wpisie, to oto link do nagrania Canide Iouné na YT z dobrym pokazem slajdów. Zachęcam też do zapoznania się z szalonymi kompozycjami własnymi Heitora Villa-Lobosa. Linkuję tu do zainspirowanej pociągami ostatniej części Bachianas Brasilieras 2.

Więcej informacji o albumie na stronie Danielli Thompson, która już kiedyś pomogła mi przy wpisie o piosence Praca Onze.

Ilustracje: Terra Brasilis z 1519 roku (proszę zwrócić uwagę na faunę, znalezione tutaj) oraz pancernik olbrzymi (chociaż chyba nie wymaga podpisu) z 1557 r. (Hans Staden, stąd).