arcydzieła • dwie krótkie symfonie

Ernst Heackel, rurkopławy (z Wikimedia Commons)Jedna z teorii na temat: „dlaczego ludzie nie słuchają muzyki klasycznej?” mówi, że to wina epoki: obecnie żyjemy za szybko i nie mamy czasu, żeby w spokoju posłuchać takiej V symfonii Mahlera (70 minut). Ja się z tą teorią raczej nie zgadzam, bo nie uważam, żeby muzyka poważna straciła na popularności akurat w ciągu ostatnich kilku lat. Co więcej, jeden z produktów tych zabieganych czasów, a mianowicie YouTube, zdecydowanie przyczynia się do popularyzacji klasyki. Prawdą jest jednak, że niektóre dzieła poważne bywają przydługie. I o ile w przypadku albumów rockowych można po prostu ograniczyć się do wybranych piosenek, to w przypadku muzyki klasycznej takie wycinanie fragmentów nie jest mile widziane. Biedny słuchacz trzyminutowych piosenek musi więc od razu docenić całe 75 minut VII symfonii Antona Brucknera, albo won. Dlatego teraz zaprezentuję dwie o wiele krótsze symfonie – razem nie zajęłyby nawet połówki płyty kompaktowej.

Pierwsza to przykład neoklasycyzmu – gatunku, którego reprezentanci pragnęli powrotu do klarownych form sprzed ekscesów romantyzmu. Nazywa  się ona Symfonia klasyczna i napisał ją w 1917 roku Rosjanin Sergiusz Prokofiew. Utwór powstał w niezbyt wesołych czasach, ale tego nie słychać. Słychać natomiast nawiązanie do klasycystycznej muzyki Haydna i Mozarta. Całość trwa zaledwie 15 minut. Najbardziej przebojowa pierwsza część używana jest jako dżingiel  w RMF Classic, ale najciekawsze z czterech części symfonii są chyba dwie ostatnie.

Druga prezentowana symfonia to klasycyzm, bez „neo-„. Symfonia nr 25 W. A. Mozarta to esencja tego stylu – jasno i krótko (22 minuty). Nie można jednocześnie odmówić jej pewnego dramatyzmu, a szczególnie jej pierwszej części, która zaczyna się od fantastycznego „riffu” instrumentów smyczkowych i którą rozsławił film Amadeusz Milosa Formana. Reszta utworu nie jest może aż tak przebojowa, ale też wymiata, na  swój mozartowski sposób.

Obie symfonie idealnie nadają się na te ciężkie chwile w życiu, kiedy na myśl o bitej godzinie muzycznego zapisu cierpień jakiejś teutońskiej duszy robi się niedobrze, zaś wszystko, co ma perkusję, wydaje się nieznośnie prymitywne. Włączamy wówczas Klasyczną albo 25-tą i otrzymujemy relaks w formie instant.

Advertisements

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Odpowiedzi: 11 to “arcydzieła • dwie krótkie symfonie”

  1. KrzysztofUW Says:

    Tak Przemku czas, czas i jeszcze raz czas. Jeszcze kilka takich wpisów i faktycznie przestanę słuchać muzyki dawnej z braku czasu i nie pomogą tutaj nawet krótkie „formy symfoniczne”… a najbardziej bawi mnie i tak Rubik (czytaj: niesmaczny żart) ;)

  2. Kris Says:

    Przeczytałem. Się zacząłem zastanawiać. Dlaczego? Z ludzi, których znam – powiedzmy zawodowo – nikt nie słucha muzyki klasycznej. Nie sądzę, aby z braku czasu, bo jak mają czas na rzeczy, o których dyskutują potem popijając kawę w pracy, to … to na pewno nie to!

    Zresztą. Przecież nikt nie nakazuje słuchać od razu wielkich kilkudziesięciominutowych kolubryn. Zdaje się, że takie… The Best of Classic Ever!, sprzedawane już w dwóch edycjach niejako potwierdza, że krótkie, melodyjne formy są dość popularne. Na ile – nie wiem, ale niby ZPAV przyznał obu edycjom status diamentowej płyty. Więc „dość popularne” to uprawnione stwierdzenie.

    Zatem co? Lenistwo? Upośledzenie kulturalne??

  3. Maesto Says:

    A może jednak stereotypy, zresztą przerzucenie się np. z Metallici czy SOAD na klasyczną nie jest proste. Inaczej się słucha się orkiestry(klasycystcznej, romantycznej czy tej Szostakowicza), a są jeszcze koncerty, kwartety, tria, duety, utwory na instrumenty solo, opery, oratoria, numeracja dzieł, dyrygenci, soliści i masa innych rzeczy, to chyba część musi odstraszać ;-)

    PS. Ja z Brucknera najpierw wyciągałem same scherza, przesłuchanie całej symfonii za pierwszym razem jest IMHO ciężkie

  4. Przemysław Says:

    „koncerty, kwartety, tria, duety, utwory na instrumenty solo, opery, oratoria, numeracja dzieł, dyrygenci, soliści…”
    i tonacje, nie zapominaj o tonacjach (do tego o różnych nazwach po polsku i po angielsku).

  5. Kris Says:

    No i mamy przyczynę. To nie jest dla „normalnych” ludzi, tylko dla snobów…

  6. pak4 Says:

    „Klasyki” trzeba słuchać uważnie. Inaczej przegra z muzyką popularną (zresztą trwały podział podobno wprowadziło dopiero radio…) — oczywiście z paru wyjątkami (w których króluje Andre Rieu, że użyję kolejnego po „Rubik” brzydkiego słowa w tej dyskusji). A kto dzisiaj potrafi słuchać uważnie?

  7. Kris Says:

    kilku słów równie „nieprzyjemnych” jak te wyżej spokojnie jeszcze da się użyć i z pewnością będzie to opisywało dlaczego jest jak jest. Słuchanie uważne – zgoda – ale z moich obserwacji wychodzi, że poza brakiem cierpliwości ludzie starają sobie znaleźć swego rodzaju substytuty dla sztuki i podniecają się czymś, co w ich oczach wygląda na dzieło. Idealnym przykładem jest histeryczny danbrownyzm ostatnich lat. Ani to literatura, ani sensacja … coś jak Fakt tyle że opakowana w lepszy papier i lepiej sprzedana.

    Ale od razu ilu znawców iluminantów, Opus Dei, Merowingów i Bóg jeden wie, czego jeszcze się pojawiło…

  8. KrzysztofUW Says:

    Panowie wchodzimy tutaj na grząski grunt. Nie stawiajmy „muzyki klasycznej” w jakiejś relacji z resztą. Po pierwsze to nie ma sensu, a po drugie wkraczamy w pojęcie gustów (i guścików), czyli czytaj punkt pierwszy ;).

  9. Mariusz Herma Says:

    Lubimy to, co znamy. Klasyka to jeden z najbardziej hermetycznych gatunków – równie trudno wejść w czystą elektronikę albo jazz (nieprzyprawiony popem). Najbardziej klasyce przysłużyła się w XX wieku kinematografia. Teraz – gry komputerowe.

    Wydanie tych spektakularnych (w swym minimalizmie) cysterskich chorałów w ubiegłym roku przez Universal, poprzedzone potężną kampanią, zaczęło się od sukcesu gry „Halo” na konsolę Xbox, którą kupiło kilkanaście milionów nastolatków. I to oni dobijali się do wytwórni o więcej – tak trudnej przecież muzyki.

    Takie haczyki są bezcenne, gdy próbuje się kogoś przekonać. (Zresztą sam zaczynałem od wyrywania i zachwycania się pojedynczymi utworami, a nie od razu całą symfonią Beethovena).

  10. W.W.R. Says:

    Krótkie symfonie rzeczywiście szybko wpadają w ucho, ale stosunkowo szybko się nudzą. Dłuższe, bardziej skomplikowane symfonie natomiast zachwycają trwale, trudno się wręcz „odkochać”. Dlatego ja zachęcam jednak do kolubryn Mahlera i Brucknera. Choć jak ktoś nie ma czasu i nie jest wciągnięty w muzykę poważną, to może faktycznie propozycje Przemysława są słuszne. Mnie jednak ani klasyczny Prokofiew, ani Mozart nie zachwycają, co zresztą dziś rozwinąłem na swoim blogu.

    Przepraszam, że znowu odkopałem stary wpis,ale postanowiłem poszukać Mozarta na placówce postępu ;)

    Pozdrawiam

  11. Przemysław Says:

    Kolubryny dobry termin. Sam nie wiem, czy te propozycje są dobre dla początkujących bo zaczynałem od Szostakowicza (średni kaliber).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: