Powietrze z innych planet

Twórczość austriackiego kompozytora Arnolda Schönberga można podzielić na dwie części: „zanim zwariował” i „jak już zwariował”. Chodzi o to, że w pierwszej dekadzie XX wieku Schönberg tworzył w miarę normalne, późnoromantyczne kompozycje w duchu Gustava Mahlera. Może nie był to Mozart, ale jednak takie Peleas und Melisande albo Verklärte Nacht, choć w swoim czasie uważane  za dość rewolucyjne, miały melodie i były całkiem ładne. Potem Schönberg zaczął kombinować i stworzył muzykę atonalną, czyli bez konkretnej tonacji – dźwięki mogły mieć dowolną wysokość (patrz Pierrot Lunaire z 1912 r., o którym jeszcze napiszę). Potem przyszła dodekafonia, która miała olbrzymi wpływ na muzykę poważną (czy dobry, czy zły, nie wiadomo, w każdym razie olbrzymi). Z utworów Schönberga, które słyszałem, najbardziej podoba mi się dzieło z okresu przejściowego między „nie krejzi” a „krejzi”, niesamowity II kwartet smyczkowy z 1908 roku.

Dziwny to kwartet smyczkowy, bo zawiera w dwóch ostatnich częściach partię sopranu. Mnie najbardziej podoba się pierwsza z nich – Litanei langsam (czyli „litania, powoli”). Moment wejścia sopranistki poprzedzony jest czymś, co przypomina mikroskopijny wycinek „burzy” z Lata Vivaldiego. Następnie słyszymy, zaśpiewane na dziwną, rozjeżdżającą się melodię, słowa „Głęboki jest smutek, który mnie spowija” (teksty kwartetu stanowią wiersze niemieckiego symbolisty Stefana George).

Arnold Schönberg - "Autoportret niebieski"

Bardziej znana jest jednak ostatnia część utworu. Po pierwsze, jest jeszcze bardziej odjechana (tzn. już zupełnie atonalna) i świadczy o odejściu Schönberga od wiekowych reguł tworzenia muzyki. Po drugie, zaczyna się od słów  „Ich fühle luft von anderem planeten” („Czuję powietrze (z) innych planet”), co interpretowane jest jako komentarz do późniejszej ewolucji twórczości kompozytora. Niechętni Schönbergowi mogą powiedzieć, że to nie „powietrze z innych planet” skłoniło austriackiego kompozytora do stworzenia późniejszych dzieł, a jedynie opary z farb olejnych, których biedak nawdychał się realizując swoją drugą pasję – malarstwo.

♫ Cały II kwartet smyczkowy do posłuchania w Arnold Schönberg  Center.

Obraz z planetami Układu Słonecznego: Chesley Bonestell, znaleziony na Sci-fi-o-rama.

Advertisements

Tagi: , , , , , , ,

komentarzy 9 to “Powietrze z innych planet”

  1. Pablo Renato Says:

    Niedawno wyczaiłem gdzieś artykuł uzasadniający preferencje większości ludzkości co do systemów tonalnych (w sumie ledwie kilka na kilkaset możliwych). I przy okazji tłumaczyłby niechęć większości regular citizens do muzyki Shoenberga, opierającej się na chromatycznej skali.

    Chodziło z grubsza o to, że im bardziej system podobny do szeregu harmoniczego, tym „milszy” i łatwiej akceptowalny dla ludzkiego ucha (porównywali to za pomocą dwudźwięków). Oczywiście, najwyższą zgodność miała pentatonika.

    Jak znajdę, podrzucę. Miła lektura na długie letnie wieczory. A może na zimowe, cholera…

  2. Pablo Renato Says:

    BTW: dla mnie sam koncept atonalności to utopia. Jakaś nuta zawsze będzie „wystawała”, „robiła za tonikę”.
    O, proszę:
    „Composer Walter Piston, on the other hand, said that, out of long habit, whenever performers „play any little phrase they will hear it in some key—it may not be the right one, but the point is they will play it with a tonal sense. . . . [T]he more I feel I know Schoenberg’s music the more I believe he thought that way himself. . . . And it isn’t only the players; it’s also the listeners. They will hear tonality in everything”

  3. gjoef Says:

    I właśnie z tego powodu sam autor sprzeciwiał się nazywaniu jego muzyki atonalną (o czym dowiedziałem się właśnie z Wikipedii). Co prawda II kwartet został napisany jeszcze zanim Schoenberg wszedł w najbardziej porąbaną fazę w swojej twórczości, więc może nie o takiej atonalności mówi Walter Piston, ale trzeba przyznać – da się tu bez trudu dostrzec pewne prawidłowości, lokalne „środki ciężkości”. Zresztą ta muzyka po prostu musi mieć jakiś harmoniczny sens, bo: 1) jest polifoniczna, 2) podoba nam się (!), 3) cała pozorna nieograniczoność, zarówno tutaj jak i w najbardziej odjechanej dodekafonii, tak naprawdę zamyka się w obrębie dwunastu dźwięków, wskazanych przez niezmienne i nieomylne prawa fizyki jako dobre. Być może wcale nie zaszliśmy od czasów starożytnych aż tak daleko, jak by się mogło wydawać (my, Europejczycy).

    A przede wszystkim dzięki za ten wpis, poczułem powietrze z innych planet!

  4. Przemysław Says:

    Proszę, służę powietrzem z innych planet. Ewentualnie powietrzem z buzi mojego kota, też jest mocne.

    Czytałem kilka artykułów na temat „dlaczego nie lubimy Schoenberga i jego kolegów?”. Zwykle jest to opowieść o tym, że zrobili rezonans magnetyczny i okazało się, że nasz mózg jest zatwardziałym filistrem: przy tonalnej muzyce włączają się te obwody, co przy jedzeniu czekolady, zaś przy takim Webernie uruchamiają się te same obszary, co np. przy wyrywaniu paznokci. (Podobne reakcje, jak po usłyszeniu konsonansu i dysonansu.) Może to wszystko jeszcze uzupełnione komentarzem z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej.
    W sumie mało odkrywcze – można się było domyślić wyników, wystarczy posłuchać. Nie znaczy, że nie warto się czasem pomęczyć, np. w przypadku Koncertu skrzypcowego Berga albo fortepianowego Schoenberga.

  5. Ymir Says:

    Malarstwo ma abstrakcjonizm z „Czarnym kwadratem na białym tle” na czele, literatura futuryzm (patrz: „Wiosenno” Bruna Jasieńskiego), a muzyka ma Schoenberga i Berga.
    Niektórzy uważają to za wielką, odkrywczą sztukę, a inni potrząsają głowami z dezaprobatą. Dla mnie jest to twórczość znudzonych artystów, którzy chcąc być oryginalnymi, przyjmują zasadę: im mniej sensu, im mniej niezrozumiale tym lepiej.

  6. Pablo Renato Says:

    „Dla mnie jest to twórczość znudzonych artystów, którzy chcąc być oryginalnymi, przyjmują zasadę: im mniej sensu, im mniej niezrozumiale tym lepiej.”

    Nie bądź ignorantem.
    Założenie: im mniej sensu, tym lepiej, oznacza, że ty tego sensu po prostu nie widzisz. Który artysta nie chciałby być odpowiednio zrozumiany? Oznaczałoby też, że Schoenberg (i Joyce, i Pollock) byliby próżnymi idiotami. A uwierz mi: nie byli.

    Chodzi tylko i wyłącznie o to, że często nie rozumiemy języka, którym artysta się posługuje, a którego ewolucja jest konieczna dla ewolucji sztuki. To wymaga od nas zrozumienia składni owego języka, jego ortografii itd. Trudne? Pewnie, że tak. Ale opłacalne.

  7. WWR Says:

    Ja ostatnio próbuję wejść na inną planetę muzyczną, w której tradycyjny system dur-moll czy inne stosunkowo zbliżone do niego systemy zostają zastąpione system dodekafonicznym. I po paru przesłuchaniach koncertu fortepianowego Schoenberga ciągle nie łapię, o co w nim chodzi. O ile jednak jest w nim sporo emocji tak jak w innym utworach „w duchu Gustawa Mahlera”, to np. symfonia op. 21 Weberna to już zupełnie inna planeta złożona odzywających się jakby chaotycznie dźwięków różnych instrumentów. Mimo negatywnych odczuć związanych z dodekafonią, nie uważam jej twórców za znudzonych artystów. Fascynuje mnie ciągle ta dziwaczna muzyka, bo ciągle jej nie rozumiem podczas gdy bardzo chciałbym ją „ogarnąć” i jakoś zapamiętać.

  8. krasnal z marsa (snickersa) Says:

    ja tyż…

  9. krasnal z marsa (snickersa) Says:

    dodekafonia – czy można tu mówić o mistycyzmie w muzyce… ( o pewnym zrównaniu muzyki z doznaniem religijnym)? skrajny indywidualizm. dziwna śmierć jednego z jej przedstawiciela (Webern) – jedna z chińskich kompozytorek wprawiła mnie tą muzyką w dziwne stany. pozdr

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: