„o heroinie”

bayer-heroin

Liczba piosenek o narkotykach jest najprawdopodobniej zbliżona do liczby ofiar narkotyków w środowisku rockowym. W każdym razie, jest ich wiele. The Needle and the Damage Done (czyli Igła i wyrządzone szkody, 1971) Neila Younga to jedna  z najprostszych i najkrótszych. Nie ma niejasnego przesłania, jak np. Heroin The Velvet Underground. Jest to po prostu 120 sekund czystego smutku. Neil Young napisał ją dla gitarzysty swojego zespołu, uzależnionego od heroiny. Całą swoją motywację autor streszcza w dwuwierszu „I sing the song because I love the man / I know that some of you won’t understand”. Praktycznego skutku piosenka niestety nie miała, ponieważ w rok później jej adresat już nie żył.

Ponieważ w czasach działalności Nirvany byłem jeszcze mały, nie wiedziałem, jak to jest zastanawiać się, czy twój ulubiony muzyk nie zostanie jutro znaleziony martwy. Teraz nieco się to zmieniło, za sprawą piosenkarki Amy Winehouse. Tej utalentowanej (genialnej wręcz), sympatycznej  i, niestety, beznadziejnie uzależnionej od alkoholu i narkotyków artystce dedykuję ten wpis.

I caught you knockin’ at my cellar door. I love you, baby, can I have some more? Oh, the damage done. I hit the city and I lost my band. I watched the needle take another man. Gone, gone, the damage done. I sing the song because I love the man. I know that some of you won’t understand. Milk-blood to keep from running out. I’ve seen the needle and the damage done, a little part of it in everyone. But every junkie’s like a settin’ sun.

Advertisements

Tagi: , , , , ,

Odpowiedzi: 4 to “„o heroinie””

  1. Piotr Says:

    Zwróciłem na poważnie uwagę na Younga dopiero niedawno. Trzeba jednak zaczynać znajomość danego artysty od odpowiedniego utworu/albumu. W tym przypadku był to album „Harvest”. Przytoczona przez ciebie piosenka, znajdująca się pod koniec tegoż właśnie albumu, trochę podobnie do „Bye Bye Love” na „Bridge Over Troubled Water” (koncertówka wpleciona pod koniec albumu pomiędzy utworami studyjnymi, co daje niesamowity efekt) od razu zwróciła moją uwagę. Właśnie tym, że nie miała w sobie żadnych niedomówień, niejasnych przesłań, z którymi tak często można się spotkać w przypadku utworów pisanych pod wpływem. Od razu widać, hm, słychać było, że Neil Young pisał to pod wpływem czegoś innego. Szkoda tylko że jak krew w piach. Dosłownie.

  2. Przemysław Says:

    No, tego Younga to zawdzięczam częściowo Tobie, bo wprawdzie miałem dwupłytową składankę Decades ale, z powodu jej obszerności nie chciało mi się w nią wsłuchiwać, póki coś nie powiedziałeś, jaki to z niego najlepszy artysta którejś dekady albo któregoś kraju. Oczywiście nie uwierzyłem, ale na wszelki wypadek sprawdziłem no i chwyciło.
    A do tego nieszczęsnego gitarzysty pewnie już nic nie docierało. Ale kto wie, może kilka osób ta piosenka uratowała przed nałogiem.

  3. Piotr Says:

    No. Single singlami, ale z naprawdę dobrymi składankami ‚the best of’ jest jak z yeti. Ktoś podobno widział… Żeby taka składanka się udała zespół musi być wybitnie singlowy (vide Devo, Depeche Mode), mieć na swoim koncie więcej niż jedną płytę (czyli przydałoby się, panowie z Columbii, WYKLUCZYĆ Jeffa Buckleya…), i jeszcze kilka innych rzeczy. Z muzykami pokroju Younga jest jeszcze jeden problem. Jak tu upchać tak wielobarwną karierę muzyczną na jednym albo nawet dwóch krążkach? Nie da się.

    Najlepszy artysta którejś dekady? Kraju? E. Nie znam go na tyle, żeby móc coś takiego powiedzieć. Pewnie ci go po prostu poleciłem, a ty sobie resztę dośniłeś w nocy :) I dobrze. Bo przez swoją ultraamerykańskość jest bardzo często niedocenianym muzykiem, omijanym przez wszystkich szerokim łukiem. A szkoda.

  4. Przemysław Says:

    Neil Young w przypadku „Decades” zaszalał, bo wydał tę swoją składankę po dziesięciu latach, a mieściła się na trzech winylach – więc zarzucono mu megalomanię. To było takie pierwsze „The Very Best of”, czyli składana rozmiaru XL. Więc tu problemu z upychaniem nie było.
    Co do składanek, to akurat posiadana przeze mnie składanka Devo (Hot Potatoes: The Best of Devo) za dobra nie jest. A dwie składanki singli Depechów (81-85 oraz 86-98) faktycznie są genialne.
    Nie zgadzam się, że tak trudno znaleźć dobre składanki – wystarczy przeszukać albumy kompilacyjne „z epoki”, czyli np. „Greatest Hits” Cohena z 1975 r. albo „Once Upon a Time” Siouxsie & TB z 1980. Najnowsza generacja składanek też jest niezła – firmy muszą konkurować z internetem.
    A jedna wydana płyta wydaje się wręcz zachętą do wydania składanki. Albo jeden przebój. Przykładem tego ostatniego dwupłytowa (sic) składanka Toni Braxton z (notabene bardzo dobrej) serii The Essential.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: