Arcydzieła • Mozart nie dla your baby

aguste-rodin-mysliciel-legoW. A. Mozart przeciętnemu wielbicielowi ponurej i pokręconej muzyki (a któż nim nie jest?) nie musi kojarzyć się za dobrze. Zniechęcają go składanki typu „Mozart for My Baby”, „The Mozart Effect for Dummies”, „The Joy of Mozart”. To nie wina kompozytora, że takie rzeczy z nim robią – w końcu, tyle lat po śmierci, ma dość ograniczoną kontrolę nad własną twórczością. Faktem jednak jest, że muzykę Mozarta częściej można określić mianem „przebojowego pimpirimpim” niż „grzebania w zakamarkach duszy”. Nie jest to tak naprawdę wada, zresztą nie słyszałem jak dotąd dzieła Mozarta, które by mi się nie podobało. Mimo to, miło wiedzieć, że nie wszystko, co napisał Austriak, nadaje się na płytę „Muzyka dla bobasa”, „Kołysanki szkraba” albo  „Nutki oseska”. Jednym z takich dzieł jest oczywiście Requiem, ale dziś chciałem napisać o stosunkowo mało znanym utworze, na który natknąłem się przypadkiem – był bonusem do jednej płyty z symfoniami Mozarta (do której pasował jak sweter do psa). Chodzi o spokojną, kontemplacyjną (patrz zdjęcie) i ogólnie raczej niewesołą kompozycję Adagio i fuga, KV 456, na orkiestrę smyczkową lub kwartet smyczkowy.

Te numerki KV (czasem samo K, zależy od widzimisię danego znawcy muzyki) mogą być irytujące. Ale ponieważ odpowiedzialny za nie badacz Mozarta pan Köchel przydzielał je mniej więcej chronologicznie, dowiadujemy się dzięki nim np. że omawiany utwór powstał wkrótce przed symfoniami nr 40 i 41, czyli w późnym i wyjątkowo dobrym okresie twórczości kompozytora. Tytuł Adagio i fuga też ma znaczenie. Nawet, jeśli wiemy, że „adagio” oznacza powolne tempo, to co to kurde jest (nie licząc tego czegoś między płytkami w przedpokoju) ta fuga? Jak to się mówi, spieszę z odpowiedzią. Fuga powstaje, kiedy kompozytor zaczyna od jednego motywu (czyt. melodyjki) a potem go powtarza, w nieco innym miejscu na pięciolinii i w nieco zmienionej formie. Za mistrza tej formy uważa się powszechnie J.S. Bacha. Oczywiście rządzą tym pewne zasady, czyli że jeśli zanucę melodię, a potem ją powtórzę, tylko wyższym głosem i fałszując, to niekoniecznie oznacza, że jestem drugim Bachem. Co ciekawe, właśnie drugim Bachem chciał zostać Mozart, komponując KV 546. Ten siedmiominutowy majstersztyk powstał pod wpływem studiowania muzyki barokowego geniusza, a w szczególności jego technik fugi i kontrapunktu. To drugie pojęcie powiązane jest nieco z pierwszym i oznacza stosowanie drugiej (choć może być ich więcej) melodii biegnącej równolegle z pierwszą. Muszą one być dopasowane rytmicznie i harmonicznie, więc jeśli po prostu puszczę Prince’a w kuchni i Boney M. w pokoju, to niekoniecznie otrzymam kontrapunkt.

Mozart nie został drugim Bachem (przypadł mu jedynie skromny tytuł „pierwszego Mozarta”), ale utwór wyszedł mu „total geil, Mensch”, jak mawiają nasi zachodni sąsiedzi. Nie brzmi ani jak muzyka barokowa, którą naśladuje, ani jak muzyka klasycystyczna, którą jest. Mamy smutek i zamyślenie, których często brakuje w muzyce Mozarta, a jednocześnie genialne melodie, które ów kompozytor wymyślał mniej więcej tak często, jak ja mrugam. Adagio i fuga to po prostu wspaniały, ponuro-uroczysty utwór, który brzmi świeżo i, mimo wspomnianej ponurości, „nieznośnie lekko”, że się tak pretensjonalnie wyrażę. Polecam wszystkim, którzy lubią Adagio for Strings Barbera, a nie lubią, ani kiedy utwór przedłuża się do czterdziestu minut, ani (jak to zwykle w muzyce klasycznej bywa) kiedy trąbki i inne dęte zaczynają robić nam pampararam.

Oto wersja na orkiestrę smyczkową:

Advertisements

Tagi: , , , , , , , , , , , , , ,

komentarzy 10 to “Arcydzieła • Mozart nie dla your baby”

  1. KrzysztofUW Says:

    „W. A. Mozart przeciętnemu wielbicielowi ponurej i pokręconej muzyki (a któż nim nie jest?) nie musi kojarzyć się za dobrze.”
    Przepraszam, ale trudno mi powiązać owe zdanie z pozostałą częścią tekstu.

  2. Przemysław Says:

    W następnym zdaniu podaję powód tych złych skojarzeń, więc wszystko trzyma się kupy. Przynajmniej tak sądzę. :]

  3. Mariusz Herma Says:

    Przechodząc dzisiaj koło kościoła św. Anny usłyszałem, jak jakaś – trzeba przyznać: bardzo przyzwoita – ekipa ćwiczy „Requiem” Mozarta. Czyściutko, z należnymi emocjami, i to „Dies Irae” więc nie dało się nie przystanąć.

  4. KrzysztofUW Says:

    Owszem składanek to i namnożyło się w tym gatunku, ale Mozart chyba jest tak samo „popularny” jak Bach czy Vivaldi. Jeszcze raz nieskromnie pochwalę Przemku Twój zmysł „wyszukiwawczy” ;)

  5. pak4 Says:

    Mozart przyszedł w czasie, gdy muzyka uproszczona po baroku znowu zaczęła szukać trudności — w tym polifonicznej złożoności (choć już nie barokowej, to raczej nowa synteza niż powrót do przeszłości).

    A propos Mozart na poważnie (choć chwilami się u niego wypogadza):

  6. Przemysław Says:

    @ M. H.: Nawet myślałem, żeby napisać o Requiem, żeby nie było, że mi się nie podoba, ale temat mnie przerósł, więc tylko o nim wspomniałem.

    @ Krzysztof: Vivaldi to faktycznie osobny przypadek, jeszcze do tego jest postrzegany jako „artysta jednego (choć poczwórnego) przeboju”. A Bach, mimo że faktycznie widziałem „Bach for my Baby”, jest chyba uważany za bardziej „cool” kompozytora. Choćby przez to, że często jest przerabiany przez jazzmanów.

    @ Pak: Dzięki za kolejny dobry link. Ważne, żeby potem kliknąć na „cz. II”, wtedy robi się jeszcze ciekawiej.

  7. PAK Says:

    A propos Vivaldi — Cztery pory roku (przebój rzeczywiście poczwórny, choć ku mojemu rozbawieniu słuchacze w filharmonii potraktowali go jako jedno dzieło i klaskali dopiero na końcu ;) ) odkryto ponownie w latach 40-tych (XX wieku, żeby nie było wątpliwości). Ostatnie lata zaś przynoszą ‚renesans’ Vivaldiego — odkrywa się przede wszystkim jego opery (wielka zasługa w popularyzacji przypada Cecylii Bartoli, ale nie tylko — Vivaldi wykonywany w sposób ‚poinformowany historycznie’ jest kompozytorem bardzo efektownym i dość przystępnym). To bardzo pomysłowy kompozytor, tworzący fantastyczne arie (nawet bardziej niż koncerty), choć zgadzam się z tymi, którzy stawiają przed nim Bacha, Handla, a także (choć słabo znam twórczość) Alessandro Scarlattiego.

  8. Magdalena Says:

    A może komuś przypadnie do gustu lżejsza, mniej wyszukana w porównaniu z wcześniej wspomnianymi Mozartowymi dokonaniami aria „Ruhe Sanft” – tu w wykonaniu Felicity Lott – ach, jaki piękny głos :)

  9. Maesto Says:

    Ja tylko czekam na płytę „Webern for your baby” Jak tylko się pojawi to kupię ;)

  10. Przemysław Says:

    @ PAK: Co do tych oklasków, to było to po prostu myślenie „kurczę, żebym czasem nie klasnął w złym miejscu, bo wyjdę na idiotę”. Doskonale to rozumiem, choć muzycy mogli się trzy razy zdołować. Gorzej, gdyby np. publiczność wstrzymywała się do samego końca z aplauzem przez kilka dni wystawiania Pierścienia Nibelungów.

    @ Magdalena: Dzięki, zawsze miło usłyszeć arię Mozarta niebędącą „Arią królowej nocy”. Fakt,lżejsze. Ale zdecydowanie bardziej pasuje do prezentowanego Adagio, niż „Eine kleine Nachtmusik” – bo takie zestawienie widziałem wczoraj w sklepie.

    @ Maesto: Będzie w zestawie z „Penderecki – Threnodies for Romantic Nights” (wiem, że napisał tylko 1).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: