„Magritte razy dwa”

golconde_legoBelgijski surrealista René Magritte nie wydaje się dobrym tematem na piosenkę rockową. Chyba, że mamy do czynienia z rockmanem ambitnym, takim  jak  Walijczyk John Cale, który ze sztuką jest na „ty”: już grając w The Velvet Underground współpracował z samym Andym Warholem.

Ze swoim klasycznym wykształceniem muzycznym, Cale trochę nie pasuje do rockowego świata. Na swoich popowych (bo nagrywał też klasyczne) płytach próbował zrobić ze zwykłych piosenek rozrywkę intelektualną. Rezultat nie podoba się niestety za bardzo ani rockowcom, ani intelektualistom.

Ja Cale’a bardzo lubię. Podoba mi się jego dramatyczny głos, a poza tym, pasuje on do moich, wspominanych niedawno, naiwnych młodzieńczych przekonań, że muzycy rockowi to ludzie inteligentni. Dawno już w to nie wierzę (jednak kilka obejrzanych wywiadów ze Smashing Pumpkins zrobiło swoje), ale miło wiedzieć, że rock’n’rollowiec-intelektualista to niekoniecznie oksymoron. Przejdźmy jednak do piosenki.

Magritte Johna Cale’a z 2003 roku przeczy mojej teorii, że muzyków pop nie ma co słuchać po pierwszej dekadzie kariery. Tekstu, oprócz odniesień do obrazów, nie rozumiem, choć dostrzegam pewne odniesienia do nazizmu i jego nienawiści do sztuki zdegenerowanej (somebody’s coming that hates us). Największe wrażenie robi na mnie niby-refren „pinned to the edges of visio…eeeen”.

the-magrittes

R. i G. Magritte bez psa, przed wojną

Bonus trackiem do wpisu jest René and Georgette Magritte with Their Dog After the War (1983) ze świetnego albumu Hearts & Bones Paula Simona. Tytuł, a w konsekwencji cały utwór, powstał po tym, jak Simon zobaczył tak właśnie podpisane zdjęcie. Piosenka raczej nie trzyma się faktów, państwo Magritte nie byli na przykład nigdzie po wojnie imigrantami. Tak samo, jak mało prawdopodobne, aby po wojnie (a także w ogóle) słuchali wymienianych w refrenie (The Penguins, The Moonglows…) zespołów doo-wopowych. Ale nieścisłości historyczne nie mają tu zbytniego znaczenia – i tak jest to jedna z najbardziej romantycznych piosenek, jakie znam. Idealna do stereotypowej kolacji przy świecach.

Obraz Magritte’a u góry wpisu pochodzi z tej kolekcji.

Advertisements

Tagi: , , , , , , , , ,

komentarze 2 to “„Magritte razy dwa””

  1. InguriaSuper! Says:

    Aby uniknąć czytania o precesji symulakrów (whatever!) włączyłam se Cale’a i zamarłam, łoo. Doskonałe to jest i klimat mrocznawy, fantastyczne, poza tym jak ktoś mi da taki wyrazisty bas i wiolonczelę (tudzież coś w ten deseń, nie fiem) momentami to ja leżę i kwiczę. (a propos – czy szanowny Autor zna inne utwory z wyrazistym basem chociaż chwilami?) Smakowity utwór, ileż tu smaczków, mniam… czy dużo takiego dobra można u pana Cale’a spotkać? Czy to jakieś takie opus magnum jezd?

    Poza tym się fajnie podedukować, już teraz wiem, że ten pan z jabłkiem na twarzy to Magritte, nio i Lego jak zwykle fajowe ;-)

  2. Przemysław Says:

    To chyba faktycznie wiolonczela u Cale’a. Co do innych przykładów wyrazistego basu, to nie mogę sobie przypomnieć. W „Magritte” jest on zresztą chyba generowany elektronicznie. Mogę natomiast zaproponować inną piosenkę Johna Cale’a w nieco podobnym stylu i podobnej (moim zdaniem) klasy. Nawet temat podobny, bo o artystce (aktorce-tancerce). Nazywa się „The Soul of Carmen Miranda”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: