TOP 5: Punk przed punkiem

W latach sześćdziesiątych grywano często ostro. Czasem aż trudno uwierzyć, jak bardzo. Dekada kojarzyła mi się do niedawna z miękkimi piosenkami Byrdsów, albo o kwiatach we włosach do San Francisco. Ostatnio trochę się to zmieniło. Oto „top five” piosenek, które wyprzedziły punk rock o całą dekadę (linki otwierają się w nowym oknie):

5. The Rolling Stones – Street Fighting Man (1968) Dość powolny to punk, a w wersji studyjnej dość akustyczny. Ale wokal Jaggera jest punkowy. I treść też, w pewnym sensie. Bohater piosenki opowiada, że wszędzie wokół słyszy odgłosy rewolucji. Sam jednak może tylko „śpiewać w zespole rock’n’rollowym, bo w sennym Londynie nie ma miejsca dla ulicznych wojowników”.

4. Love – 7 and 7 Is (1966) Zespół Love nagrał, o ile wiem, jedną piosenkę o naprawdę agresywnym brzmieniu, ale taką, że trzeba ją tu umieścić. Poza tym, każda okazja aby wspomnieć o Love jest dobra, bo była to grupa genialna. Tekst 7 and 7 is jest równie zrozumiały jak tytuł, ale liczy się przede wszystkim „egzekucyjna” perkusja i zakończenie: najpierw tnąca gitara, zaraz potem kołysanka.

3. The Pretty Things – Midnight to Six Man (1966) Najbardziej punkowy zespół „British Invasion”. Tytuł powyższej piosenki jest nawet cytowany przez najważniejszy (przegłosowano) zespół punkrockowy – The Clash. Sam utwór nie ma jakiegoś ostrego przesłania. Opowiada po prostu o człowieku, który woli przesypiać dzień, a szaleć w nocy. Nic nadzwyczajnego. Pozdrowienia dla Atosa, dzięki któremu poznałem The Pretty Things.

MC5 w klasycznych pozach

MC5 w klasycznych pozach

2. MC5 – Kick Out the Jams (1969) Motor City (czyli Detroit) 5 był raczej zespołem „wpływowym” niż „dobrym”. Wystarczy poznać tę jedną piosenkę, z pięknym wstępem („Kick out the jams, motherfuckers!”). Co dokładnie znaczy tytułowy rozkaz, nie wiadomo. To taki okrzyk w rodzaju „dajcie czadu”, czy „jedziemy na maksa”. Podobne wiele zespołów nagrywało jeszcze ten utwór. Ja poznałem go dzięki bardzo dobrej wersji Rage Against the Machine.

"Helter skelter" to taka zjeżdżalnia

1. The Beatles – Helter Skelter (1968) Tytuł piosenki to rodzaj przejażdżki w wesołym miasteczku. Amerykański morderca Charles Manson tego nie wiedział, ponieważ to określenie typowo brytyjskie. Dopatrzył się więc w piosence ukrytych treści nawołujących do przemocy, a potem inni też próbowali się ich dopatrywać. Są to oczywiście bzdury. To, co naprawdę ciekawe w tej piosence, to fakt, że McCartney postanowił napisać najostrzejszą piosenkę, jaką się da i całkiem nieźle mu poszło. I jeszcze to, że Ringo wydziera się na końcu: „Mam odciski na palcach!”.

Advertisements

Tagi: , , , ,

Odpowiedzi: 8 to “TOP 5: Punk przed punkiem”

  1. InguriaSuper! Says:

    O! The Pretty Things dobre, podoba mi się wokal, choć te Things wcale nie takie Pretty ;P
    Jaggera nie trawię, nic nie poradzę na to, i i tak jak dla mnie z tego zestawu najbardziej rządzą Żuki, zwłaszcza w tej części gdzie McCartney śpiewa:”When I get to the bottom…” Ale może to tak na zasadzie, że to jedyna piosenka którą znałam z tego zestawu, a „jak może mi się podobać piosenka, której nigdy nie słyszałem”? :)

  2. Pangolin Says:

    O, z kogo to cytat? Ja też lubię tę część, w ogóle McCartney (wbrew powszechnemu uwielbieniu dla Johna) to mój ulubiony, po Ringo, wokalista Żuków.

  3. Przemysław Says:

    @ Inguria – Jagger ma po prostu ujemny urok osobisty.
    Normalne, że piosenki, których nie znamy się mniej podobają. A im mniej podobne do tego, co znamy i lubimy, tym trudniej.

    @ Pangolin i Inguria – Też uważem, że „when I get to the bottom…” rządzi. I jeszcze „blisters on my fingers”.

    @ Pangolin – kiedyś się okaże, że to Ringo pisał, tylko był za skromny, żeby się przyznać. Też mój ulubiony wokalista Beatlesów.

  4. InguriaSuper! Says:

    Cycat jak najbardziej z „Rejsu”. Taka ze mnie lansownica, a co! ;-) Poza tym widzę, że z Anią stanowicie front uwielbienia Paul’a :D Cóż, ja należę do tych okropnych pozerek, które wolą Johna, mimo, że nie wiedziały, że on jest modniejszy :P Ale jak ma się słabość do chłopców niedorozwiniętych emocjonalnie (vide Lennon wiecznie poszukujący matki) to się życiowo wybiera inną opcję, tak na wszelki wypadek XD

  5. Piotr Says:

    @ Inguria: bo z Jaggerem trzeba ostrożnie. Przy takiej ilości nagrań jakie popełnił z chłopakami, i z fanami domagającymi się mocnego grania ponad wszystko, bardzo często muzyka traciła na jakości. Z czystym sumieniem mogę polecić Aftermath z 1966. To album, który mnie przekonał do Otoczaków

    @ Przemysław: umieszczenie w tym zestawieniu Love jest rzeczywiście conajmniej niespodziewane. Wybór ten ratuje niepowtarzalność pokładów emocji jakie Lee zdołał upchnąć w muzyce tego zespołu. Pamiętam jak wiele lat omijałem nagrania Love ze względu na oczywistość nazwy. Jak można nazwać zespół „Love”? To tak jak z tym nieszczęsnym „Love” Żuków, nazwij płytę „Love” to na pewno się sprzeda. Jeszcze lepiej byłoby sex, ale jak to wytłumaczyć fanom? Do czasu gdy usłyszałem Love przypadkiem w jakiejś radiowej audycji…

    Bałem się kilka dni temu, gdy tylko zobaczyłem ten wątek, go komentować bo, wiadomo, siedziałem w tym kilka lat… Z brytyjskiej, i nie tylko, psychodelii końca lat 60 możnaby jeszcze mnóstwo podobnych przykładów przytoczyć. Powyższa piątka to tylko malutki % i osobom zainteresowanym polecam dokładniejsze zapoznanie się z muzyką psychodeliczną z tamtego okresu. Zanim psychodelia zaczęła przybierać coraz poważniejsze kształty po to, żeby kilka lat później przekształcić się w rock progresywny (oczywiście jest to uproszczenie, ale..), który tylko na początku był słuchalny pojawiło się mnóstwo podobnych perełek. I tak mamy: Tomorrow, Silver Apples, Tractor, Electric Prunes, Small Faces, Kaleidoscope, Skin Alley. Tyle tylko z czubka głowy.

    Wracam do Niny :>

  6. Przemysław Says:

    @ Inguria – Można się długo zastanawiać, który napisał więcej dobrych piosenek. U mnie akurat wygrywa Paul. No, ale wybieranie między nimi jest jak wybieranie między dwiema stronami singla Penny Lane/Strawberry Fields.

    @ Piotr – Love w ostatniej chwili wypchnęło Summertime Blues w wersji The Who.

    Zdaję sobie sprawę, że to tylko czubek góry lodowej. Na razie nie planuję poważnych badań gatunku. No, chyba, że na coś przypadkiem trafię.

    Stonesów słucham przede wszystkim ze składanki Through the Past Darkly, którą sam mi kiedyś poleciłeś. Aftermath na pewno teraz posłucham, to ten sam okres.

  7. Jackers Says:

    hmmm.. osobiście myśląc – to jeszcze bym sie bardziej cofnął nazat do tyłu, a konkretnie:
    Louie Louie – Kingsmen 1955/1963
    You Really Got Me- Kinks 1964 (albo All Day and….1965)

  8. Przemysław Says:

    Dobre propozycje!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: